Ostatnimi czasy życiu akademikowemu nadawały kolorytu jedynie wydarzenia związane z rzeczami martwymi. Każdego dnia w godzinach 20.00- 24.00 były przerwy w dostawach prądu, a sporadycznie i w ciągu dnia. Kanalizacja niedomagała - wiosna przyszła i prawdopodobnie masy wody z topniejącego śniegu (a stopniała większość w ciągu dwóch dni) były powodem tych niedomagań. Niedomagania objawiały się zalewaniem korytarzy, a że korytarze służą zazwyczaj jako łączniki między pokojami, to i pokoje sobie pływały. Korytarz był zalewany odgórnie, chodziliśmy po wodzie; w pokojach natomiast woda dostawała się pod wykładzinę PCV i chodziliśmy niczym po łóżku wodnym. Na szczęście budowniczy socrealizmu nie przykładali się do roboty za bardzo, i wszelakimi szczelinami, dziurami, pęknięciami itp. woda spokojnie spływała sobie do piwnicy - pierwsze piętro było jedynie tymczasowym miejscem pobytu żywiołu.
Tyle rzeczy martwe. Rzeczy żywe - Chińczycy. Byłem świadkiem bardzo solidarnościowego zachowania moich współmieszkańców. Obywatele-studenci z ChRL zamieszkują w trzech akademikach, łącznie ponad 100 osób. Podczas jednego z 15 dni Nowego Roku w akademiku numer 4 jedno Chińskie dziewczę się spiło. Spiło się w trupa i znajomi zanieśli ją do łóżka. Ten jakże miły stan upojenia alkoholowego wykorzystała kierowniczka owego domu studenckiego. Z pomocą pięciu kirgiskich studentów wyciągnęła kierowniczka dziewczę z łóżka, i z nieprzytomną kitajanką zaczęli grupowe zdjęcia sobie robić. Na szczęście nikomu do głowy nie przyszło, żeby ją zgwałcić. Współlokatorka Chinki siedziała w kącie i płakała. Na drugi dzień kilkanaście osób zebrało się pod uniwersytetem i poszli pikietować pod gabinet rektora. Zwołano zebranie studentów z rektorem, z dyrektorem centrum języków obcych, i z kierowniczką akademika. Niestety zbyt późno o owym zebraniu się dowiedziałem i szansę na partycypację zaprzepaściłem. Z opowieści wiem, że było interesująco. Mięso latało chińskie i kirgiskie. Chińczycy strategię ataku opracowywali w swoim języku, a Uniwersytet kwestie obrony po kirgisku. Wojna była prowadzona po rosyjsku. Rosyjski był językiem łącznikowym - Chińczycy zbyt dobrze jeszcze nim nie władają, więc zanim zdanie jakieś powstało, trzeba było się zastanowić, nad składnią gramatyczną pomyśleć, a jak wiemy w kwestii nudności mało rzeczy jest w stanie gramatykę przebić. I tak znudzeni przypadkami, końcówkami oraz nieznajomością mowy tubylców Chińczycy byli trzymani na dystans przez Kirgizów. Wspomnieli, że “używając języka kirgiskiego, okazujecie nam brak szacunku”, ale władz uczelni jakoś to nie wzruszyło. Uniwersytet stosował także, inne niż używanie języka kirgiskiego,chwyty poniżej pasa. Wypominano im że często piją, że imprezy organizują… a przecież w ontologiczne podstawy akademika wpisane jest picie w nim. Spotkanie konkluzji nie przyniosło, i jutro rozstrzygnięty zostanie los kierowniczki.
pozdrawiam
luty 20, 2008 at 4:06 pm
Wow! zastanawia mnie tylko jedno - co jest fajnego w robieniu sobie zdjeć z pijanym dziewczęciem. I ile tak kierowniczka akademca ma lat? Hmm, w każdym razie Mirka jej do pięt nie dorasta:)
pozdrawiam
luty 20, 2008 at 7:43 pm
Cóż, akademikowy personel jest tutaj dość dziwny w zachowaniu czasami. Incydent z Chinką poprzedzony był zdarzeniem z naszego akademiku. Jakiś czas temu nasz portier, najebawszy się z współplemieńcami (obywatele ChRL, ale etniczni Kirgizi), pobił jakiegoś chińskiego nastolatka z piątego piętra. Wesołe akademiki mamy.
Ile lat ma kierowniczka, nie wiem, ale u kobiet nie liczy się ile masz lat, ale na ile się czujesz, podobno. Jeśli więc czujesz się na 14…:)