Kanały:
Wpisy
Komentarze

Podwyżka akcyzy

Dziś PAP przyniósł nam tragiczną wiadomość. Od 1 stycznia 2010 wprowadzona zostanie w Federacji Rosyjskiej minimalna cena za pół litra wódki, i wyniesie ona 89 rubli, gdy obecnie w ruskiej Biedronce można wyhaczyć na promocji połówkę za 55 rubli. Miałem sobie zrobić przerwę w piciu, ale coś czuję, że przyjdzie popaść w mały zapoj przed przyjazdem na święta do Polski.  Życie kłody pod nogi na każdym kroku rzuca :(

Derbent – co na miejscu?

Dagestan słynie ze swojej gościnności. Jednak bywają różni goście, i bywają różni gospodarze. Dobrze jest być zaproszonym przez odpowiednie osoby, co nie ulega wątpliwości. Czasami jednak brakuje nam takich osób, i trzeba je sobie poszukać. My znaleźliśmy zastępcę dyrektora uniwersytetu w Derbencie i dzięki staraniom pewnej osoby zostaliśmy zaproszeni do prawdziwej perełki Kaukazu. Znaleziono nam hostel, zapraszający nas Ramis cały czas służył swoją Ładą jako środkiem transportu, a gdy brak czasu mu nie pozwalał zajmować się nami, oddelegowano nam kierowcę i służbową Wołgę (zdecydowanie lepiej mieści 6 osób).

 

Noclegi. Hostelik mieliśmy tuż przy plaży, dniami i nocami towarzyszył nam szum Kaspijskiego Morza. Pokój dwuosobowy po sezonie kosztuje ok. 1000-1200 rubli, i była to jedna z tańszych opcji na nocowanie na początku listopada w Derbencie. Można znaleźć nocleg za 250 rubli, lecz spokoju nikt w tych miejscach zagwarantować nie może. Podobnie jak i w takich za 2500 rubli. Jedyną różnicą jest klasa i wygląd tzw. „jednodniówek” snujących się po korytarzach. Nasz hostelik „Teremok” poza młodym zarządcą mającym problemy z dodawaniem i mnożeniem zapewnił nam śniadania (dodatkowo płatne: 30 rubli). Pierwsze śniadanie bazowało głównie warzywach i różnych konfiturach, więc normalnie. Niestety następne bazowały już na gotowanej baraninie z ziemniakami, więc po tygodniu człowiek zaczynał myśleć o wegetarianizmie. W pokojach trochę brudno, na plaży też dosyć brudno, lecz nie zważa się na takie problemy, gdy koniak poniżej 20 zł za butelkę, a za 40 kupuje się już leżakowany przez 7 lat.

 

Gościnność. Kaukaz w świecie słynie ze swej gościnności, a na Kaukazie ze swej gościnności słynie Dagestan. I dało się to odczuć w każdym momencie naszego pobytu. Od zapewnienia nam transportu, poprzez bezpłatne wstępy do obiektów historycznych i przewodników, po płacenie za nas w restauracjach. Niestety z ostatnią tradycją mieszkańcy mają spory problem. Tradycja zobowiązuje, lecz wynagrodzenia na uniwersytecie niestety nie uwzględniają tego. Pozwoliliśmy zapłacić za pierwszą kolację w restauracji i na tym tradycji powinno stać się zadość. Lecz nasz opiekun Ramis za każdym razem próbował zaprezentować nam ten element gościnności, polegający na zapewnieniu pożywienia swoim gościom. Trzeba było niby wychodzić do toalety i szukać kelnera, odwracać uwagę Ramisa i prosić o rachunek dla nas, lub startować w wyścigu do kasy. Smutnym faktem jest, że nasze hiszpańskie i włosko-słoweńskie koleżanki podróży nie były w stanie pokazać dobrego wychowania, i gdyby nie polsko-egipskie starania nasz opiekun popadł by w ruinę. Ileż można płacić za bujanie się pięciu osób po restauracjach przez tydzień? One jakoś nie rozumiały, że gdy jedziemy samochodem Ramisa za damkę, i ten po drodze zajeżdża do warsztatu aby zapłacić za wymianę uszczelki 2500 rubli, lekkim nietaktem jest wykorzystywać jego gościnność i pozwalać zapłacić rachunek w restauracji na ponad 1000 rubli. Były próby przeprowadzenia lekcji wychowawczych, lecz Zachód wydawał się być niereformowalny. Może problem tkwił w płci…..

Poza odwiedzaniem restauracji i próbowaniem wszystkiego co się dało z lokalnej kuchni, nasze dni wypełniało zwiedzanie i spotkania ze studentami.

 

Studenci. Jako że przyjęliśmy rolę delegacji obcokrajowców chcącej poznać kulturę Dagestanu, trzeba było ją zagrać dobrze. Przygotowaliśmy krótkie wzmianki o swoich krajach plus opis systemu edukacji i przedstawienie możliwości studiowania na naszych uczelniach dla obywateli Federacji Rosyjskiej. Spotkań w sumie mieliśmy kilka, i każde przebiegało według podobnego schematu. Nasz wstęp, ich pytania. Nasz wstęp podobny jeden do drugiego, ich pytania podobne jedne do drugich. Pracownicy pytali się o wynagrodzenie na naszych uczelniach i popularność łapówek w relacjach student-wykładowca jako formy zaliczania zajęć, a studentów interesowały tematy damsko-męskie i sport (hiszpańska i włoska liga). Po pierwszym spotkaniu niemal pewni byliśmy, że padnie pytanie o to, w jakim wieku w naszych krajach bierze się ślub i dlaczego za mąż wychodzą przeważnie stare panny (22-23 lata i starsze). Pragnę w tym momencie zaznaczyć moim koleżankom przyjeżdżającym na Kaukaz, że wraz z przekroczeniem granicy, automatycznie stają się starymi pannami, i często w rozmowach będą tak traktowane. Bezdzietne również. No country for old men. Nas z kolei zainteresowało, dlaczego tak wcześnie wychodzi się za mąż (22-23 lata i młodsze), oraz jak wygląda kwestia rozwodu w tradycji muzułmańskiej. Jak nam objaśniono, rozwieść się można, co należy dać na plus. Według obyczaju, wystarczy że kobieta powie trzy razy „odejdź” i to powinno wystarczyć do przerwania pożycia małżeńskiego. Jak praktyka wygląda, trudno powiedzieć, jednak sama tradycja trzykrotnego wypowiedzenia zaklęcia wydaje się być bardzo interesującą i godną zaszczepienia na naszym gruncie po lekkim przystosowaniu go do naszych realiów poprzez zastąpienie słowa „odejdź” rzuceniem jakimś mięsem. Jednak co po odejściu? Tutaj już tak różowo nie jest. Mężczyzna powinien zapewnić swojej przyszłej żonie dach nad głową, co bardzo dagestańskie dziewczęta podkreślały i z czego były dumne. Jednocześnie sprawa rozwodu pokazuje, że tak naprawdę mężczyzna zapewnia sobie dach nad głową, i jakby przypadkiem jednocześnie swojej żonie. W przypadku rozwodu kobieta odchodzi bez niczego, majątek przypada mężczyźnie. Staje się więc przed logicznym wyborem między koniunkcją a implikacją , czy lepiej z życiem do dupy, i dupa pod dachem, czy lepiej z dupą bez dachu i przez to z życiem do dupy. Sytuacja trudna, lecz jakże wzmacniająca rodzinę i zapewniająca długie pożycie małżeńskie. Jak by nie było, młode studentki chcą wyjść za mąż. Sens studiowanie jednak trochę traci, gdyż to, czy dziewczyna będzie pracowała po ślubie czy nie, zależy od decyzji męża. Szczęście w nieszczęściu, że do Dagestanu pogoń za pieniądzem dotarła, więc zazwyczaj mogą/muszą dziewczęta wykorzystywać wiedzę którą zdobyły. Zdarzają się jednak i takie przypadki, że wysyła się córkę na studia jedynie po to, aby podnieść jej wartość jako przyszłej żony i zwiększyć szansę na znalezienie odpowiedniego męża – a potem rola strażniczki ogniska domowego. Gdy tak sobie rozmawialiśmy o tradycjach weselnych, wstało dziewczę lat 18 i powiedziało rozradowane, że za dwa dni wychodzi za mąż, i chciało by zaprosić nas na wesele. Po czym pokazała chłopca w kącie sali wykładowej i oznajmiła, że to on jest tym szczęśliwcem. Szczęśliwiec na szczęśliwego nie wyglądał, przytaknął tylko dla potwierdzenia wybranej drogi życia. My rozradowaliśmy się bardziej niż on, i przyjęliśmy zaproszenie.

 

Wesele. Wesele odbywało się w czwartek a sala bankietowa znajdowała się ok. 15km od Derbentu. Powiedziano nam, że obecnie tyle młodych osób bierze ślub, że Derbent nie jest w stanie pomieścić wszystkich imprez w swoich granicach w jednym, sobotnim dniu, więc wesela odbywają się w dowolny dzień tygodnia. Minimum zaproszonych gości to 200 osób, i uważane jest za wesele skromne. Średnią wyznacza przedział 300-500 gości a największe sale bankietowe zapewniają miejsce 1000 biesiadnikom i nie tak rzadko zdarza się, że są zapełniane. Niekiedy na taką imprezę rodziny biorą kredyt, lecz dobrze zorganizowane wesele pozwala zarobić na odsetki. Preferowanymi prezentami są koperty, a ich zawartość powinna zapewnić pokrycie kosztu wypitego alkoholu i zagryzek. Do tego wesela organizowane są dwa: jedno dla pana młodego, i jedno dla pani młodej. Czasami rodziny dogadują się, i wynajmują salę mogącą pomieścić owe dwa pół-wesela, lecz bawią się oddzielnie. Co wartego zapamiętania? Elementem wprowadzającym do tańca jest wygłoszenie życzeń przez wyznaczone osoby, prawdopodobnie przedstawicieli zaproszonych rodzin. Składamy życzenia, zapraszamy w taneczne kółeczko, i w tym kółeczku zbieramy pieniądze dla młodej pary. Tańczą przeważnie młode osoby. Nie za bardzo zrozumiałem komu pieniądze trzeba dawać, tym bardziej że często te same banknoty wracały do obiegu rozdawane przez inną osobę, i innej trzeba było je wręczać. Były to drobne kwoty rzędu 50 rubli. Inna ciekawostka: na stole nie było noży. Względy bezpieczeństwa usankcjonowane tradycją. Tradycja mi znana, gdyż kiedyś piliśmy w akademiku na korytarzu, i przyszło przenieść się do kuchni. Zanim zasiedliśmy do stołu, Mustafa pozbierał wszystkie noże które były w zasięgu wzroku i schował je do szuflady. Schabowe na muzułmańskich weselach zbytnią popularnością się nie cieszą, a i na tym ich nie podano, więc rzeczywiście noże były by zbyteczne. Trzecia, największa moim zdaniem z ciekawostek. Wesele trwa 3-4 godziny, zaczyna się zazwyczaj o czwartej po południu. My w okolicach 20stej byliśmy już w hostelu, a i tak nasz powrót przeciągnął się z powodu postoju na milicyjnym punkcie kontroli (wracaliśmy w 6 osób i przyszło mi obejść posterunek). W tym miejscu, warto zadać sobie pytanie: jak wygląda porównanie z polskim weselem? Przede wszystkim na mój gust nuda. Można zobaczyć, ale wzorować się nie ma co. Dobrze że się spiłem. Tańczą tylko młodzi, reszta siedzi przy swoich stołach i nie wygląda na chętną do integracji. Do tego nie tańczy się w parach (co może być jakoś związane z brakiem noży na stołach). Było by bardzo milo skorzystać z faktu, że alkoholu pod dostatkiem, a na parkiecie średnia wieku nie przekracza 22 lat. Tempo picia zabójcze, bo tylko kilka godzin a alkoholu sporo (można go nie wypić, lecz skoro już postawili…). Do tego jeśli tempa nie wytrzymasz i pójdziesz sobie spokojnie zwymiotować, gdy wrócisz z odpoczynku może się okazać, że przyjdzie pocałować klamkę, bo weselisko się skończyło. Jedzenie jest dosyć odpowiednie na zagryzkę, lecz ze względu na dużą liczbę gości serwowane raczej na zimno. Były szaszłyki, pierożki, różne sałatki i owoce, lecz…..brakowało schabowego. Flaczków, rosołu, barszczu też. Brakowało wielu rzeczy które pozwalają pić do rana. I szkoda, że ze względu na trzygodzinne wesele nie są wcale potrzebne. Posiedzieliśmy, popiliśmy, potańczyliśmy i pojechaliśmy. W drodze powrotnej po wino do sklepu (znów minus dla Dagestanu, bo nie dają gościom wódki na odjezdne), spacer po plaży z którego pamiętam połowę i spać.

 

Alkohol. Tutaj krótko, bo alkohol tam jest, i ta informacja podróżnikom powinna wystarczyć. Dagestan może ugościć nas bardzo dobrymi różowymi winami typu Rozalia o kolorze czerwonym i wyśmienitymi koniakami. Jeśli będziecie w Dagestanie, warto zabrać ze sobą kilka butelek, gdyż w takim Piatigorsku są droższe już o 50%. Spotkania z kadrą naukową Derbentu nie mogły odbyć się bez alkoholu i toastów za drużbę narodów, co bardzo sobie chwaliłem i doceniałem wartość znajomości zawartych w takich okolicznościach. Pół litra na stole wydaje się być oczywistością, co jest niezwykle przyjemnym podejściem do obecności alkoholu w życiu akademickim, i nie tylko. Na korzyść Rosji muszę powiedzieć, że kultura picia tu wysoka a i tradycja picia przebogata, do picia zdrowe podejście. Do tego od wódki się nie ucieka jak od zła wszelakiego, choć gdy jakaś katastrofa się wydarzy, jako możliwą przyczynę na drugim miejscu prawie zawsze alkoholizm podają. Osobiście wódkę lubię.

Jest sobie reklama w rosyjskiej tv marki napojów owocowych „Sok rodzinny”, która pozwala w dość fajny sposób zaobserwować podejście do picia. Scenka wygląda tak: za stołem siedzi matka, krząta się córka-nastolatka, a ojciec trzyma na rękach chłopczyka mniej więcej 5 letniego który pije mały kartonik „Soku Rodzinnego”. Gdy chłopczyk kończy, ojciec mówi „zuch, 200 gram jednym machem”. Przeszło by u nas? Reklama znaczy się, bo 200 gram przechodzi o ile pamiętam.

I tym miłym akcentem kończę opowieść o Derbencie. O zabytkach tego miasta dużo napisało już Google.

I jeszcze jedno: jeśli nie boicie się jechać do Petersburga, do Derbentu spokojnie możecie się wybrać.

 

Koncerty

Lokalne władze uniwersytetu lubują się we wszelkiego rodzaju koncertach. Jestem na PGLU dwa miesiące ponad, i nie pamiętam tygodnia żeby jakieś święto nie było obchodzone, a wraz z nim koncert w tzw. “gazie” czyli главном актовом зале. Ostatnio przyszło świętować odkrycie centrum kultury żydowskiej, a ściślej rzecz ujmując, centrum kultury górskich Żydów, którzy przybyli na Kaukaz przez Dagestan. W związku z tym, filmiki z koncertu:

http://www.youtube.com/watch?v=gQgg7KS5xQ4

http://www.youtube.com/watch?v=Z1Au2h9T0qA

http://www.youtube.com/watch?v=EDaj3nOLj0U

Derbent – przed podróżą

Od tygodnia zbierałem się aby opisać wyjazd do Derbentu, lecz pomysłu brakowało na formę (i z formą przez wódkę za 7zł też kiepsko). Niestety zwykły schemat Podróż-Pobyt-Powrót jest niezwykle trudnym do wykorzystania w tym przypadku, gdyż od przyjazdu do Rosji minęły już ponad dwa miesiące, i zaczęło zanikać coś, co nazywamy ‘zdolnością do dziwienia się”. Na początku Hiszpanie i Polacy dziwili się na równym poziomie (choć w trochę inny sposób), lecz po pewnym czasie walki z rosyjską rzeczywistością Hiszpanie się poddali i posmutnieli, a ja odnalazłem się w niej na tyle dobrze, że zdziwienie zniknęło, a wraz z nim chęć do opisywania, już oczywistości. Dużą zasługę w tym miała lokalna kuchnia i alkohol – jeśli możesz dobrze zjeść i tanio się napić, mniej świat boli.

Kilka dni temu przeprowadziłem małą konwersację z osobą niejako zawodowo zajmującą się pisaniem różnych różności. Tematem rozmowy było pisanie owych głupot i sposoby przymuszania się do tego. Temat: jakim sposobem znów zacząć się dziwić, a ze zdziwienia zrobić początek myślenia? Owa osoba patrząc z polskiej perspektywy podała dla rozgrzewki kilka przykładów, aby nakierować mnie na odpowiednio szerokie tory prowadzące do zdziwienia. Pojawiła się między innymi kwestia zlecania zabójstw niewygodnych dziennikarzy. To jej zdaniem powinno dziwić. Często Kaukaz kojarzy się nam z brakiem wolności prasy i owym specyficznym jej ograniczaniem poprzez ograniczanie liczby dziennikarzy. Pozwolę więc na rozgrzewkę ustosunkować się do owego zagadnienia. Niby smutne to zjawisko, niby można się jemu dziwić, lecz…. jakoś nie zdziwiło, jakoś reakcji oburzenia we mnie nie wywołało. Śmierć dziennikarza często ni jak się ma do tego co mógł lub co odkrył. Na jakim świecie trzeba żyć, żeby nie przypuszczać, że kilka lat po działaniach wojennych na danym terenie mogą być łamane prawa człowieka. Po co więc nam te informacje od dziennikarzy? Wszyscy wiedzą jak jest, a pisanie o sytuacji na Kaukazie przypomina trochę coroczne podawanie przepisu na karpia w wydaniach świątecznych różnych gazet. Dla pewnych osób śmierć dziennikarza przedstawia sobą wartość niezależnie od tego czy coś on wiedział, czy nie. Niezależnie od tego czym się zajmował lub co chciał opisać. Czasami dla celów politycznych taka śmierć jest potrzebna. Nieustanny stopień wysokiego zagrożenia jest wygodnym narzędziem politycznym. Na Kaukazie korzystano z niego od dwóch wieków. Czy to carat, komuniści, czy obecna władza. Trochę więc szkoda jednak dziennikarzy, bo jeśli już, to nie giną za prawdę którą chcieli ujawnić (a o której i tak większość wiedziała), a jedynie ich śmierć jest elementem podtrzymania atmosfery niepewności.

Jeszcze jedno. Media są czwartą władzą, nawet w Rosji. Tutaj jednak mamy do czynienia z konsekwencją w praktykowaniu podejścia do równowagi między poszczególnymi władzami. W roku 2009 roku na Kaukazie w zamachach, strzelaninach, starciach i im podobnych incydentach zginęło ponad 500 osób związanych z Władzą – milicjantów, żołnierzy, prokuratorów…. tak na prawdę nie wiadomo kto ich zabił i dlaczego. Dlaczego Czwarta Władza miała by znajdować się poza owym kręgiem?

Rosja to wielki kraj, kraj wielkich możliwości. Kraj tak wielki, i tak wieloma rzeczami wręcz oślepiający, że bez przymrużenia oka niewiele się zobaczy. To przymrużenie oka towarzyszy mi już od ponad dwóch miesięcy, i jak na razie doskonale się sprawdza. Tyle że zdziwienia z przymrużenia nie będzie raczej.

Opowieść o Dagestanie rozpocznę również od dziennikarzy, którzy to prawie zepsuli by nam wyjazd. Zacznę od dziennikarzy z Moskwy, od zachodnich korespondentów, od dziennikarzy z Zachodu (w tym Polski) kształtujących rzeczywistość na papierze w sposób którego Stanisław Lem by się nie powstydził. Nikogo nie obchodzi już porządna prawda. Lepiej jest przedstawić dagestańską rzeczywistość jako stan zagrożenia, niby „drugą Czeczenię” – trochę ciekawiej, lepiej się sprzeda artykuł …. „Zachód” narzeka na brak prawdy w Rosji, a sam serwuje nam tak gówniane informacje, że smutek człowieka ogarnia. Przez zachodni bełkot prawie wycieczka do Derbentu by się nie udała. Pomysł był prosty – w pociąg i do najdalej na południe wysuniętego miasta Federacji Rosyjskiej, jednocześnie najstarszego. Proste i genialne w swej prostocie. Miejsce ciekawe, więc i chętnych na początku znaleźć nie było trudno. Pomijając osoby organizatorów (bardziej Magda, mniej ja) chęć wyraził Alberto, chęć wyraziły Alenka i Esti. Plan pojawił się na początku października, wyjazd za dwa tygodnie. Jako że Derbent mimo swych walorów turystycznych nie jest zbyt dobrze opisany w Internecie, nie wiedzieliśmy gdzie można nocleg znaleźć. Pociąg przyjeżdżał w nocy, a miasta nie znaliśmy. W tym momencie pojawia się moja mała rola w całym tym show. Wydumałem, że można skontaktować się z lokalnym uniwersytetem, i zaproponować aby nas zaprosili i zorganizowali pobyt. Zadzwoniliśmy, a Dagestański Uniwersytet Narodowy zgodził się na przyjęcie delegacji nauczycieli i studentów z Piatigorska. Po kilku dniach euforii Alberto się wycofał. Jako powód podał informację znalezioną na stronach hiszpańskiego MSZ, że oni odradzają podróż do Dagestanu. W tym momencie straciłem szacunek do hiszpańskiego zdrowego rozsądku. Zachowałem jednak szacunek dla jego osoby. Wycofał się szybko i konkretnie. Zostały 4 osoby, też nieźle. Ale potem było już gorzej, i to z powodu jednej osoby, Alenki (Słowenka podająca się za Włoszkę). W jej osobie spotkały się dwa problemy psujące nam wyjazd – jej głupota i głupota dziennikarzy. Głupota dziennikarzy polegała na problemach związanych ze sposobem podawania faktów dotyczących destynacji naszej wycieczki, a jej głupota polegała na braku czytania ze zrozumieniem tych informacji. Należy jednak zaznaczyć, że owo rozumienie musimy przyjąć w dość specyficznej formie, gdyż jak pisał Tiutczew, „Умом Россию не понять…”. I tak musieliśmy uwierzyć, że rozumienie dosłowne jest zgubne, i należy nastawić się na czytanie między wierszami. Alenka nie tylko nie czytała ze zrozumieniem adekwatnym do miejsca w którym się znajduje, ale i czytała niewłaściwe serwisy informacyjne. Niestety duże agencje prasowe zdają się tylko czytać nagłówki bez zaglądania do treści wiadomości lub pisania w stylu uwzględniającym całość danej tematyki – w tym przypadku kroniki milicyjnej i jej podobnych. Co zaś mówiły nam lokalne portale internetowe? Owszem, średnio co dwa dni jakaś bomba wybuchła (bez ofiar) lub zorganizowano (udaremniony) zamach na posterunek milicji, lecz to tylko nagłówki były. Po uważnym wczytaniu się w treść niusa na twarzy pojawiał się lekki uśmiech. Nagłówek o granacie który wybuchł w małej wiosce, okazywał się po rozwinięciu być próbą ukarania żony która chciała rozwodu. Groźnie brzmiąca informacja o zamachu na linię kolejową (po tym niusie wezwano nas na uczelnię) ukazywała zdjęcie z nienaruszoną trakcją i dziurę między podkładami wielkości borsuczej nory. Dagestański serwis informacyjny wyglądał przy odpowiednim spojrzeniu naprawdę komicznie. Jak tu się nie uśmiechnąć, gdy na głównej stronie układ wiadomości dnia nieraz przybierał taką postać: 1. „Znaleziono samochód wypełniony materiałami wybuchowymi przed ratuszem” 2. „Ludmiła Andriejewna pracuje w bibliotece w Hasawjurcie już 30 lat” 3. „Udaremniono przemyt narkotyków o wartości ponad 20 mln dolarów”. Dodając do tego fakt, że jedyną ofiarą w ciągu dwóch ostatnich miesięcy w wyniku działalności „terrorystycznej” był mężczyzna próbujący podłożyć nocą bombę w parku i przypadkowo sam się wysadziwszy, przy kieliszku wódki uśmiech sam cisnął się na usta. Broń, materiały wybuchowe, granaty … jest to wpisane w lokalny koloryt tak samo jak i w życie Moskwy czy Petersburga. Tuż przed wyjazdem Ramez powiedział, że na początku października policja w Kairze zamknęła grupę studentów z Dagestanu, gdyż ci w ciągu miesiąca nauki zdążyli znaleźć i zapisać się gromadnie do pewnej chyba poważnej egipskiej organizacji terrorystycznej (tak jak my zapisujemy się na basen). Ot pionierów i komsomolców już nie ma, a chęć zapisania się gdziekolwiek pozostała. I Słowenka zamiast spojrzeć na świat oczyma Polaka, naczytała się głupot z Zachodu o Wschodzie, dodała do tego własny brak możliwości oceny sytuacji, a potem z niewiadomych przyczyn chciała nas przestraszyć. Polacy ją wyśmiali, więc zabrała się za Hiszpankę. I zaczęła się walka o Esti. Z jednej strony Polacy, którym potrzebna była Hiszpanka dla podtrzymania statusu delegacji międzynarodowej do Derbentu, a z drugiej Słowenka uważająca się za Włoszkę. I tak przez tydzień walczyliśmy o powodzenie dopiętej już na ostatni guzik wizyty. Argumenty które padały za pozostaniem w nudnym już trochę Piatigorsku i poziomem niebezpieczeństwa w tym regionie poddawały w wątpliwość jakoby Rozum od stuleci już w Zachodniej Europie się usadowił. Zresztą problemy z wyjazdem nie tylko robiły nam media, ale i władze naszego uniwersytetu. Historiom o zamachach bombowych i strzelaninach nie było końca. Każdy z pracowników odradzał podróż w ten region (zorganizowano nam coś w rodzaju spotkania odstraszającego), a czym bardziej odradzali, tym bardziej chciało się tam pojechać. Niestety tylko z Magdą aktywnie stawialiśmy opór władzom uczelni, ze strony współwycieczkowiczów wsparcia żadnego nie było widać – biernie i miernie przysłuchiwali się wymianie argumentów. Jedynie jeden z dziekanów roztropnie zauważył, że w Derbencie produkują znane w całej Rosji koniaki, i naprawdę warto odwiedzić to miejsce. Po dwóch dniach Alenka zdecydowała, że nie jedzie, bo Dagestan to niebezpieczne miejsce i „mogą mnie tam porwać dla rozgłosu, gdyż kiedyś udzielałam wywiadu dla włoskiej telewizji o Kaukazie, i być może z pomocą Google dowiedzą się o tym”. Pół biedy że zrezygnowała, nawet lepiej, lecz do tego doszło nasilenie starań odwiedzenia Esti od pomysłu wycieczki nad Morze Kaspijskie. Staraliśmy się jak tylko można było izolować Esti od złych wpływów Alenki. I tak zostaliśmy w trójkę, a miejsca w hostelu zarezerwowane już przez stronę dagestańską dla 4 osób. Na szybko przekonałem Rameza że i Egipcjanom warto zobaczyć Derbent, więc znów komplet gotowy. Telefony do Derbentu, zmiana listy zaproszonych gości, zmiana pokoi, Ramez kupił już bilet na pociąg. Wszystko w porządku. Mijają trzy dni, a Alenka stwierdza po rozmowie z dyrektorem naszego instytutu (zadzwonił do Derbentu i sprawdził kto nas zaprasza), że jednak ona chce jechać. Więc znów telefony, domawianie pokoju i inne zmiany papierkowe. Ręce opadły i nienawiść polsko-słoweńska nastała. Trwa ona do dziś w najlepsze.

Takie to były początki wyjazdu do Dagestanu.

 

 

 

 

Derbent – filmy

Derbent – zdjęcia

Więcej o ludziach

Jak panna Aneta poprosiła, coś więcej o ludziach teraz. Sprawa z Amerykaninem naprowadziła nas na tory rozmowy o broni w naszym otoczeniu. Pierwszy temat: broń na uniwersytecie. Jedna z lektorek języka hiszpańskiego zadała dla żartu pytanie, ile osób w klasie ma broń. Połowa grupy podniosła ręce. Na tym żart się skończył. Druga historia jest dosyć związana z tym żartem. Dwa lata temu w naszym akademiku była strzelanina na portierni. Strzelanina między studentami i ochroniarzami. Dwa lata temu ochroniarze naszego akademika jeszcze cały czas nosili ze sobą broń. Na wszelkie wypadek. Pewnego wieczoru na portierni był tylko jeden ochroniarz. Przyszedł do niego kolega, w celu strzelenia sobie browarka. Portierka jednak, jak to z nimi bywa, nie była zbytnio nastawiona na wpuszczanie obcych. Ochroniarz więc, dla zażegnania sporu dał jej z przysłowiowego liścia. Widziała to grupa studentów, którzy jako dżentelmeni nie chcieli pozwolić na znieważenie kobiety, i słusznie. Skopali więc dupę ochroniarzowi. Wtedy to kolega ochroniarza, który nadal stał za drzwiami, wyważył je i przybiegł z pomocą. Jednocześnie na pomoc zjechali się koledzy ochroniarzy. Studenci widząc co się święci, pobiegli po broń. Ochroniarze mieli ją również. I tak to wywiązała się strzelanina na portierni. Ofiar nie było. Kilkanaście wozów policyjnych otoczyło akademik, i rozwiązało sytuację. Co jak co, ale na działania milicji narzekać nie możemy. Działają lepiej niż nasi.

Seks w Wielkim Kaukazie

Siedzę sobie w pokoju, i słyszę że za drzwiami Rafael rozmawia z jakąś dziewczyną. Dziewczę rozbawionym głosem mówi mu, żeby przez jakiś czas z pokoju nie wychodził, bo jej chłopak jest lekko szalony. Człowiek ciekawy dziewczęcia, więc od kompa wstaje, tym bardziej że nadal mam neta z opłatą za transfer, więc trochę nuda, i wychodzi na korytarz. A tam Grek. Pytam się więc Graka, o co chodzi. A on mówi, że koleś z pierwszego piętra z giwerą lata po korytarzach. Za chwilę wpadają ochroniarze i pytają się gdzie Damien mieszka, nauczyciel angielskiego z USA. Światło w pokoju się świeci, Damien nie odpowiada. On nie odpowiada, ale może chociaż ktoś odpowie na pytanie, o co chodzi. Sprawa prosta, jak się okazuje. W piątek Rafael chciał zorganizować picie na kuchni, dla integracji. No i Damien zaprosił dziewczynę, swoją studentkę z pierwszego piętra. Chłopakowi tej dziewczyny pomysł imprezy na czwartym piętrze się nie spodobał, i postanowił za pomocą broni palnej wyperswadować nauczycielowi języka angielskiego zajęcia pozalekcyjne. A mówiliśmy Damienowi, że w Rosji nie ma co za bardzo się odzywać. Ciekawe kiedy zdecyduje się wyjść z pokoju, bo przecież ma net z limitami, więc wiecznie siedzieć nie może. Przysłowie na dziś:

Тише едешь, дальше будешь.

Archyz po raz drugi

Poprzednia wycieczka do Dombaju była sukcesem, jeśli brać pod uwagę pogodę i krajobrazy do obfotografowania, oraz porażką, jeśli brać pod uwagę stopień zorganizowania wyjazdu. Weekend w Archyzie był sukcesem zarówno przy pierwszych jak i drugich wyznacznikach zadowolenia z wyjazdu. Dombaj – dzień zaplanowany przez uniwersytet od rana do wieczora. Był czas na fotografowanie, był czas na posiłek, był czas na oddalenie się od grupy. Jednym słowem, nuda. Jak można coś takiego opisać, jeśli cały twój dzień wygląda jak punkt po punkcie skopiowany z oferty biura turystycznego? Archyz, Archyz był zupełnie inny. Zaplanowane było tylko miejsce docelowe, i jak się wydawało Hiszpanom nocleg. A wydawało im się, że można będzie mieć miejsce do spania w klasztorach w Niżnym Archyzie. Mnie się tak nie wydawało.

Uczestnicy wycieczki: Esti, Sylvia, Sandra, Solen, Anna, Alberto, Axel i pan Dawid. Trasa: Piatigorsk -> Czerkiesk -> Niżnyj Archyz -> Archyz.

Jako że trasę podobną pokonywałem już kilka tygodni temu, dla mnie zero zaskoczenia. Dla Hiszpanów, jako że trasy podobnej chyba nigdy w życiu nie pokonywali, lekkie zaskoczenie. I dziękuję im za to. Rok w Kirgistanie, całe życie w Polsce i już dwa miesiące na Kaukazie spowodowały, że wielu rzeczy się nie zauważa. Hiszpanie dali mi świeże spojrzenie na różnice między wschodem i zachodem. Pierwsze co rzuciło im się w oczy, a na co moje oczy są zamknięte już, to ilość osób i ich bagaży można upchać do marszrutki. Marszrutka nie zdążyła się dobrze rozpędzić, a połowa osób miała już wyciągnięte aparaty i uwieczniała jak to określili, przewóz uchodźców przez zieloną granicę. Drugi warty zauważenia fakt z hiszpańskiego punktu widzenia, to to, że autobus może pokonywać 80km w dwie godziny. Na każdym kroku odkrywali przede mną na nowo radość i zdziwienie z Kamazów wyprzedzających na trzeciego, z krów i owiec na drogach krajowych. Po dojechaniu do Czerkieska ja zwykle obskoczyli nas taksówkarze proponując wynajęcie całego busa za 3000 rubli. Pół godziny czekania na rejsową marszrutkę i za 8 osób zapłaciliśmy 880 rubli. Przez te pół godziny Hiszpanie zdążyli obfotografować posterunek policji na dworcu, toalety z narciarzami i drzwiczkami do kibla a’la dziki zachód. Z Czerkieska do Niżnego Archyza znów dwie godziny. Tym razem już trochę okrzepli ispancy i mniej fotografowania było. Za to w marszrutce spotkaliśmy panią pracującą w prawdopodobnie najlepszym punkcie z szaszłykami w Piatigorsku, na Lermontowskim Rynku (warto odwiedzić).

Niżny Archyz. Co o nim? Dawna stolica Alanów, położona na jednej z odnóg Jedwabnego Szlaku, w dolinie rzeki Zelenczuk. Trzy zabytkowe świątynie chrześcijańskie. Najstarszą z nich datuje się na IX wiek. Niedawno były odremontowane, prezentują się naprawdę dobrze, i rewelacyjnie komponują się z otaczającymi je wzgórzami i lasami mieszanymi. Kompleks archeologiczny ‘Archyz’ zajmuje kilkadziesiąt hektarów. Jest i ‘Malowidło’ naskalne Twarzy Chrystusa położone 150m nad dnem doliny – według przekazu strażnika z naszego akademika, kilkadziesiąt lat temu odłupał się płat skały o powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych, i ukazała się Twarz Chrystusa. Choć przy odpowiednim kącie trochę przypomina Chef’a z South Parku. Inna teoria – mnisi to wyrzeźbili. Jakby nie patrzeć, lepszy odcisk twarzy Chrystusa w skale, niż matka boska z płynu do naczyń na szybie. Pospacerowaliśmy sobie po kompleksie, napiliśmy się świętej wody ze świętego źródełka, i ja jako jedyny poszedłem zobaczyć Chrystusa. Przy okazji zrobiłem małe przygotowanie do wejścia na Elbrus. Odcinek szczytowy przechodzi się na łańcuchach, lecz ja powiedziałem sobie, że nie po to chodziłem na wspinaczkę, żeby teraz łańcuchami się posługiwać. Pomyliłem drogę i poszedłem niewłaściwą stroną, przez co miałem okazję sprawdzić czy nadal mam zadowalający chwyt.

U podnóża ściany na której znajduje się “Lik Christa” usadowił się mały ryneczek. Można tam kupić różne barachło, ale i można kupić rewelacyjne hycziny – coś w rodzaju czeburiaków, pirażkow…trudno opisać. Jest tam też i przystanek autobusowy.

Zwiedzanie zajęło nam 4 godziny. Przyszła pora na łapanie marszrutki do Archyzu o godzinie 17.00. Ostatniej marszrutki. O 16.50 pewien pan powiedział nam, że ostatnia właśnie odjechała, a wie o tym, gdyż nią przyjechał. Zaproponował łapanie stopa, lub poproszenie kogoś z lokalnych handlarzy o podwiezienie nas. Postanowiliśmy poczekać do 17.30, a nuż marszrutka się spóźnia. Po potwierdzeniu u kilku innych osób z rynku, doszliśmy do wniosku, że jednak ją przegapiliśmy. Trzeba było coś wymyślić. Ostał się tylko jeden handlarz z busikiem, Hiszpanie zaczęli panikować. Handlarz, a i owszem, zawiózł by nas za 500 rubli (marszrutka 250), lecz paliwa miał tylko na dojazd do domu, a w Archyzie nie ma stacji paliw. Pozostał stop, lecz Hiszpanie nie chcieli się rozdzielać ze względów bezpieczeństwa. Trudno było ich przekonać, że innego wyjścia nie ma. Gdy oni wypatrywali busika który weźmie wszystkich na raz, ja poszedłem wypytać lokalesów z rynku o nocleg w okolicy. Kierowca busika bez benzyny obiecał zabrać nas do centrum, gdzie mieszka jego znajomy, i za 100-150 rubli będziemy mieli nocleg.

W tym czasie z drugiej strony drogi usłyszałem Hiszpanów, krzyczących że stopa trafili. Pożegnałem się z panem od busika, podziękowałem za pomoc i pobiegłem ku nowej przygodzie. Na poboczu stały trzy samochody, Hiszpanie i trzech kierowców. Trzech kierowców z trzema kubeczkami wódki. W samochodach siedziały jeszcze dziewczęta, również z kubeczkami. Trudno mi powiedzieć, czy zatrzymali się aby wziąć autostopowiczów, czy zrobili sobie przerwę na kielonka. Zanim przyszedłem, zaproponowali podwiezienie. Gdy przyszedłem, zaproponowali już toast za spotkanie i wspólną podróż. Wypiliśmy i zapakowaliśmy się do samochodów – dwie Łady i coś koreańskiego. Nam przypadła Łada z najbardziej trzeźwym z kierowców i tubą basową w bagażniku, z której to tuż po starcie rozległa się czerkieska muzyka ludowa w aranżacji disco. 25 kilometrów do Archyza upłynęło nam w bardzo wesołej atmosferze. Radość zapewniały: 140 km/h po górskiej drodze, jazda prawie cały czas lewym pasem, znów Kamazy wyprzedzające na trzeciego, oraz drugi z naszych nowo poznanych kierowców, który to wyprzedził nas w pewnym momencie, mimo że zajeżdżaliśmy mu drogę. Nie spodziewałem się takich osiągów po rosyjskiej myśli technicznej. Dwie Łady dojechały do Archyza prawie z takim samym czasem. Wypiliśmy za szczęśliwe przybycie i rozpoczęło się czekanie za trzecim samochodem. Trochę zaczęliśmy się martwić, gdyż ich kierowca był najbardziej pijany. Po pięciu minutach jednak zjawili się, co nas niezmiernie uradowało. Uradowało nas także to, że chociaż jeden nie szalał na drodze. I była to prawda, nie szalał, lecz tylko dlatego, że w czasie jazdy a to polewał sobie i współpasażerom, a to mu butelka spadła i musiał jej poszukać pod siedzeniem, a to zwalniał i odwracał głowę do tyłu, bo nie lubi jak nie patrzy się podczas rozmowy drugiemu człowiekowi w oczy. Na pytanie Hiszpanów czy nie boi się mandatów, odparł że nie ma się czego obawiać, gdyż jest sędzią. Według szacunków moich iberyjskich przyjaciół, na odcinku 25km zrobili dwie półlitrówki w 6 osób.

Poza podwiezieniem, znaleźli nam nocleg za 150 rubli od osoby (utargowane z 250r) i zostawili swoje numery telefonów, na wypadek gdyby ktoś nam na wiosce „mieszał”.

Poszliśmy do małej, przydomowej restauracyjki (barak robotniczy), zamówiliśmy bliny z serem i garnek barszczu. Kupiłem dwie butelki wódki i poszliśmy na kwaterę. Dla mnie, kwatera jak kwatera, wódka jak wódka. Niezbyt miłe w obejściu, ale pożyteczne. Dla Hiszpanów kwatera okazała się obiektem dyskusji przez pół wieczoru, a wódki prawie nie ruszyli. Mówiłem im, że warto, ale nie słuchali. Rano wszyscy narzekali na niewygodne łóżka, na niewyspanie, na chłód, na hałasy z ulicy, na przymrozek i kibel na zewnątrz. A ja miałem tylko lekkiego kaca.

Śniadanie. Powiem krótko, gdybym był z nimi na dwutygodniowym urlopie a nie roku akademickim, chyba bym ich zabił. Jak można jeść śniadanie przez ponad godzinę? O 13.30 mieliśmy ostatni autobus do Piatigorska, a pendejos skończyli jeść przed 10. Potem jeszcze fotografowanie się z krowami, ciężarówkami (nigdy Ziła nie widzieli?) i kupami śmieci. Na górki zostało 3 godziny. Szybko wynajęliśmy uaza, 250r od osoby za dwie godziny jazdy po bezdrożach i pojechaliśmy na Sofijską Polanę. Po drodze mijamy punkt kontroli straży granicznej, gdyż od Abchazji dzieli nad kilka kilometrów. W punkcie granicznym miłej pani z kałasznikowem na plecach zostawiamy spis pasażerów wraz z numerem paszportu. Za nami była inna wycieczka. Jednakowoż oni nie zabrali się od razu za zapełnianie listy, lecz wyciągnęli wódkę, kubeczki, i zgodnie stwierdzili że nigdzie tak dobrze się nie pije, jak na łonie natury. Po dwóch kolejkach i wspólnej fotografii zabrali się za deklaracje celne. Pół godziny, i dotarliśmy. Godzina na miejscu – szybkie podejście pod lodowiec i wodospady oraz jeszcze szybsze zejście. Niestety niebo było bezchmurne, Słońce świeciło niemiłosiernie, i zdjęcia wyszły przepalone. Trzeba jeszcze wrócić do jednego z coraz mniej licznych prawdziwie sowieckich kurortów górskich.

Powrót….nic ciekawego:)

Zaległy Kislowodsk

Zaległe zdjęcia z krótkiej wycieczki do Kisłowodzka. Uczestnicy: Larisa, Lena, Kristina i Kordula. O czym warto wspomnieć? Park o powierzchni 2000 hektarów, wypasione wiewiórki i równie wypasione koty.  Do tego – miejsce w którym zatrzymała się lawa po erupcji Elbrusa, święte źródełko, pijalnia wód dużo ładniejsza od betonowego szkaradztwa w Piatigorsku (smak wody również bardziej przystępny) oraz atmosfera kurortu, której to trochę Piatigorskowi brakuje. Wszystko tu wolniejsze, czystsze, lepiej zorganizowane – po prostu łatwiej się wypoczywa.

Starsze wpisy »