Kanały:
Wpisy
Komentarze

Więcej o ludziach

Jak panna Aneta poprosiła, coś więcej o ludziach teraz. Sprawa z Amerykaninem naprowadziła nas na tory rozmowy o broni w naszym otoczeniu. Pierwszy temat: broń na uniwersytecie. Jedna z lektorek języka hiszpańskiego zadała dla żartu pytanie, ile osób w klasie ma broń. Połowa grupy podniosła ręce. Na tym żart się skończył. Druga historia jest dosyć związana z tym żartem. Dwa lata temu w naszym akademiku była strzelanina na portierni. Strzelanina między studentami i ochroniarzami. Dwa lata temu ochroniarze naszego akademika jeszcze cały czas nosili ze sobą broń. Na wszelkie wypadek. Pewnego wieczoru na portierni był tylko jeden ochroniarz. Przyszedł do niego kolega, w celu strzelenia sobie browarka. Portierka jednak, jak to z nimi bywa, nie była zbytnio nastawiona na wpuszczanie obcych. Ochroniarz więc, dla zażegnania sporu dał jej z przysłowiowego liścia. Widziała to grupa studentów, którzy jako dżentelmeni nie chcieli pozwolić na znieważenie kobiety, i słusznie. Skopali więc dupę ochroniarzowi. Wtedy to kolega ochroniarza, który nadal stał za drzwiami, wyważył je i przybiegł z pomocą. Jednocześnie na pomoc zjechali się koledzy ochroniarzy. Studenci widząc co się święci, pobiegli po broń. Ochroniarze mieli ją również. I tak to wywiązała się strzelanina na portierni. Ofiar nie było. Kilkanaście wozów policyjnych otoczyło akademik, i rozwiązało sytuację. Co jak co, ale na działania milicji narzekać nie możemy. Działają lepiej niż nasi.

Seks w Wielkim Kaukazie

Siedzę sobie w pokoju, i słyszę że za drzwiami Rafael rozmawia z jakąś dziewczyną. Dziewczę rozbawionym głosem mówi mu, żeby przez jakiś czas z pokoju nie wychodził, bo jej chłopak jest lekko szalony. Człowiek ciekawy dziewczęcia, więc od kompa wstaje, tym bardziej że nadal mam neta z opłatą za transfer, więc trochę nuda, i wychodzi na korytarz. A tam Grek. Pytam się więc Graka, o co chodzi. A on mówi, że koleś z pierwszego piętra z giwerą lata po korytarzach. Za chwilę wpadają ochroniarze i pytają się gdzie Damien mieszka, nauczyciel angielskiego z USA. Światło w pokoju się świeci, Damien nie odpowiada. On nie odpowiada, ale może chociaż ktoś odpowie na pytanie, o co chodzi. Sprawa prosta, jak się okazuje. W piątek Rafael chciał zorganizować picie na kuchni, dla integracji. No i Damien zaprosił dziewczynę, swoją studentkę z pierwszego piętra. Chłopakowi tej dziewczyny pomysł imprezy na czwartym piętrze się nie spodobał, i postanowił za pomocą broni palnej wyperswadować nauczycielowi języka angielskiego zajęcia pozalekcyjne. A mówiliśmy Damienowi, że w Rosji nie ma co za bardzo się odzywać. Ciekawe kiedy zdecyduje się wyjść z pokoju, bo przecież ma net z limitami, więc wiecznie siedzieć nie może. Przysłowie na dziś:

Тише едешь, дальше будешь.

Archyz po raz drugi

Poprzednia wycieczka do Dombaju była sukcesem, jeśli brać pod uwagę pogodę i krajobrazy do obfotografowania, oraz porażką, jeśli brać pod uwagę stopień zorganizowania wyjazdu. Weekend w Archyzie był sukcesem zarówno przy pierwszych jak i drugich wyznacznikach zadowolenia z wyjazdu. Dombaj – dzień zaplanowany przez uniwersytet od rana do wieczora. Był czas na fotografowanie, był czas na posiłek, był czas na oddalenie się od grupy. Jednym słowem, nuda. Jak można coś takiego opisać, jeśli cały twój dzień wygląda jak punkt po punkcie skopiowany z oferty biura turystycznego? Archyz, Archyz był zupełnie inny. Zaplanowane było tylko miejsce docelowe, i jak się wydawało Hiszpanom nocleg. A wydawało im się, że można będzie mieć miejsce do spania w klasztorach w Niżnym Archyzie. Mnie się tak nie wydawało.

Uczestnicy wycieczki: Esti, Sylvia, Sandra, Solen, Anna, Alberto, Axel i pan Dawid. Trasa: Piatigorsk -> Czerkiesk -> Niżnyj Archyz -> Archyz.

Jako że trasę podobną pokonywałem już kilka tygodni temu, dla mnie zero zaskoczenia. Dla Hiszpanów, jako że trasy podobnej chyba nigdy w życiu nie pokonywali, lekkie zaskoczenie. I dziękuję im za to. Rok w Kirgistanie, całe życie w Polsce i już dwa miesiące na Kaukazie spowodowały, że wielu rzeczy się nie zauważa. Hiszpanie dali mi świeże spojrzenie na różnice między wschodem i zachodem. Pierwsze co rzuciło im się w oczy, a na co moje oczy są zamknięte już, to ilość osób i ich bagaży można upchać do marszrutki. Marszrutka nie zdążyła się dobrze rozpędzić, a połowa osób miała już wyciągnięte aparaty i uwieczniała jak to określili, przewóz uchodźców przez zieloną granicę. Drugi warty zauważenia fakt z hiszpańskiego punktu widzenia, to to, że autobus może pokonywać 80km w dwie godziny. Na każdym kroku odkrywali przede mną na nowo radość i zdziwienie z Kamazów wyprzedzających na trzeciego, z krów i owiec na drogach krajowych. Po dojechaniu do Czerkieska ja zwykle obskoczyli nas taksówkarze proponując wynajęcie całego busa za 3000 rubli. Pół godziny czekania na rejsową marszrutkę i za 8 osób zapłaciliśmy 880 rubli. Przez te pół godziny Hiszpanie zdążyli obfotografować posterunek policji na dworcu, toalety z narciarzami i drzwiczkami do kibla a’la dziki zachód. Z Czerkieska do Niżnego Archyza znów dwie godziny. Tym razem już trochę okrzepli ispancy i mniej fotografowania było. Za to w marszrutce spotkaliśmy panią pracującą w prawdopodobnie najlepszym punkcie z szaszłykami w Piatigorsku, na Lermontowskim Rynku (warto odwiedzić).

Niżny Archyz. Co o nim? Dawna stolica Alanów, położona na jednej z odnóg Jedwabnego Szlaku, w dolinie rzeki Zelenczuk. Trzy zabytkowe świątynie chrześcijańskie. Najstarszą z nich datuje się na IX wiek. Niedawno były odremontowane, prezentują się naprawdę dobrze, i rewelacyjnie komponują się z otaczającymi je wzgórzami i lasami mieszanymi. Kompleks archeologiczny ‘Archyz’ zajmuje kilkadziesiąt hektarów. Jest i ‘Malowidło’ naskalne Twarzy Chrystusa położone 150m nad dnem doliny – według przekazu strażnika z naszego akademika, kilkadziesiąt lat temu odłupał się płat skały o powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych, i ukazała się Twarz Chrystusa. Choć przy odpowiednim kącie trochę przypomina Chef’a z South Parku. Inna teoria – mnisi to wyrzeźbili. Jakby nie patrzeć, lepszy odcisk twarzy Chrystusa w skale, niż matka boska z płynu do naczyń na szybie. Pospacerowaliśmy sobie po kompleksie, napiliśmy się świętej wody ze świętego źródełka, i ja jako jedyny poszedłem zobaczyć Chrystusa. Przy okazji zrobiłem małe przygotowanie do wejścia na Elbrus. Odcinek szczytowy przechodzi się na łańcuchach, lecz ja powiedziałem sobie, że nie po to chodziłem na wspinaczkę, żeby teraz łańcuchami się posługiwać. Pomyliłem drogę i poszedłem niewłaściwą stroną, przez co miałem okazję sprawdzić czy nadal mam zadowalający chwyt.

U podnóża ściany na której znajduje się “Lik Christa” usadowił się mały ryneczek. Można tam kupić różne barachło, ale i można kupić rewelacyjne hycziny – coś w rodzaju czeburiaków, pirażkow…trudno opisać. Jest tam też i przystanek autobusowy.

Zwiedzanie zajęło nam 4 godziny. Przyszła pora na łapanie marszrutki do Archyzu o godzinie 17.00. Ostatniej marszrutki. O 16.50 pewien pan powiedział nam, że ostatnia właśnie odjechała, a wie o tym, gdyż nią przyjechał. Zaproponował łapanie stopa, lub poproszenie kogoś z lokalnych handlarzy o podwiezienie nas. Postanowiliśmy poczekać do 17.30, a nuż marszrutka się spóźnia. Po potwierdzeniu u kilku innych osób z rynku, doszliśmy do wniosku, że jednak ją przegapiliśmy. Trzeba było coś wymyślić. Ostał się tylko jeden handlarz z busikiem, Hiszpanie zaczęli panikować. Handlarz, a i owszem, zawiózł by nas za 500 rubli (marszrutka 250), lecz paliwa miał tylko na dojazd do domu, a w Archyzie nie ma stacji paliw. Pozostał stop, lecz Hiszpanie nie chcieli się rozdzielać ze względów bezpieczeństwa. Trudno było ich przekonać, że innego wyjścia nie ma. Gdy oni wypatrywali busika który weźmie wszystkich na raz, ja poszedłem wypytać lokalesów z rynku o nocleg w okolicy. Kierowca busika bez benzyny obiecał zabrać nas do centrum, gdzie mieszka jego znajomy, i za 100-150 rubli będziemy mieli nocleg.

W tym czasie z drugiej strony drogi usłyszałem Hiszpanów, krzyczących że stopa trafili. Pożegnałem się z panem od busika, podziękowałem za pomoc i pobiegłem ku nowej przygodzie. Na poboczu stały trzy samochody, Hiszpanie i trzech kierowców. Trzech kierowców z trzema kubeczkami wódki. W samochodach siedziały jeszcze dziewczęta, również z kubeczkami. Trudno mi powiedzieć, czy zatrzymali się aby wziąć autostopowiczów, czy zrobili sobie przerwę na kielonka. Zanim przyszedłem, zaproponowali podwiezienie. Gdy przyszedłem, zaproponowali już toast za spotkanie i wspólną podróż. Wypiliśmy i zapakowaliśmy się do samochodów – dwie Łady i coś koreańskiego. Nam przypadła Łada z najbardziej trzeźwym z kierowców i tubą basową w bagażniku, z której to tuż po starcie rozległa się czerkieska muzyka ludowa w aranżacji disco. 25 kilometrów do Archyza upłynęło nam w bardzo wesołej atmosferze. Radość zapewniały: 140 km/h po górskiej drodze, jazda prawie cały czas lewym pasem, znów Kamazy wyprzedzające na trzeciego, oraz drugi z naszych nowo poznanych kierowców, który to wyprzedził nas w pewnym momencie, mimo że zajeżdżaliśmy mu drogę. Nie spodziewałem się takich osiągów po rosyjskiej myśli technicznej. Dwie Łady dojechały do Archyza prawie z takim samym czasem. Wypiliśmy za szczęśliwe przybycie i rozpoczęło się czekanie za trzecim samochodem. Trochę zaczęliśmy się martwić, gdyż ich kierowca był najbardziej pijany. Po pięciu minutach jednak zjawili się, co nas niezmiernie uradowało. Uradowało nas także to, że chociaż jeden nie szalał na drodze. I była to prawda, nie szalał, lecz tylko dlatego, że w czasie jazdy a to polewał sobie i współpasażerom, a to mu butelka spadła i musiał jej poszukać pod siedzeniem, a to zwalniał i odwracał głowę do tyłu, bo nie lubi jak nie patrzy się podczas rozmowy drugiemu człowiekowi w oczy. Na pytanie Hiszpanów czy nie boi się mandatów, odparł że nie ma się czego obawiać, gdyż jest sędzią. Według szacunków moich iberyjskich przyjaciół, na odcinku 25km zrobili dwie półlitrówki w 6 osób.

Poza podwiezieniem, znaleźli nam nocleg za 150 rubli od osoby (utargowane z 250r) i zostawili swoje numery telefonów, na wypadek gdyby ktoś nam na wiosce „mieszał”.

Poszliśmy do małej, przydomowej restauracyjki (barak robotniczy), zamówiliśmy bliny z serem i garnek barszczu. Kupiłem dwie butelki wódki i poszliśmy na kwaterę. Dla mnie, kwatera jak kwatera, wódka jak wódka. Niezbyt miłe w obejściu, ale pożyteczne. Dla Hiszpanów kwatera okazała się obiektem dyskusji przez pół wieczoru, a wódki prawie nie ruszyli. Mówiłem im, że warto, ale nie słuchali. Rano wszyscy narzekali na niewygodne łóżka, na niewyspanie, na chłód, na hałasy z ulicy, na przymrozek i kibel na zewnątrz. A ja miałem tylko lekkiego kaca.

Śniadanie. Powiem krótko, gdybym był z nimi na dwutygodniowym urlopie a nie roku akademickim, chyba bym ich zabił. Jak można jeść śniadanie przez ponad godzinę? O 13.30 mieliśmy ostatni autobus do Piatigorska, a pendejos skończyli jeść przed 10. Potem jeszcze fotografowanie się z krowami, ciężarówkami (nigdy Ziła nie widzieli?) i kupami śmieci. Na górki zostało 3 godziny. Szybko wynajęliśmy uaza, 250r od osoby za dwie godziny jazdy po bezdrożach i pojechaliśmy na Sofijską Polanę. Po drodze mijamy punkt kontroli straży granicznej, gdyż od Abchazji dzieli nad kilka kilometrów. W punkcie granicznym miłej pani z kałasznikowem na plecach zostawiamy spis pasażerów wraz z numerem paszportu. Za nami była inna wycieczka. Jednakowoż oni nie zabrali się od razu za zapełnianie listy, lecz wyciągnęli wódkę, kubeczki, i zgodnie stwierdzili że nigdzie tak dobrze się nie pije, jak na łonie natury. Po dwóch kolejkach i wspólnej fotografii zabrali się za deklaracje celne. Pół godziny, i dotarliśmy. Godzina na miejscu – szybkie podejście pod lodowiec i wodospady oraz jeszcze szybsze zejście. Niestety niebo było bezchmurne, Słońce świeciło niemiłosiernie, i zdjęcia wyszły przepalone. Trzeba jeszcze wrócić do jednego z coraz mniej licznych prawdziwie sowieckich kurortów górskich.

Powrót….nic ciekawego:)

Zaległy Kislowodsk

Zaległe zdjęcia z krótkiej wycieczki do Kisłowodzka. Uczestnicy: Larisa, Lena, Kristina i Kordula. O czym warto wspomnieć? Park o powierzchni 2000 hektarów, wypasione wiewiórki i równie wypasione koty.  Do tego – miejsce w którym zatrzymała się lawa po erupcji Elbrusa, święte źródełko, pijalnia wód dużo ładniejsza od betonowego szkaradztwa w Piatigorsku (smak wody również bardziej przystępny) oraz atmosfera kurortu, której to trochę Piatigorskowi brakuje. Wszystko tu wolniejsze, czystsze, lepiej zorganizowane – po prostu łatwiej się wypoczywa.

Dombaj

Przepiękna pogoda, rozleniwiająca wspinaczka za pomocą kolejki linowej, niesamowite góry…wkrótce opis. Na razie YouTube i zdjęcia:

http://www.youtube.com/watch?v=q1ZXrRpCY1Q

Coś nowego

Ostatnimi czasy dało się słyszeć narzekania na brak aktualizacji bloga, pytania o to, co u mnie się dzieje, jak życie na Kaukazie….na dobry początek fotka strzelona dziś wieczorem. Trzymajcie się ciepło.

Złota jesień

Maszuk

A tutaj kilka fotek z początku babiego lata w Piatigorsku. Pojawia się także nowy bohater fotostory – mój egipski współlokator – Ramez (to ten w czarnych kręconych włosach)

Archyz

Powody wyjazdu. Jak objawił Urząd Miasta Piatigorska, w roku 2009 tradycji musiało stać się za dość i na trzy dni miasto zostało pozbawione wody. Od niepamiętnych czasów Miejskie Wodociągi na przełomie września i października odcinają wodę na kilka dni, a plotek krążących po mieście o przyczynach takiego postępowania narosły już setki. Oficjalny powód, „kwestie sanitarne”. Nie wiem co niespłukiwane od czterech dni kible w akademiku mają wspólnego z kwestiami sanitarnymi. W każdym razie uniwersytet ogłosił dni wolne od wody, dniami wolnymi od zajęć. Czas ten postanowiłem wykorzystać na wycieczkę w góry. I to był poniekąd błąd. Gdybym posłuchał Hiszpanów, miałbym wycieczkę nad morze. Ale po co nad morze, przecież gdybym chciał doznać jak to jest jechać nad Morze Czarne w październiku, to pojechał bym nad Bałtyk w lipcu. A tu Kaukaz przecież, góry czekają.

W rejonie wsi wypoczynkowej Archyz położony jest bodajże największy teleskop w Federacji Rosyjskiej, o średnicy lustra 6m, ze względu na wyjątkową czystość powietrza i bardzo dużą liczbę dni słonecznych w roku. Niestety trafiłem na ten okres, który powoduje, że nie możemy użyć „wszystkie dni słoneczne” zamiast „bardzo dużo dni słonecznych”.

Ale od początku. Wstałem przed szóstą. Na dworcu byłem o 7 rano, czego niestety nie uczynił pierwszy z rozkładowych autobusów. Dwie godziny czekania na następny i tłumaczenia taksówkarzom że wcale nie mam ochoty jechać nigdzie za dolary. Na szczęście autobus do Czerkieska o godzinie 9.30 przyjechał. Jako że cały czas padało, nie było sensu próbować nacieszyć się widokami, więc zasnąłem. Piatigorsk – Czerkiesk: ok 2h, ok 130 rubli. W Czerkiesku dworzec autobusowy znajduje się tuż obok kolejowego, co zapewnia nam możliwość wygodnych przesiadek. Niestety spóźniłem się na ostatni rejs do Archyza i przyszło mi jechać przez Zielenczuk, jak poradziła mi pani w kasie. Była to dobra porada. Inna porada usłyszana na dworcu padła od taksówkarza. 1500 rubli za przejazd do Archyza. To nie była dobra porada. Kupiłem bilet na marszrutkę zgodnie z pierwszą poradą. W tej to marszrutce dowiedziałem się, że za 1500 rubli z Zielenczuka można busikiem do Moskwy dojechać.

Inne obserwacje z marszrutki. To nie wódka zabija rosyjski naród, a biurokracja. Można rozmawiać o piłce lub kobietach, filmach czy samochodach. Lecz nie, zawsze jakoś temat schodzi na urzędników. Żeby jeszcze cała rozmowa w tonie krytyki szła, byłbym rad. Jednak krytyka zajmuje pierwszą część konwersacji, a po niej następuje wymienianie z szaleństwem w oczach wszelkich możliwych zawiadomień, powiadomień, próśb, petycji i bóg wie czego jeszcze potrzebnego do załatwienia jakiejś gównianej sprawy. I w tym wymienianiu nie ma już wydźwięku niezadowolenia z aparatu państwowego. Kto w dyskusji wymieni największą liczbę „podań” jakie potrzebne są w urzędzie, ten wygrywa. Nie tylko w marszrutkach takie tematy się przewijają. Gdy w amerykańskim serialu ktoś każe napisać policjantowi podanie i dopiero ruszyć do akcji, zazwyczaj pierwszym obserwowanym ruchem jest lot papierka do śmietnika. W rosyjskich serialach częściej widywałem policjantów rzucających się do papierków, niż papierki do śmietnika.

Do Zielenczuka dojechaliśmy w deszczu, co optymizmem nie napawało. Na dworcu całkiem fajnie. Poczekalnia czysta, jest kasa, jest sklep z zabawkami i coś na kształt połączenia restauracji ze spożywczakiem, czyli spożywczak z czajnikiem i kubkami. Na przesiadkę przyszło mi czekać 3 godziny, lecz po dwóch godzinach i 50 minutach okazało się, że czas ten zmarnowałem. Jakieś 300 metrów na południe od dworca jest duże skrzyżowanie i po jego lewej stronie przystanek autobusowy przy sklepie meblowym. Samochody jadące w tym kierunku zabierają na stopa do Archyza za cenę o kilka rubli wyższą niż cena biletu autobusowego. Plusy nie skorzystania z tej opcji: dowiedziałem się o niej, wypiłem herbatę na dworcu, przez 3 godziny patrzyłem na przyjeżdżające i odjeżdżające autobusy. Bilet do Archyza 50 rubli. Czas jazdy – godzina. Odległość – 50 km.

Archyz. W przewodnikach określany mianem kurortu. Bądźmy jednak sprawiedliwi, nazywajmy go jak pan bóg przykazał, wsią. Niestety lokalni „hotelarze” wzięli sobie do serca pierwszą nazwę, i za warunki wyceniane w Polsce na 40 zł (w Zakopanem) biorą powyżej 100zł. Sowiecki beton obłożony sidingiem mający się za Hiltona. Noclegi w turbazach i w prywatnych domach zaczynają się od 200 rubli za osobę. Przeciętnie 300, zależnie od sezonu, pogody….kto wie czego jeszcze.

Po informację, gdzie mogę znaleźć nocleg udałem się do baru z szaszłykami. Jest to bardzo fajne miejsce, gdzie możesz zamówić u niczego nie podejrzewającego sprzedawcy szaszłyków szaszłyka, i niby od niechcenia zapytać o nocleg. Gdy już wiedziałem, że warto udać się do turbazy „Archyz”, zostały zadane mi pytania, o to co robię, skąd jestem, gdzie studiuję. Uwagę pani handlującej szaszłykami przyciągnęła informacja o uniwersytecie w Piatigorsku. Wspomniała, że jej córka, bardzo ładna w jej opinii (dlaczego o tym powiedziała?), też chciała wstąpić na PGLU, lecz zabrakło jej punktów na miejsca refundowane z budżetu, i będzie próbowała w przyszłym roku jeszcze raz. Lecz nie tylko pieniądze były problemem, a także brat mieszkający w Stawropolu. W bracie nie ma nic złego. Rzecz rozchodziła się o to, że córka pani od szaszłyków, jako porządna muzułmanka (i prawdopodobnie ładna), nie może mieszkać sama w danym mieście. Za rok, gdy uda się zdać egzaminy, brat będzie musiał przyjechać do Piatigorska i zamieszkać tutaj, tak dla podtrzymania tradycji. Życie studentek bywa ciężkie, i ich braci również.

Ową smutną jak na mój gust historię przegryzłem lagmanem i udałem się na krótki spacer po wiosce, by następnie skierować się do turystycznej bazy „Archyz”.

Turbaza „Archyz” powinna być mekką feminizujących alpinistek. Położona w sympatycznych górach, prowadzona przez 4 kobiety wyznające Islam i nie wyznające przydatności mężczyzn. Głównodowodząca Raisa i jej koleżanki w 2001 roku wzięły w dzierżawę ośrodek w którym pracowały od czasów sowieckich i od kilku lat walczą o prawo własności do sprywatyzowanego mienia z byłą dyrekcją czegoś na wzór PTTK, które to nie uznaje sprywatyzowania majątku z czasów człowieka radzieckiego. Sprawę w sądzie pierwszej instancji wygrały, teraz PTTK ala russe poszło wyżej. Panie są bardzo miłe, negatywnie nastawione do urzędników, czasów stalinowskich (Karaczaje byli deportowani od Kazachstanu) i do wspomnianych już mężczyzn, którzy to piją wódkę i odpoczywają jedynie. Jak w „Rewizorze” – „ożeń się, a do końca życia będziesz leżał na piecu i pierogi jadł”. Czy jakoś tak.

Budynek który panie na razie mają w dzierżawie składa się z 40 pokoi czteroosobowych rozlokowanych na dwóch piętrach. Czysto, schludnie. Cena do negocjacji, choć poniżej 200 rubli zejść się podobno nie da.

Jako że nadal nie mam pozwolenia do przebywania w strefie przygranicznej, musiałem ograniczyć swoje wycieczki do okolic Archyza. Jedynym miejscem do którego byłbym w stanie dotrzeć bez nocowania w namiocie było małe jeziorko, nieoficjalnie nazywane Jeziorem Miłości. Pochodzenia nazwy niestety nie odkryłem, lecz dojście tam w czasie deszczu powoduje, że pierdoli się wszystko, więc może tutaj należy poszukiwać źródeł. Większość drogi biegnie ścieżką przez las, na której częściej pojawiają się pastuchowie na konikach niż turyści, więc przy kilkudniowych opadach szlak jest czymś w rodzaju długiego na sześć godzin marszu bagnem. Jak wyglądało wejście? Sześć godzin w górę, sześć w dół. Widoczność taka, że równie dobrze mógłbym zrobić sobie spacer po lasach wokół Piatigorska i zdjęcia zrobiłbym podobne. W pewnym momencie do deszczu dołączył śnieg, a pod koniec deszcz ustąpił, i został sam śnieg. Niestety raczej mokry, i przy jeziorze już ok 30 cm. Trochę błądzenia (godzina) i znalazłem jezioro. Doszedłem do niego, strzeliłem kilka fotek, posłuchałem jak w oddali daje o sobie znać rykiem jakiś zwierzak, a że nie potrafię odróżnić po głosie jelenia od niedźwiedzia, więc postanowiłem dziarsko wrócić do turbazy. I teraz odwrotna kolejność – śnieg, śnieg z deszczem, deszcz. Ostatnia godzina to latarka i szukanie drogi przez las. O czym więc tu pisać…zachodnie pasmo Kaukazu, góry wokół sięgające 4000 metrów, pieszo dwa dni go Gruzji, a ja nie widziałem prawie nic, i czułem się jak w Beskidach. Ale….jestem niezmiernie zadowolony z wyjazdu. Poprawiłem kondycję fizyczną, sprawdziłem, że na 10 godzin w deszczu i deszczu ze śniegiem

nie mam praktycznie żadnej odzieży. No i po 12 godzinach wędrówki nad Jezioro Miłości czekały na mnie bliny z kawiorem, bliny z mlekiem kandyzowanym, i bliny z grzybami. Raisa jest prawdziwą mistrzynią w robieniu blinów. Poza blinami – smażone grzyby z ziemniakami i marchewką, dziwne ale dobre. Nie wypada zapomnieć o pierwszej w tym roku kontroli na granicy między republikami (bezproblemowo).

Powrót. Powrót potwierdził słowa Raisy. W autobusie do pracy jechały prawie same kobiety. Plus dwóch nastolatków z tornistrami. I kierowca. Z Archyza do Czerkieska, w Czerkiesku od razu do marszrutki do Piatigorska. Szybko, sprawnie ….. Koniec

El brusso

Trzy tygodnie ulewy, ale dzisiejszy widok z akademikowego okna wynagradza wszystko. Idealna przejrzystość powietrza pozwala dostrzec największy kopiec świata jak na dłoni. Jako że w przyszłym tygodniu całe miasto przez 3 dni nie będzie miało wody, uniwersytet zamknięty, pogoda śliczna…….czas na wycieczki:)

Najładniejszy widok z akademika jaki można sobie wyobrazić

Nowości

Z większych nowości należy wymienić taką, że złotą rosyjską jesień w tym roku odwołano i pada cały czas.

Inne nowości. Znalazłem niezwykle przyjemny i umilający życie produkt spożywczy, a mianowicie coś co nazywa się w wolnym tłumaczeniu chlebem piernikowym. Zawiera oprócz kminku zestaw ziół, których to kompozycja ma ciekawą właściwość. Po zakupie pół litra wódki za 7zł i zagryzaniu owym chlebem odbija się nam całkiem dobrą whiskey. Zestaw tani, pożywny, a w efekcie ekskluzywny nawet.

Inne nowości. Z zachodnich obcokrajowców do Niemców dołączyli Hiszpanie i jedna Francuzka. Fotorelacja z pierwszej kolacji poniżej (+motyw militarny i wiecznie żywy Lenin).

PS: tylko ja wódkę piłem.

Starsze wpisy »