Kolejna niedzielna wycieczka miała jako swój punkt docelowy dolinę Alamedin. Była to już trzecia wizyta w tym urokliwym miejscu na przestrzeni prawie roku. Poprzednie miały miejsce w październiku, podczas pierwszych opadów śniegu, ostatnia podczas pierwszych wiosennych upałów. A upały są nie byle jakie. Gdy o godzinie 7.00 szedłem na autobus, termometr na ratuszu pokazywał 23 stopnie, w plusie oczywiście. Po godzinie dziewiątej było już ponad trzydzieści stopni. Człowiek się męczy, głowa od słońca boli, aparat nie radzi sobie za dobrze ze zbytnio oświetloną scenerią i trzeba posiłkować się trybem manualnym. Mogę jedynie powiedzieć że jest sposobność ku szybkiemu opaleniu się, jeśli dla kogoś jest to plusem. Jesienią szliśmy wschodnią stroną doliny, tym razem zwiedzona została strona zachodnia. Przechodzimy przez bramę kurortu, mijamy basen z termalną wodą i idziemy ku zabudowaniom noclegowym. Na wysokości stołówki schodzimy do koryta rzeki. Przekraczamy rzeczkę Alamedin korzystając z metalowego mostku. Jest on dosyć wąski, i dosyć śliski, przy deszczu dosyć aby się poślizgnąć. Następnie przez około 2 godziny idziemy ścieżką ku charakterystycznej, owalnej górze Kara-Too (Czarna Góra). Po stronie wschodniej widzimy cudowny szczyt z nawisem śnieżnym. Jest to północna Alamednińska Ściana (4550m n.p.m.). Poprowadzonych jest nią kilka bardzo interesujących tras wspinaczkowych o stopniu trudności 5A w rosyjskiej skali. Zdaniem Michaila Michailowicza, poza piękną drogą, zaletą tej góry jest również mała popularność. Wszyscy ładują się do Ala-Archa, i dzięki temu tutaj mamy ciszę i spokój. Do Alamedińskiej Ściany idziemy skręcającą w prawo dolinką, w górę strumienia, znajdującą się naprzeciw Kara-Too. Tam jednak nie poszliśmy. Jesteśmy nadal po stronie zachodniej, przed Kara-Too. Skręcamy w prawo, i idziemy w górę strumienia. Po kilkunastu minutach dochodzimy do niewielkiego, lecz bardzo urokliwego wodospadu. Można się pod nim trochę popluskać, woda nie jest strasznie zimna, a dno przystosowane przez naturę do chodzenia boso. Poza tym woda jest pitna, więc zapasy można uzupełnić. Ciekawostką jest rosnący tam rabarbar. Nie wiem czy z natury się tam ulokował. W każdym razie jest. Cieszył się jednak sporą popularnością wśród wycieczkowiczów, więc w okresie letnim może już go nie być. Po odwiedzeniu wodospadu możemy zrobić sobie piknik w pobliskich zaroślach. Zaletą tych dwóch godzin spaceru od kompleksu betonowej noclegowni jest względna czystość lasu. Aż tak daleko autochtonom z kocami, garnkami, parasolami i ekwipażem śmieciogennym nie chce się chodzić. Pamiętajmy jednak, że my wcale nie musimy aż tak bardzo wtapiać się w otoczenie społeczne Kirgistanu, i bez żadnych konsekwencji możemy śmieci zabrać ze sobą. Wodospad i leżenie w lesie były głównymi atrakcjami owej wycieczki. Atrakcyjne były również współleżące wycieczkowiczki, jak to z atrakcyjnymi wycieczkowiczkami bywa. O dziewiętnastej byłem już w Biszkeku.

Uzyskane informacje od Michaila Michailowicza: na wzgórzach rozpoczynających dolinę Alamedin za dawnych czasów było bardzo dużo winorośli. Wino było dobre, i tanie (między innym miejscowy szlagier „Oczy czarne”). Niestety padł kiedyś pomysł, że trzeba walczyć z alkoholizmem, i krzewy wyrąbano. Plantacje zamieniono na pastwiska, i biednym Kirgizom została tylko wódka. Jakiś chory sens można jednak w tych działaniach odnaleźć – cholernie trudno przedestylować owcę. Poza tym warto wiedzieć, że kilka kilometrów od ośrodka wypoczynkowego, troszkę powyżej restauracji z drewnianymi domkami noclegowymi, jest źródełko przy krzaku obwiązanym fragmentami foliowych torebek. Woda wypływająca z tego miejsca wcześniej wędruje sobie niewielkim złożami srebra. Jak wiemy z reklam skarpetek, srebro ma właściwości bakteriobójcze. Podobno woda z tego źródełka może stać kilka miesięcy i się nie zepsuje. Dla miłośników chomikowania wody jak znalazł. Wypiłem dwa litry, i żadnych problemów żołądkowych nie miałem, więc chyba na bakterie układu pokarmowego aż tak silnie nie działa.

Do galerii, dla porównania, wrzuciłem zdjęcia ze scenerii zimowej i wiosennej.

Pozdrawiam

9 maja obchodzony jest w Rosji Dzień Zwycięstwa, koniec Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Biszkek na tą okoliczność został przystrojony plakatami, trochę posprzątany, a na Placu Zwycięstwa odbyła się skromniutka uroczystość z przemową prezydenta Bakieva, i jeszcze skromniejsza defilada. Widać było pewne różnice między Moskwą a stolicą Kirgistanu. Dla weteranów zostały ustawione namioty wojskowe z darmowymi posiłkami i, jak mówiła nam lektorka, z darmową wódką aby przypomnieli sobie polowe warunki i radzieckie sposoby poprawiania morale żołnierzy. Sprawdzić tego mi się nie udało, gdyż dostępu do namiotowego miasteczka strzegła policja. Poza tym miasteczko też było skromniutkie. Od zakończenia wojny minęły 63 lata, i weteranów zbyt wielu już nie zostało. Poza tym wczorajszy dzień był strasznie upalny i co jakiś czas obsługa karetki musiała udzielać pomocy zebranym bohaterom minionego wieku, więc po tym święcie może być ich jeszcze mniej.

Święto święto, i po święcie. Co z niego wyciągnęliśmy? Że wojna jest zła, że faszyzm jest zły, że nienawiść wobec człowieka może przerodzić się w okrucieństwo na niespotykaną skalę. Nacjonalizm też jest fuj. Kirgizi ze smutkiem wspominali jacy to źli byli faszyści kilka tysięcy kilometrów od Centralnej Azji, 70 lat temu, a na ich własnym małym podwórku zaczynają dziać się podobne rzeczy. Jeszcze sporo im do Rosji brakuje pod względem agresywności nacjonalizmu, lecz ziarnko do ziarnka i… Niestety moje doświadczenia na tym polu są uboższe od tych, którymi dysponują Ania i Kuba, lecz czekając na ich opis, postaram się małe conieco powiedzieć. Przede wszystkim poza obchodami Dnia Zwycięstwa Kirgizi zdają się i w inny sposób nawiązywać do tamtych czasów. Powoli rodząca się nienawiść w narodzie kirgiskim działa na dwóch frontach. Z jednej strony, nienawidzą Chińczyków za to, że praktycznie wszystko w KG, jest wyprodukowane przez nich, i że pracują wydajniej za mniejsze pieniądze. Z drugiej strony, nienawidzą Zachód, za to że przyjeżdżają z niego bogaci turyści, i mogą sobie pozwolić na dużo więcej niż lokalni mieszkańcy – zostawiają dużo zielonych, to niech przyjeżdżają, ale lepiej żeby zielone bez nich przyjeżdżały, jak ruble za czasów ZSRR. Z trzeciej strony jest uwielbienie dla Rosji, w której rocznie mordowanych jest około 20 Kirgizów na tle rasowym. W latach trzydziestych podobna nienawiść wobec przedsiębiorczych Żydów panowała. Na szczęście Kirgizi to nie Niemcy, panujący tu burdel nie pomoże stworzyć czegoś na wzór III Rzeszy. Jednak już samo wzorowanie się jest niebezpieczne.

Kirgistan zdobył sobie miano kraju wyjątkowego, gdzie tysiącletnia tradycja nomadyczna pozwala wyzbywającemu się zachowań rodzinnych Człowiekowi Zachodu doznać prawdziwej gościnności. Gdzie będąc zaproszonym do jurty na poczęstunek możemy poczuć bezinteresowne przywiązanie do tradycji ugoszczenia przybysza czym chata bogata. Taką mniej więcej miałem opinie o tym najbardziej otwartym kraju Azji Centralnej. Wyrobiłem ją sobie czytając różne fora dyskusyjne, blogi, przewodniki, relacje z podróży, jednym słowem wszystko co wyrzuciło Google. Minął rok pobytu, i trzeba powiedzieć, że równie dobrze możemy spodziewać się wampirów jadąc do Transylwanii co kirgiskiej gościnności. Legendarna gościnność ludu nomadycznego jest legendarna gdyż jest legendą. Cenna w tym momencie jest uwaga Ani J., o myleniu ciekawości z gościnnością. Obcokrajowiec jest raczej zapraszany i goszczony w celu zaspokojenia ciekawości niż z potrzeby serca. Dawnym dawno wędrowcy byli jedynymi nosicielami informacji, więc na pogaduchy można było ich zaprosić. Poza tym nigdy nie wiadomo było kto do naszej jurty zapukał, i czy przypadkiem w wyniku złego ugoszczenia rano nie zawitają do nas jego kumple najpierw gwałcąc nasze owce, rodzinę, a na końcu pana namiotu.

Podczas majowego weekendu pobita i zgwałcona została w wiosce Chong-Aryk studentka z USA. Wybrała się samotnie na spacer po wzgórzach otaczających Biszkek. Gwałcicieli było czterech, najmłodszy miał 13 lat. Może być to oczywiście przestępstwo na tle seksualnym jakich wiele w Kirgistanie (rozgrywają się w domowym zaciszu przeważnie, więc turystów nie dotyczą). Ostatnimi czasy niestety odnoszę wrażenie, iż równie dobrze może być zakwalifikowane do przestępstw na tle narodowościowym. Kirgistan się zamyka, i nie jest to tylko moja opinia. Przyjeżdżając tutaj nie musimy obawiać się oczywiście, że już na lotnisku nas wyruchają, no może taksówkarze na kasę. Z niektórymi legendami trzeba walczyć, dla własnego bezpieczeństwa. Kirgistan nie jest jakimś wyjątkowym krajem. Wszędzie musimy mieć się na baczności, żeby przypadkiem gościnnie nie poczęstowano nas zamiast zieloną herbatą, czterema rodzajami spermy.
We wrześniu opisywałem jedną z komedii pokazywanych na festiwalu, opowiadającą historię tradycyjnego porwania kandydatki na narzeczoną (muszę pamiętać żeby kupić ten film na bazarze). Po historii z gwałtem na Amerykance przypomniał mi się film lekko zbliżonej tematyce, za to widzianej oczyma Europejczyka. Dogville Larsa von Triera. Ostatnimi czasy mam wrażenie, że dla niektórych Kirgizów byłby on komedią. Fabuła tego filmu przypomina troszkę Królewnę Śnieżkę i 7 krasnoludków. Akcja dzieje się w latach trzydziestych. Grace, uciekając przed gangsterami, przybywa do zapomnianego przez czas miasteczka Dogville. Społeczność obiecuje ukrywać ją, w zamian za pracę na ich rzecz. Z czasem wymagania stają się coraz większe…Dobro krasnoludków okazuje się relatywne, i po pewnym czasie możemy odnieść wrażenie, że lepiej było zostać ze złą macochą. Narzekacie na zepsucie w USA i Europie? Kirgistan nie jest najlepszym miejscem na ukrycie się przed złym światem. Może okazać się, że z deszczu pod rynnę wpadliście. Jeszcze raz powtórzę, nie jest to oczernianie Kirgizów, a jedynie weryfikacja legendy. Na świecie jest ogólnie przejebane, i Kirgistan nie jest tu wyjątkiem. Jak wszędzie trzeba szukać dobrych i przyjaznych ludzi. Problem z wiarygodnością relacji z podróży polega na tym, że turysta styka się z danym autochtonem przez krótki okres czasu. Przez kilka minut to i ja potrafię być uprzejmy i gościnny. Nazbiera się więc takich pojedynczych, krótkotrwałych chwil dobroci, zsumuje je, i już gotowy fałszywy obraz całości. Dopóki prawdziwie dobrych ludzi nie znajdziemy, zalecam ostrożność. Zalecam ostrożność również w tym co mówimy, gdzie mówimy, i do kogo mówimy. Zamykanie się kraju wymaga rozbudowy aparatu kontroli, ale o tym niedługo Ania i Kuba napiszą.

Dodałem opis wycieczki do Kegeti, galeria również dodana. Jest tam również trochę głupot myślowych które rozpoczynają powolne przygotowania do powrotu. Niedługo Wielkanoc, czas refleksji, podsumowań i temu podobnych, więc i mi się udzieliło. Niedługo wrzucę ogólny kosztorys mojej naukowo-relaksacyjnej wycieczki.

Pozdrawiam

Niedzielną wycieczkę sponsorowały w tym tygodniu literki C i H, jak Chmura. Pogoda była cudowna, góry były cudowne, zmiany w przyrodzie były przedziwne, a spacer doliną niezmiernie relaksujący. W Ysyk-Ata ostatnio byliśmy w połowie lutego, a jadąc tam wczoraj drogi nie byłem w stanie poznać - jedyną zaś zmianą było przejście białego w zielony. Zadziwiające jak niewystarczające bywają same figury geometryczne, a jak pomocny do identyfikacji przestrzennej ośnieżony stok saneczkowy. Chyba odzwyczaiłem się od orientacji w niezurbanizowanym terenie. O samym sanatorium, w porównaniu do poprzedniej krótkiej wycieczki, dowiedzieliśmy się dwóch rzeczy więcej. Jest odkryty basen napełniany wodą z ciepłych źródeł. Znajduje się na lewym stoku, a godzina kosztuje 40 somów. Koniecznie należy wrócić tam w przyszłym tygodniu. Drugą rzeczą jest płaskorzeźba Buddy licząca sobie, według informacji Krzysztofa, ponad tysiąc lat. Moim niewrażliwym na sztukę okiem jest to swego rodzaju sensacja. Nie dość że przetrwał tu 940 lat w których to islamizacja miała miejsce, to dodatkowo udało mu się 60 lat komunizmu wytrwać. Nie wysadzono go w powietrze, nie zabetonowano, nie dorzeźbiono Buddzie głowy Lenina. Kamień ten ma podobno możliwość naładowywania naszych buddyjskich akumulatorów. Na rzeźbie mamy trzy punkty tworzące trójkąt - do wierzchołków podstawy przykładamy palce, do trzeciego wierzchołka czoło. I energia płynie. Gdy jednak z przymrużeniem mojego ateizującego, acz tolerancyjnego, oka na ową czynność spojrzałem, wyglądało to jak byśmy Buddzie loda robili. Bardzo ciekawa symbolika czerpania energii z protein. Oto i fotki (część ukradłem Kubie).

W Kirgistanie Wielkanoc nieoficjalnie wypadła nam w kwietniu. Stowarzyszenie Polaków wystawiło „Wesele” pod kierownictwem Anny J. i przygotowało wielkanocny stół dla lokalnej Polonii. Były pisanki, była kiełbaska, były ciasteczka, było sympatycznie. Było też nader refleksyjnie. Jako że święto religijne raczej, to refleksyjność i z tego koszyczka była. Święto jak święto jednak, jajeczkiem można się podzielić, z przyjaciółmi spotkać, wodą oblać, wódę polać, wiosną cieszyć, nowym życiem budzącym się wokół - stare dobre pogańskie obyczaje. Dla niektórych jest to też umowny czas wspominania pewnych wydarzeń z jaskini gdzieś na Bliskim Wschodzie. I o nich chciałbym krótko. Na spotkanie wielkanocne lokalny przedstawiciel Papy Rimskiego przywiózł ze sobą dzieci z biednych rodzin. Pomagała mu w zbieraniu nieszczęścia siostra zakonna. Przywieźli ze sobą bardzo sympatyczne młode osoby których życie nie rozpieszcza. Bardzo szczytna idea, bardzo ładnie że Kościół chce pomagać… ale przy okazji dzieci już od najmłodszych lat uczone są, że nie ma pomocy za darmo. Wszystkie musiały nauczyć się wierszyków o Chrystusie oraz przygotować prace plastyczne o Wielkiej Nocy. Podczas recytacji niektóre wygłodniałymi oczyma spoglądały co jakiś czas na ciasteczka i kiełbaski leżące na stole. Gdy już wszystkie zaprezentowały swoje poświęcenie dla wiary, mogły rzucić się na jedzenie. Wiem że świat jest okrutny, że duże organizacje raczej wolą operować na wygłodniałym rynku producenta niż rynku najedzonych konsumentów, ale żeby oferować dzieciom kiełbasę w zamian za duszę? Ot tak kiełbasy dostać niestety nie można. Nawet ciasteczek.

Żyjąc w Polsce powinienem być przyzwyczajony do działań propagandowych różnych organizacji religijnych, i cała sytuacja z Paschą dziwić mnie nie powinna. Lecz zdziwiła. Zdziwiła dlatego, iż od obecności wiary w życiu codziennym, przybierającej różne nazwy, się odzwyczaiłem. Mieszkam w muzułmańskim kraju - czytam lokalne gazety, oglądam lokalną telewizję, a o tym że jest to podwórko Allaha przypominają mi jedynie restauracja „Faiza”, gdzie alkoholu nie podają, i przystanek autobusowy „Meczet” (jest też jednak przystanek „Cerkiew” - dla równowagi religii, i „Cyrk” - łączący dwa poprzednie). Żeby znaleźć się w społeczeństwie doświadczającym tak agresywnego marketingu ze strony religii, jak to ma miejsce w Polsce, do Iranu musiałbym się chyba udać. Patrzyłem na dzieci jedzące nagrody za wyznanie wiary i próbowałem odnaleźć pozytywy całej sytuacji. Sobota była upalna, więc pomyślałem o miłych chłodku jaki dają ciężkie romańskie budowle. W gorące lato prawdziwy luksus, a i sztuką można się przy okazji napoić, dotknąć wieków. W Kirgistanie jednak na kilkusetletnie kościoły dzieci liczyć nie mają co. Po dłuższej chwili rozmyślań również Monty Pythona sobie przypomniałem. Swego czasu wypytywałem muzułmańskich kolegów o twórczość brytyjskich komików, lecz żadnemu znana nie była. Śmiem jednak przypuszczać, że Latający Cyrk nie za bardzo byłby w stanie ich rozśmieszyć. Podziękować wypada więc religii chrześcijańskiej za umiejscowienie mnie w sytuacji kulturowej umożliwiającej odbiór geniuszu komedii XX wieku. Mam nadzieję że dzieciaki kiedyś obejrzą „Żywot Briana”, i będą się w stanie zaśmiać, i również swojemu wyznaniu podziękują za to. Nawet jeżeli za karę nie dostaną kiełbaski na kolację.

Zdaję sobie sprawę, że dzieciaki mogły nauczyć się wierszyków i wykonać prace plastyczne z miłości do Boga. Ale kiedyś byłem dzieckiem, nawet zwerbowano mnie na ministranta, i nie sądzę że kilka tysięcy kilometrów od Polski zainteresowania dzieci z jeżdżenia rowerem i grania w piłkę mogą skierować się ku Absolutowi.

W niedzielę odbyło się małe święto futra. Klub Miłośników Kotów z Biszkeku zorganizował wystawę lokalnych sierściuchów w budynku Rosyjskiego Teatru Dramatycznego. Przybyło około 60 kocurków. Atmosfera wystawy była rewelacyjna, prawie że rodzinna, a w powietrzu unosiła się sierść. Muszę się pochwalić, że wygrał mój faworyt – kot Żorż, numer 57. Znawcą nie jestem, upatrzyłem sobie po prostu najgrubszego. Była również sympatyczna para kotów o podobno unikalnym szynszylowym futrze. Kociak taki kosztował 850$. Poza bezwłosymi sfinksami wszystkie koty cieszyły oko i wprowadzały w nader sympatyczny nastrój. Podczas zawodów w kategori szetland, płeć kotka, wystąpił mały problem, gdyż wkradł się do stawki pewien kocur i zajął drugie miejsce. Słowa jednak komisja musi dotrzymywać, i za drugie miejsce zgarnął 5kg suchej karmy oraz dyplom za kategorię żeńską. Nie było widać aby jego kocie męskie ego jakoś ucierpiało na owym fakcie.

Wystawę otwarto o godzinie 9.00, ja zjawiłem się trzy godziny później, zamknięcie nastąpiło o 17.00. Niestety wspomniane trzy godziny spóźnienia zaowocowały tym, że niektóre koty były poddenerwowane, inne spały, lub chowały się pod kocyki, poduszki i temu podobne. Poddenerwowanie powodowały dzieci i flesze od aparatów. Większość dzieci miala aparaty, więc się sumowało niejako. O ile dziesięciolatki w miarę obchodziły się z futrzakami, to młodsze wyglądały jak mali poszukiwacze nożyczek aby kotku oczy wydłubać. Szarpały klatkami, jakimiś patyczkami próbowały odwrócić kota do zdjęcia…zdecydowanie do zabaw z dziećmi bardziej psy się nadają. Taki piesek odgryzie dziecku rączkę i będzie miało nauczkę na przyszłość. Choć kotek oczko może wydrapać…

 

   21 marca obchodzone jest Święto Wiosny - centralno-azjatycki Nowy Rok. Obecnie w Biszkeku panuje pogoda nader sympatyczna, temperatura podczas dnia przekracza dwadzieścia stopni, a nocą nie spada poniżej dziesięciu. Drzewka się zielenią, ptaszki ćwierkają, kwiatki kwitną, po prostu Nowy Rok Wegetacji dla Kirgistanu się rozpoczął. W ten dzień tradycyjnie na Ипподроме odbywają się pokazy narodowych sportów Kirgistanu i jego sąsiadów. Spod Filharmonii do stadionu dostać się możemy marszrutką numer 136. Architektonicznie budowla nie powala na kolana, trybuny tez nie z specjalnie duże, ale za to mamy wspaniały widok na góry, nieprzysłonięte wielką płytą, elektrociepłownią czy innym spichlerzem zbożowym. Zawody były bardzo dobrze obstawione przez milicję i wojsko na wypadek zbytniego podniesienia się emocji sportowych wśród kibiców. Dane nam było zobaczyć tylko jeden rodzaj zmagań sportowych, a mianowicie Улак-Тартыш zwany też Кок-Оруу. Jest to znane wszystkim z Rambo III wrzucanie kozła do okręgu. Mamy dwie drużyny na koniach - aktywna część przedstawienia, pięć okręgów i martwego kozła - nader pasywna część przedstawienia. Boisko wymiarami przypomina piłkarskie, wzdłuż dłuższych boków mamy bandy, teren za “bramkami” ograniczony linią. Boisko podzielone jest na dwie połowy. W centralnym okręgu rozpoczyna się gra i jest ona w tym miejscu wznawiana po zdobyciu gola. Okręgi umieszczone w środku każdej połowy służą do wznawiania gry po aucie (wyjechanie konikiem za linię końcową). Bramką jest mały okrąg, wersja tańsza boiska, lub studnio-kopiec zrobiony z opon od ciężarówki, wersja de lux. W grze bierze udział ok. 10 koników i tyleż samo jeźdźców. W trakcie gry zawodnicy mogą się zmieniać. Nie że przechodzą metamorfozę i stają się wegetarianami z GreenPeace, tylko przy urazach, zmęczeniu swoim lub konia (raczej nie to ostatnie) zjeżdżają do boksu. Ilość zmian jest chyba nieograniczona. Ogólnie wygląda to jak połączenie polo, rugby, hokeja i bitwy średniowiecznej. Końcowy efekt jest rewelacyjny. Jeden z bardziej emocjonujących i dynamicznych sportów jakie dane mi było oglądać na żywo. Nawet truchło kozła wydaje się ożywać podczas gry. Do tego umiejętności jeździeckie zawodników powalają na kolana; często nie tylko widzów, ale i konie. Polecam odwiedzającym Azję Centralną!

 

   Z innych zabaw wspomnieć należy o Кызы-Кумай - dziewczyna ucieka na koniu, chłopiec goni ją na koniu. Gra dobiega końca, gdy chłopiec dogoni dziewczynę i pocałuje. Lub zgwałci, nie pamiętam dokładnie. Zależy to chyba do tego,czy zawody emitują po czy przed 23.00:). Mamy jeszcze Тыйын-Энмей - z biegnącego konia jeździec musi podnieść z ziemi kopiejkę, oraz Эрегиш - dwóch jeźdźców się napieprza, takie zapasy na koniach.  Przegrywa ten, kto spadnie. Niestety tych sportów nie było nam dane zobaczyć.

   6000 kilometrów stąd, za dwoma wyznaniami, za kilkoma mniej lub bardziej rozwiniętymi kulturami odbywają się Święta Wielkanocne, czas zadumy, czas Zmartwychwstania. I o owym procesie chciałbym trochę po rozważać w sportowo-lokalnych klimatach. Na chwilę chciałbym do piłki się przyczepić. Otóż może być ona zrobiona z kozła, barana czy nawet cielaka. Tak napisało Lonely Planet. Ciekawe czy wersje żeńskie tych zwierzaków mogą brać udział w zabawie… Jak widać, piłkę robimy z tego co mamy pod ręką. Bierzemy zwierzaka, wybebeszamy, obcinamy głowę i voila. Warto może by sprawdzić, czy po lekkich modyfikacjach sport ten przyjął by się Europie. Przeciętnemu mieszkańcowi Starego Kontynentu brakuje zdolności jeździeckich, ale za wszelakimi piłkami biegamy od dzieciństwa. Pamiętam z moich lat wczesnomłodzieńczych, że po zabiciu różnych zwierzaków hodowlanych dostawało się ich wnętrzności mogące za piłkę służyć, a to pęcherz świnki, a to zbiorniki balastowe karpia, a to czaszkę gdzieś się znalazło i w mini-rugby można było pograć. Drzwi do świata wypchanych zwierząt były trochę zatrzaśnięte. Możliwości mamy jednak naprawdę sporo. Ile to chomików i świnek morskich odeszło bezproduktywnie wywołując jedynie płacz dziecka. A wystarczyło jedynie wypatroszyć i już nasz szkrab leciał by na osiedlowe boisko utopić smutki w morzu zabawy dostarczanej przez chomika nożnego. Jest też cała masa innych zwierzaków gotowych do zabawy. Oczywiście nie wszystkimi da się bawić bezproblemowo, np. taki rottweiler czy owczarek kaukaski do footballu nadaje się jak piłka lekarska, ale już sporty zimowe mogą rozwiązać nam ten problem. Dlaczego zjeżdżać z górki na nieekologicznej dętce? Dajmy drugie życie naszemu pupilowi, odmrożenia już mu nie groźne. Zdaję sobie sprawę, że nie w każdym domu gości odpowiednich rozmiarów zwierzątko. Jest cała masa ludzi hodująca rybki czy ozdobne krewetki akwariowe po 15zł sztuka. I dla nich znaleźć można wyjścia. Roadkill. Gdy tatuś zajmuje się przyklejaniem zderzaka, dzieci mogą ten czas wykorzystać na przerobienie liska czy dzika na całkiem sympatyczną zabawkę. Zamienić wypadek drogowy na okazję do gier i zabaw zespołowych. Widzę tu także wyjście dla schronisk dla zwierząt. Jest przepełnienie, zwierzaki żyją w strasznych warunkach, ludzie nie chcą ich adoptować…nie chcą adoptować, gdyż są żywe! Z takim żywym to i na spacer trzeba wychodzić, i gówna po nim sprzątać (te gówna to biorą się stąd, że nas objada), i na wakacje zabrać trzeba, bo bliższa czy dalsza rodzina ma nasz problem w dupie. Rozwiązanie samo się nasuwa…Chciałem dodać swoje trzy grosze do świątecznych rozważań o tym, że śmierć to jeszcze nie koniec. Koniec.

img_6838.jpgimg_6844.jpgimg_6856.jpgimg_6863.jpgimg_6864.jpgimg_6868.jpgimg_6872.jpgimg_6874.jpgimg_6876.jpgimg_6882.jpgimg_6883.jpgimg_6887.jpgimg_6892.jpgimg_6895.jpg

   Międzynarodowy Dzień Kobiet w Kirgistanie obchodzony był niejako nijako. Można by powiedzieć, że raczej obchodzono go szerokim łukiem. Były plakaty, były pozdrowienia dla kobiet na telebimach, były sprzedawane kwiaty na ulicach, były serduszka w witrynach sklepowych. Bardzo podobne to wszystko do Walentynek. Brakowało klimatu na, który mógłby poczuć obcokrajowiec. Może w zakładach pracy czy zaciszach domowych było bardziej klimatycznie, ale do żadnego zakładu pracy zajrzeć nie było mi dane, podobnie jak na ognisko domowe rzucić okiem. Śmiem przypuszczać, że święto to przypomina pod pewnymi względami Boże Narodzenie u nas. Cieszymy się z kilku dni wolnych, prezentów, okazji do wypicia z rodziną. Narodziny Boga zbyt wielu chyba nie obchodzą - rodzi się co roku od ponad dwóch tysięcy lat, więc zbytnio przejmować się tym nie należy. Dzień Kobiet w Kirgistanie wydaje mi się podobnie oszukany. Kirgizi chwalą się szacunkiem jakim obdarzane są przez nich kobiety. Po kilku miesiącach spędzonych tutaj mogę powiedzieć, że podobnym szacunkiem darzą owce i inne hodowlane zwierzaki. Nie dość że szacunek mężczyzn jest dość dziwny, to jeszcze kobiety same siebie za specjalnie nie szanują. Wyczytałem, że w 2006 roku przeprowadzono badanie wśród kobiet w wieku 19-45 lat dotyczące przemocy domowej. Dwadzieścia procent uznało, że przemoc ze strony mężczyzny jest dopuszczalna, jeśli: kobieta wyjdzie z domu bez pozwolenia (20.5%), nie dba o dzieci właściwie (22.4%), wyrazi sprzeciw dowolnego rodzaju (25.6%), odmówi współżycia (9.5%), przypali jedzenie (11.3%). Wśród badanych, 38% uznało, że przemoc domowa jest raczej dopuszczalna. Może jest tak, że Dzień Kobiet przypomina trochę juwenalia. Na kilka dni kobiety dostają klucze do miasta i patriarchalne społeczeństwo odnosi się do nich z szacunkiem. Święto mija, i pozostaje czekać do przyszłego roku.

    8 marca chciałem tej sytuacji jakoś przeciwdziałać, ale krótkie przyjrzenie się skali problemu przekonało mnie, że rady nie dam. Postanowiłem więc wypić za Wasze zdrowie, moje Panie. Na tyle mogłem sobie pozwolić. Taki był początkowy zamysł - jak się w niedzielę okazało, zrobiłem coś więcej. Poszedłem niejako śladami Jezusa – umarłem za Was w sobotę, a całą niedzielę próbowałem z martwych wstać. Udało się dopiero w poniedziałek. O zmierzchu udałem się wznieść kilka toastów do rock-klubu Tequila Blues. Akurat był koncercik z okazji Dnia Kobiet, lokalne zespoły grały hity z lat 60tych a także przeróbki The White Stripes i innych z nowej fali rocka. Poskakałem więc sobie, na rozgrzewkę wypiwszy ćwiarteczkę, w przerwie na zmianę zespołu, wypiłem drugą ćwiarteczkę. Miałem już wracać do domu, ale okazało się, że wstęp jest bezpłatny, więc zostało mi 100 somów naddatku. Kupiłem więc jeszcze jedną ćwiarteczkę. Po 0.7 wypitym w ciągu 2h byłem już bardzo wesoły i skory do zabawy. Czułem jednak, że koniec moich możliwości już blisko, więc powoli zaczynałem się zbierać ku wyjściu. I wtem poznałem przy barze Alieksieja. Jak w trakcie rozmowy wyszło, skończył on kilka lat temu lokalny uniwersytet i chodził tam na zajęcia z języka polskiego prowadzone przez pewną Barbarę. Niestety, Alieksiej z lekcji tych nie wyniósł za wiele. Ale oznajmił, że pamięta jedną piosenkę, której ich Basia nauczyła. Otóż z repertuaru polskich pieśni mój nowy znajomy zapamiętał „Chryzantemy złociste”, i to wersję nieocenzurowaną (że była też ocenzurowana z ‘39, uświadomiła mnie dopiero Ania). Postanowiliśmy, że zaśpiewać trzeba ją koniecznie. O suchym pysku jednak wydawać jakieś dźwięki bardzo trudno, więc kupiłem jeszcze jedną ćwiartkę. Wraz z wykonaniem owej pieśni film mi się urywa. Następne co pamiętam, to to, że budzę się w jakimś parku, w jakiś krzakach. Widzę ciemność i jest mi cholernie zimno. W celu rozgrzania się postanawiam wędrować. Zaczynam wędrować i film w tym momencie urywa się po raz drugi. Film wraca i okazuje się że wędruję z grupką bezdomnych; grzebiemy w śmietnikach, szukamy plastikowych i szklanych butelek. Żule spijają z butelek pozostałości. Chcą poczęstować, ale stwierdzam, że chyba ich pojebało, i grzecznie odmawiam. Dostałem swój worek z butelkami plastikowymi i wędrujemy do śmietnika do śmietnika węsząc za łupami. Dostaję od jednego z nich czapkę, bo nadal jest cholernie zimno. Gdy jeszcze było ciemno, dotarliśmy do punktu skupu. Byliśmy chyba pierwsi, bo otworzyło nam zaspane dziewczę, zwarzyło zawartość worków, przeliczyło butelki szklane i wypłaciło coś około 60 somów chyba, plus pół litra jakiegoś gówna imitującego alkohol. Poszliśmy do parku na odpoczynek. Oni zaczęli konsumować, a ja się zdrzemnąłem chwilkę. Po przebudzeniu dostałem kubeczek z zawartością owego płynu alkoholopodobnego. Wziąłem łyka i wyplułem to paskudztwo, wyrażając tym samym totalny disrespect dla ich stylu życia, ale być może uniknąłem przynajmniej zatrucia metanolem. Już było całkiem jasno, ptaszki ćwierkały na prawo i na lewo, więc postanowiłem, że czas się zbierać. Pożegnałem moich nowych znajomych i zbierałem się już ku drodze powrotnej, gdy żule stwierdzili, że skoro jestem obcokrajowcem, to mogę ich jakoś wspomóc. Powiedziałem, że pieniędzy im nie dam, i że takie pomysły za bardzo mi się nie podobają. Zaproponowali, że mnie przeszukają. Na szczęście gdy ja trzeźwiałem sobie w najlepsze, oni spijali się coraz bardziej. Miałem nad nimi przewagę refleksu i siły. Odepchnąłem jednego oraz wyraziłem głębokie rozgoryczenie zaistniałą sytuacją – pomagałem im butelki zbierać, a oni chcą za to jeszcze pieniążki. Jeden wrócił do picia, a drugi przeprosił, i powiedział na odchodne, że szanuje mnie jako sportowca, że on też kiedyś zajmował się fizkulturą i życzy mi wszystkiego dobrego w życiu. Obyło się bez bójki. Pozostało jeszcze tylko znaleźć drogę do akademika, gdyż na jakimś wypiździejewie cała akcja się toczyła. Napotkani ludzie skierowali mnie do głównej ulicy, następnie resztą sił doczłapałem się do akademika. Była 8.30 i rozpoczął się proces z martwych wstawania. Wziąłem prysznic, zrobiłem pranie - bycie żulem powoduje, że człowiek strasznie śmierdzi. Położyłem się spać, wstałem na obiad, nie miałem siły z łóżka wstać. Położyłem się znów, wstałem na kolację. Wypiłem herbatę, wyrzygałem ją, położyłem się spać. Zmartwychwstałem na poniedziałkowe zajęcia.

   Nie okradziono mnie, nie zgwałcono, i jeszcze pomagałem w recyclingu. Wędrowałem niczym Odyseusz. I to wszystko dla Was, drogie Panie:)

Dodałem opis niedzielnej wycieczki. Niby słoneczko, niby w mieście śniegu brak. Ale mimo wszystko kwalifikuje się ona jeszcze do wycieczek zimowych, i w tej sekcji ją znajdziecie.

Poza tym Międzynarodowy Dzień Kobiet się zbliża. Może się mylę, ale za zdrowie Pań alkoholu w Kirgistanie powinno zejść tyle co w Juwenalia albo Boże Narodzenie. Swoje trzy setki też dołożę. Od jutra mają zacząć miasto stroić na tą okazję, mają być wystawy, koncerty i inne atrakcje kulturalno-muzyczne. A jak przygotowania w Polsce?

Problem z akademikową fauną biegającą przedstawiałem wybrańcom jakiś czas temu. Niestety dysputy nie przyniosły rozwiązania, więc postanowiłem przenieść rozważania w bardziej publiczne miejsce. Otóż kilku tygodni w moim laptopie mieszkają karaluchy. Liczebności rzędu kilku osobników, wielkość zróżnicowana. Rozróżniam tu trzy wielkości: mały, średni i duży. Od wielkości zależą miejsca w jakich daje się zauważyć ich bytność. Otóż małe są najbardziej przystosowane ewolucyjnie do życia w laptopie - potrafią do niego wejść, i z niego wyjść każdym otworem technicznym. Średnie podróżują przez klawiaturę, slot PCMCIA oraz wentylator. Duże korzystają tylko z dwóch ostatnich. Problem może wydawać się Wam nieistotny… ale jeśli mój blog czytają projektanci Dell’a (posiadam model C510), prosiłbym ich o konstruowaniu komputerów przenośnych odpornych na zakładanie kolonii. Zagadnienie eksterminacji rozpatrywałem wielokrotnie, wiele pomysłów powstało, lecz każdy z nich mógłby zakończyć się destrukcją materii żywej, czyli karaluchów, wraz z materią martwą, czyli moim lapkiem. Dziecka z kąpielą wylewać nie będę. Mówią, że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi – uśmiercanie wielonożnych wielbicieli IT odbywa się całkiem przypadkowo. Końca jednak nie widać; w akademiku populacja karaluchów jest nieograniczona od góry - wydawałoby się że wszystkie elementy żywe zostały już usunięte, lecz pustostan kusi, i nowi lokatorzy się pojawiają. Jak wspomniałem, od czasu do czasu małe i średnie wędrują sobie pod klawiaturą. Nic tak zachęca człowieka do pisania gdy spod klawiatury wystają czułki:) Przeważnie wychodzą grupą klawiszy bliżej piszącego, gdyż w to miejsce matryca słabiej świeci. Jakaż to mobilizacja żeby wyplenić z siebie złe nawyki, pomijania polskich znaków diakrytycznych i wielkich liter, rodem z komunikatorów internetowych i innych chatów. Używamy Shift’a, używamy Alt’a, używamy broni masowej zagłady – spacji. Ta metoda jest jednak średnio skuteczna, tylko jeden zgon zanotowałem. Slot PCMCIA mam umieszczony z lewej strony. Za dnia raczej się nie pojawiają, lecz wystarczy poczekać do wieczora, zgasić światło i czekać. Oczywiście strasznie to nudne, ale nie zapominajmy że siedzimy przed komputerem, i w dodatku z dostępem do Internetu – możemy porobić całą masę bezużytecznych czynności w oczekiwaniu na ofiarę. Robimy sobie herbatę, najlepiej w odpornym na stłuczenia naczyniu, i gdy wyłania się ze slotu osobnik, po prostu atakujemy kubkiem. Metoda ta jest nader niebezpieczna. Środków ostrożności całe mnóstwo musi być zachowane. Przede wszystkim musimy pamiętać, w celu zapobieżenia zalania komputera, żeby nie napierdalać pełnym kubkiem. Najlepiej zrelaksować się za pomocą ¾ zawartości – pozostałość już nam raczej nie wychlupnie. Proponowałbym także napoje bezkofeinowe – karaluchy uciekają różnie, raz od komputera, raz do komputera. Na dwoje babka wróżyła. Więc nie daj Boże, żebyśmy za bardzo kawą się rozbudzili i z żądzy zemsty nie zaczęli po lapku naparzać. Ostatnim miejscem kaźni jest wentylator. Siedzisz sobie przeglądając głupoty na Onecie, i nagle chrup. Tutaj nie człowiek a maszyna walczy ze zwierzęciem. Tutaj rządzi czysta matematyka i technologia. Procesor osiąga temperaturę 60 stopni i włącza się wentylator przenosząc naszych bohaterów w świat Martwicy mózgu Petera Jacksona i sceny z kosiarką. Niestety, podobnie jak z klawiaturą, tutaj również było mi dane usłyszeć tylko jeden zgon – zazwyczaj w słuchawkach przed komputerem przesiaduję. Wiem już jednak, że tak ginąć mogą. Mam jednak niemiłe przeczucie, że wygrać nie jestem w stanie. Nie te możliwości, nie ten przeciwnik.

Kupując dziś Times’a przekonałem się jednak, że z karaluchami nie tylko ja mam problemy, a i wielkim tego świata zdarza się wytaczać batalię przeciw insektom. W Turkmenistanie, rządzonym w stylu dość mało demokratycznym przez Gurbanguly Berdymukhammedowa, sporą oglądalnością cieszy się program informacyjny Vatan. Jednak ostatnio, podczas podawania świeżej porcji wiadomości, o godzinie 21.00 na stole przed spikerem pojawił się duży, brązowy karaluch. Zrobił pełne okrążenie i znikł. W powtórce o 23.00 również puszczono wersję łączącą Panoramę i Z kamerą wśród zwierząt. Telewizja nie zauważyła, naród zauważył. Berdymukhammedowa tak rozzłościła ta wiadomość, że kazał zwolnić co najmniej 30 osób. Wyskoczyli z roboty dziennikarze, a za dziennikarzami dyrektorzy, a za nimi operatorzy kamer i technicy. Karaluch zapewne pozostał. I jak ja mam siły do walki z przyrodą zbierać skoro nawet przywódca naftowego mocarstewka poradzić sobie z nimi nie może?

Bohater wpisu img_6714.jpg

Next Page »