marzec 10, 2008
Międzynarodowy Dzień Kobiet w Kirgistanie obchodzony był niejako nijako. Można by powiedzieć, że raczej obchodzono go szerokim łukiem. Były plakaty, były pozdrowienia dla kobiet na telebimach, były sprzedawane kwiaty na ulicach, były serduszka w witrynach sklepowych. Bardzo podobne to wszystko do Walentynek. Brakowało klimatu na, który mógłby poczuć obcokrajowiec. Może w zakładach pracy czy zaciszach domowych było bardziej klimatycznie, ale do żadnego zakładu pracy zajrzeć nie było mi dane, podobnie jak na ognisko domowe rzucić okiem. Śmiem przypuszczać, że święto to przypomina pod pewnymi względami Boże Narodzenie u nas. Cieszymy się z kilku dni wolnych, prezentów, okazji do wypicia z rodziną. Narodziny Boga zbyt wielu chyba nie obchodzą - rodzi się co roku od ponad dwóch tysięcy lat, więc zbytnio przejmować się tym nie należy. Dzień Kobiet w Kirgistanie wydaje mi się podobnie oszukany. Kirgizi chwalą się szacunkiem jakim obdarzane są przez nich kobiety. Po kilku miesiącach spędzonych tutaj mogę powiedzieć, że podobnym szacunkiem darzą owce i inne hodowlane zwierzaki. Nie dość że szacunek mężczyzn jest dość dziwny, to jeszcze kobiety same siebie za specjalnie nie szanują. Wyczytałem, że w 2006 roku przeprowadzono badanie wśród kobiet w wieku 19-45 lat dotyczące przemocy domowej. Dwadzieścia procent uznało, że przemoc ze strony mężczyzny jest dopuszczalna, jeśli: kobieta wyjdzie z domu bez pozwolenia (20.5%), nie dba o dzieci właściwie (22.4%), wyrazi sprzeciw dowolnego rodzaju (25.6%), odmówi współżycia (9.5%), przypali jedzenie (11.3%). Wśród badanych, 38% uznało, że przemoc domowa jest raczej dopuszczalna. Może jest tak, że Dzień Kobiet przypomina trochę juwenalia. Na kilka dni kobiety dostają klucze do miasta i patriarchalne społeczeństwo odnosi się do nich z szacunkiem. Święto mija, i pozostaje czekać do przyszłego roku.
8 marca chciałem tej sytuacji jakoś przeciwdziałać, ale krótkie przyjrzenie się skali problemu przekonało mnie, że rady nie dam. Postanowiłem więc wypić za Wasze zdrowie, moje Panie. Na tyle mogłem sobie pozwolić. Taki był początkowy zamysł - jak się w niedzielę okazało, zrobiłem coś więcej. Poszedłem niejako śladami Jezusa – umarłem za Was w sobotę, a całą niedzielę próbowałem z martwych wstać. Udało się dopiero w poniedziałek. O zmierzchu udałem się wznieść kilka toastów do rock-klubu Tequila Blues. Akurat był koncercik z okazji Dnia Kobiet, lokalne zespoły grały hity z lat 60tych a także przeróbki The White Stripes i innych z nowej fali rocka. Poskakałem więc sobie, na rozgrzewkę wypiwszy ćwiarteczkę, w przerwie na zmianę zespołu, wypiłem drugą ćwiarteczkę. Miałem już wracać do domu, ale okazało się, że wstęp jest bezpłatny, więc zostało mi 100 somów naddatku. Kupiłem więc jeszcze jedną ćwiarteczkę. Po 0.7 wypitym w ciągu 2h byłem już bardzo wesoły i skory do zabawy. Czułem jednak, że koniec moich możliwości już blisko, więc powoli zaczynałem się zbierać ku wyjściu. I wtem poznałem przy barze Alieksieja. Jak w trakcie rozmowy wyszło, skończył on kilka lat temu lokalny uniwersytet i chodził tam na zajęcia z języka polskiego prowadzone przez pewną Barbarę. Niestety, Alieksiej z lekcji tych nie wyniósł za wiele. Ale oznajmił, że pamięta jedną piosenkę, której ich Basia nauczyła. Otóż z repertuaru polskich pieśni mój nowy znajomy zapamiętał „Chryzantemy złociste”, i to wersję nieocenzurowaną (że była też ocenzurowana z ‘39, uświadomiła mnie dopiero Ania). Postanowiliśmy, że zaśpiewać trzeba ją koniecznie. O suchym pysku jednak wydawać jakieś dźwięki bardzo trudno, więc kupiłem jeszcze jedną ćwiartkę. Wraz z wykonaniem owej pieśni film mi się urywa. Następne co pamiętam, to to, że budzę się w jakimś parku, w jakiś krzakach. Widzę ciemność i jest mi cholernie zimno. W celu rozgrzania się postanawiam wędrować. Zaczynam wędrować i film w tym momencie urywa się po raz drugi. Film wraca i okazuje się że wędruję z grupką bezdomnych; grzebiemy w śmietnikach, szukamy plastikowych i szklanych butelek. Żule spijają z butelek pozostałości. Chcą poczęstować, ale stwierdzam, że chyba ich pojebało, i grzecznie odmawiam. Dostałem swój worek z butelkami plastikowymi i wędrujemy do śmietnika do śmietnika węsząc za łupami. Dostaję od jednego z nich czapkę, bo nadal jest cholernie zimno. Gdy jeszcze było ciemno, dotarliśmy do punktu skupu. Byliśmy chyba pierwsi, bo otworzyło nam zaspane dziewczę, zwarzyło zawartość worków, przeliczyło butelki szklane i wypłaciło coś około 60 somów chyba, plus pół litra jakiegoś gówna imitującego alkohol. Poszliśmy do parku na odpoczynek. Oni zaczęli konsumować, a ja się zdrzemnąłem chwilkę. Po przebudzeniu dostałem kubeczek z zawartością owego płynu alkoholopodobnego. Wziąłem łyka i wyplułem to paskudztwo, wyrażając tym samym totalny disrespect dla ich stylu życia, ale być może uniknąłem przynajmniej zatrucia metanolem. Już było całkiem jasno, ptaszki ćwierkały na prawo i na lewo, więc postanowiłem, że czas się zbierać. Pożegnałem moich nowych znajomych i zbierałem się już ku drodze powrotnej, gdy żule stwierdzili, że skoro jestem obcokrajowcem, to mogę ich jakoś wspomóc. Powiedziałem, że pieniędzy im nie dam, i że takie pomysły za bardzo mi się nie podobają. Zaproponowali, że mnie przeszukają. Na szczęście gdy ja trzeźwiałem sobie w najlepsze, oni spijali się coraz bardziej. Miałem nad nimi przewagę refleksu i siły. Odepchnąłem jednego oraz wyraziłem głębokie rozgoryczenie zaistniałą sytuacją – pomagałem im butelki zbierać, a oni chcą za to jeszcze pieniążki. Jeden wrócił do picia, a drugi przeprosił, i powiedział na odchodne, że szanuje mnie jako sportowca, że on też kiedyś zajmował się fizkulturą i życzy mi wszystkiego dobrego w życiu. Obyło się bez bójki. Pozostało jeszcze tylko znaleźć drogę do akademika, gdyż na jakimś wypiździejewie cała akcja się toczyła. Napotkani ludzie skierowali mnie do głównej ulicy, następnie resztą sił doczłapałem się do akademika. Była 8.30 i rozpoczął się proces z martwych wstawania. Wziąłem prysznic, zrobiłem pranie - bycie żulem powoduje, że człowiek strasznie śmierdzi. Położyłem się spać, wstałem na obiad, nie miałem siły z łóżka wstać. Położyłem się znów, wstałem na kolację. Wypiłem herbatę, wyrzygałem ją, położyłem się spać. Zmartwychwstałem na poniedziałkowe zajęcia.
Nie okradziono mnie, nie zgwałcono, i jeszcze pomagałem w recyclingu. Wędrowałem niczym Odyseusz. I to wszystko dla Was, drogie Panie:)
marzec 10, 2008 at 8:48 pm
Kirgizi to mają dobrze. Gdy takiego najdzie ochota na to, żeby, przykładowo, wydłubać oko kobiecie nożyczkami do paznokci, a kobieta podczas jego ataku będzie się broniła albo krzyczała - czyli wyrazi “sprzeciw dowolnego rodzaju” - to co czwarty w swoim mniemaniu może zastosować wobec niej przemoc - np. wydłubać oko nożyczkami do poznakci; a gdy nie wyrazi sprzeciwu, to znaczy że się godzi, a skoro sama baba nie chce mieć oka… to co - trzeba spełnić ciche życzenie swojej kobiety.
Kiedy my dojdziemy do takich cywilizowanych rozwiązań problemów społecznych,
Najlepszego, moje Panie ;)
marzec 12, 2008 at 5:37 pm
Popłakałam się ze śmiechu, przysięgam! Piekło, przebiłeś ostatnie juwenalia, które z mojego punktu widzenia były nudne jak flaki w oleju i tylko Twój ząb ( a właściwie brak jego części) ratował sytuację.
A wydawać by się mogło, że takie rzeczy w pewnym wieku (czyli po pierwszym roku studiów) już sie nie zdarzają :)
A więc bez “sprzeciwu dowolnego rodzaju” czekam na kolejne wpisy!
Jak to mówi się w Ślesinie: PAPUTKI (wersja dla facetów: NARKA)
marzec 12, 2008 at 6:33 pm
@adrian: Bardzo sprytny tok rozumowania. Niestety, ad infinitum wydłubywania kończy się na drugim kroku już. Jak bardzo by się kobieta od mężczyzny różniła, to właśnie owa dwójka jest wspólną nam liczbą oczu. Trochę dalej możemy pójść obcinając palce, ale też zabawa szybko się kończy. Gdyby faceci byli bardziej delikatni, to zamiast typowego szarpania za kłaki można by pojedynczo wyrywać, i zabawa trwała by dłużej. No i uzyskać rozwód z powodu wyrwania włosa było by nie tak hop hop.
@sybi: hmm…juwenalia mi również się przypomniały oraz byłem zaskoczony pokładami młodości drzemiącymi we mnie:) ale wiesz, cieszę się że tym razem odbyło się bez dentysty:)
Czasami mam dziwne wrażenie że takie rzeczy nam się nie zdarzają za często, gdyż alkohol jest dość drogi w polskich klubach. Tutaj zestaw 3x(0.25wódki+popita) w klubie kosztował mnie 250 somów, czyli ok 18zl. A można taniej. Pewną zaletą państw byłego ZSRR jest niska akcyza na alkohol…
Następny wpis będzie grzeczniejszy:) Choć 21 marca Nowy Rok w Kirgistanie witamy, więc…:)
marzec 12, 2008 at 9:43 pm
No Piekło Twoje poświęcenie dla kobiet wywołało u mnie wzruszenie:)
Masz ty jednak jaja chłopie:):):)
Pozdrawiam:)
marzec 13, 2008 at 6:22 przed południem
zgłupiałeś do reszty, tej?…
;)
marzec 14, 2008 at 3:18 przed południem
Ty, Dawid! A może byś już wrócił do Torunia i takie rzeczy jak w dzień Kobiet tu robił, co? Wiesz, byłoby o czym pisać :)
marzec 16, 2008 at 1:15 pm
Wrócę, wrócę. Muszę tu tylko jeszcze kilka spraw załatwić i zabieram się za wracanie. Do tych spraw zalicza się między innymi wejście na jakąś górę. Głupio być przez prawie rok w Szwajcarii Azji i na żaden szczyt się nie wtoczyć. O takim co ma nazwę mówię. Niestety z tego co tu widzę, to takich poniżej 3500m nie chce im się nazywać, za dużo ich mają. Także za miesiąc trzeba będzie się na jakieś cztery tysiące wybrać, na majówkę jakąś. O Toruniu później pomyślę:)
marzec 18, 2008 at 6:06 przed południem
Dawidzie!
Nie wracaj, bo i po co? Chyba że masz jakieś konkretne plany i możliwości ich realizacji w Polsce.
Ja właśnie postanowiłem, że wracam na uczelnię i chcę zrobić studia doktranckie!
Już mnie nie bawi praca, w zasadzie to ja się do niej nie nadaję: pisanie tekstów marktingowych, wymyslanie boksów reklamowych i prowadzenie kampanii linków sponsorowanych to nie dla mnie! A nade wszystko wykonywanie poleceń przełożonych. To już wolę czytać Kanta czy Habermasa ;)
Jakkolowiek zabrzmi to pompatycznie, to właśnie odkrywam, że warto walczyć tylko o to, co naprawdę się lubi (i umie przy okazji) robić. A ja niczego innego poza literaturą - taką w rozumieniu Rortiańskim - nie potrafię z pełnym zaangażowaniem czytać, przemyśliwać i wyciągać z niej wniosków.
Do robienia biznesu nie zostałem wystrugany i nie będę za wszelką cenę starał się to zmieniać. Trudno jest żyć w czasach ludziom naszego pokroju, gdy większość ofert pracy oscyluje w kategorii sprzedaż, marketng, przedstawiciel handlowy etc. Poza tym są tylko profesje ściśle eksperckie jak lekarz, prawnik, architekt albo prace fizyczne. Swoją drogą, już bym wolał zostać budowlańcem albo spawaczem niż “Specjalistą ds. klientów biznesowych” czy innym badziewiem polegajacym na wciskaniu ludziom szitu, ktorego nie potrzebują.
Ty jesteś globtroter, obieżyświat i tego się trzymaj!
Ja pracuję do końca maja i nie przedłużę umowy, w czerwcu zaczynam przygotowania do egzaminu na studia, a potem na zarobek do Norwegii albo Irlandii tym razem do października, kedy wrócę do Moherowa. Już nie mogę się doczekać seminarium z Szahajem, powtarzanych po stokroć przypowieści Jakubowskiego i… widoku młodych filozofek z pierwszego roku ;)
Systemy motywacyjne, prowizje, realizacja celów firmy, która tak naprawdę zupełnie Cię nie obchodzi, to nie jest środowisko przyjazne filozofom - wiem to na pewno!
Wypij moje zdrowie i trzym się pionu!
A ja…, k…, a ja napiszę ofertę handlową, a potem wypiję za Ciebie.
Na zdrowie!
marzec 18, 2008 at 1:24 pm
Mówiliśmy Ci, że do niczego się nie nadajesz, to nie wierzyłeś. Chciałeś prawdziwego życia zaznać. Teraz masz za swoje:) Taka roczna przerwa na spróbowanie czegoś nowego jest bardzo fajną rzeczą, więc nie żałuj. Aczkolwiek próbowanie, czy aby przypadkiem praca marketingowca Ci się spodoba, było bardzo ryzykownym przedsięwzięciem. Zaryzykowałeś i chwała Ci za to. Taki rok pracy zazwyczaj pozwala nam docenić godziny spędzone nad jakimś Husserlem, przy jakiejś wódce, na jakimś Bulwarze.
Jeśli zaś mówimy o sytuacji wśród różnych zawodów dla filozofów. Mam wrażenie, że nasze środowisko jest sobie samo winne. Śmiem przypuszczać że było w zamierzchłych czasach kilku filozofów-psychologów których katedry nie zaakceptowały. Przygarnęła ich ekonomia. Jako że za dużo tam matematyki, to stworzyli dla siebie marketing i zarządzanie. Tam z nudów natworzyli głupot w swoich teoretycznych laboratoriach, a głupoty te wyrwały się spod kontroli niczym jakiś wirus z bazy wojskowej, i wydostały na zewnątrz.I jak my, którzy od wczesnych lat studiów jesteśmy przyzwyczajani do unikania niepotrzebnego rozmnażania bytów, swoistej ontologicznej antykoncepcji , możemy czuć się w takim środowisku dobrze. Warto by wziąć czasami Improved Ockham’s Blade +3 i zrobić porządek z tymi ontologicznymi zombie. Sadzisz sobie takie ziemniaki na Syberii, i wiesz po co (nie tylko żeby bimber zrobić oczywiście). Jesteś wspomnianym “Specjalistą ds. klientów biznesowych” i nie wiesz po co, a nawet nie wiesz kim jesteś po pewnym czasie. Filozof może poczuć się na takim stanowisku jak android - byt poprzez nazwanie zostaje ci nadany przez słownik “Business English” a nie syberyjskiego ziemniaka. Tutaj nie ma miejsca na Heideggerowskie upaćkane błotem buty. Jedynym faktorem świadczącym o wykonanej przez ciebie pracy są pieniądze na twoim koncie. Architekt, gdy mu nie wypłacą pensji może pocieszyć się, że budynek który zaprojektował, prezentuje się całkiem nieźle i nie zawalił się do tej pory. Lekarz może sobie w formalinie wyrostek robaczkowy zachować. Marketingowiec popada w tym momencie w depresję. Może zwątpić w sens swojego robotniczego istnienia - niby się napracował, ale czy tak naprawdę coś wypracował? Niewesoło być marketingowcem.
Wesoło natomiast być na seminarium Jakubowskiego i oglądać pierwszoroczne filozofki.
Za Twoje zdrowie wypiję na pewno. Być może nieświadomie, ale to chyba też się liczy.
Mój powrót…planuję zrobić tak, żeby wrócić po to żeby wyjechać. Na Wschód raczej. Zobaczymy na ile się to uda. Mogę podać także bardziej prozaiczne powody. Np. dziesięć miesięcy narciarza to całkiem sporo, czas trochę na desce posiedzieć. Inne też by się znalazły.
marzec 18, 2008 at 7:59 pm
Hmm, chciałam napisać coś mądrego, ale po przemyśleniu sprawy doszłam do wniosku, że wszystko co mądre zostało w powyższych komentarzach Piekła i Gahblera powiedziane. Taka tylko dygresja, że świat jest niesprawiedliwy (jakby tego nikt nie wiedział)
Bo taki Gahbler to sobie może wrócić na studia(choć stary baran już z niego jest)i nie dość, że będzie znowu fajne rzeczy robił, to jeszcze studentki będa się w nim podkochiwały.
A taka kobieta to z powodu modych chłopców na studia doktoranckie nie pójdzie. No chyba, że się jej przez oprzypadek instynkt matczyny (czy jak tam to brzmi) włączył…
Ehhh, to ja wracam do pracy. Niczego się nie nauczę, ale przynajmniej na sportowych dziennikarzy sobie popatrzę:))
marzec 18, 2008 at 10:49 pm
Bravo Adrianku!!! Bravo!!
Czasami poważnie się zastanawiałam na tym, czy głupotą jest nie iść drogą byle-jakiej-pracy, że nie ma innej drogi, albo że wszystkie inne są zbyt niepewne i tym samym przestaną być szybko pociągające. Twoja decyzja w wielu nas obudzi na nowo, albo wzmocni lekko podupadłą nadzieję, w słuszność wyborów mało atrakcyjnych z punktu widzenia mas. Jakakolwiek praca, nawet za duże pieniądze tak czy inaczej jest cholernym marnotrawieniem czasu. Robić to co się lubi i umie robić to wbrew pozorom, mogą nie być aż tak duże wymagania od życia i od siebie. Odrobina odwagi, pomysłu i być może trudna rezygnacja z cieplutkiej, usypiającej, bezsensownej posadki - i do dzieła! trzeba tylko ruszyć d…Ja teraz także wykonuję przez 8h dziennie kompletnie bezsensowne działania. Ale jest cel, jest marzenie, a gdy go nie ma a praca sama w sobie nie jest w jakikolwiek sposób spełnionym marzeniem - to co to za życie?!
Na prawdę bardzo się cieszę się z Twojej decyzji. Jest jednak coś co tę radość trochę przyćmiewa : obawa, że Twoje słowa płyną z chwilowego niezadowolenia, zmęczenia, czy czegoś takiego. Że mogą być rzucone na wiatr. Zakończę więc optymistycznym zdaniem, które niestety często przychodzi mi na myśl jeśli chodzi o naszą słodką grupkę filozofów: uwierzę jak zobaczę!:)
P.S. - skoro będziesz w lipcu wolny, to proponuję rozważyć kwestię odwiedzin Kirgistanu. Ja niebawem będę musiała podjąć decyzję co do konkretnych terminów. Czekam na odzew!
marzec 19, 2008 at 4:46 przed południem
Wspaniale kurwa…poprostu wspaniale…( kurwa to zdecydowanie moje ulubione słowo ostatnio ) szkoda, ze nie przeczytałam waszych “manifestów wolności” kilka tygodni temu, gdy podpisywałam cyrograf…może bym się bardziej zastanowiła co robie… a może lepiej, że ich nie czytałam bo jeszcze uwieżyła bym, że mogę żyć trochę bardziej jak chciałam tego kiedyś…
Świat jest dziwny i płata małe figle…przedłużyli mi umowe - dali podwyżke - możliwość “kreatywnego rozwoju” - kretatywnego zesrania sie na własne marzenia ( w pozycji na Małysza )…
I narazie stawiam klocka na swoje plany…i co najgorsze nie łatwo jest przestać robić pod siebie…pomimo tego, że zaczynasz śmierdzieć…no to chyba sobie zapalę…na kiblu mojego życia…
marzec 20, 2008 at 5:34 przed południem
a może marzenia się mają do rzeczywistości po prostu nijak?
tylko złudzenia albo ich rozwiewanie, i to już wszystkie opcje.
ja teraz w ogóle nie wiem, o co w życiu chodzi,
czytam zachłannie te krótkie notki o Was.
marzec 20, 2008 at 4:01 pm
Chciałbym rozwiać wątpliwości Anety dotyczące zaangażowania Adriana w realizację swoich celów. Przez te lata pokazał nam, że do swoich decyzji podchodzi poważnie i usilnie stara się realizować swoje postanowienia. Pamiętamy jak ciężko walczył żeby go z prawa wyrzucili, jak w zimie najebany jak świnia postanowił że idzie na przystanek PKSu. Uciekł nam, bo do domu chciał już wracać, i czekał wśród tego mrozu na autobus który nie miał chyba przyjechać (skoro tworzy tutaj filozoficzne wpisy, to chyba ktoś go wtedy przez zamarznięciem uratował).
Chciałbym pochwalić Monikę W. za bardzo ładny wpis. Ładny, i zabawny. Zdecydowanie lepiej wychodzi Ci Monisia tworzenie śmiesznych rzeczy niż ich opowiadanie. Nawet jeżeli mowa jest o sraniu. Może w wolnych chwilach, o ile masz takie, zaczniesz pisać scenariusze do pewnej podgrupy pornosów - pisanie o gównie wychodzi Ci całkiem fajnie. Jesteś może stworzona do kreacji, a nie prokreacji czy rekreacji. Wiesz, do tej pory Ed Wood dzierży tytuł najgorszego reżysera w historii, i nikt mu chyba go nie odbierze. Ale wakat najgorszego scenarzysty jest jeszcze do zdobycia. Ważna jest realizacja swoich marzeń, choć byś miała stworzyć coś na styl “Atak zombie z Marsa”. Raczej nie zapewni to pieniędzy wielkich… ale skoro koniec końcem i tak umrzesz… Tym optymistycznym akcentem kończę odpowiedź dla Moniki W.
Jeśli zaś chodzi o pytanie Marleny dotyczące związków marzeń i rzeczywistości…pytanie tak przez Ciebie postawione jest….złe. Odpowiadając jednak na to złe pytanie: nie jest tak, że mają się one nijak. Mają się, i to bardzo. Jednak nie dla wszystkich.
Pytanie to jest złe przez swoją ogólność - ogólność tego pytania, powoduje, że możemy odpowiedzieć na nie, mówiąc o jakiś złudzeniach i ich rozwiewaniu. A tak odpowiadać nie można, bo przynosi to smutek:) Uszczegółowić musimy pojęcie rzeczywistości w związku z marzeniami. W marzeniach chodzi zazwyczaj o szczęście. Wymyślamy sobie jakiś cel, i jeśli przypuszczamy że przyniesie on nam szczęście, to nazwać go możemy marzeniem. W tym miejscu, musimy także co nieco powiedzieć o szczęściu. Nie chodzi o szczęście powstające w wyniku opróżniania i jemu podobnych. Koniec co nieco. Z metodologicznego punktu widzenia, do owego celu dostępu nie mamy, jako że umiejscowiliśmy go w przyszłości, w niezrealizowalności jakiejś. Skąd więc wiemy że przyniesie on nam szczęście? Otóż wiemy dzięki temu, że celu marzeń nie umiejscowiliśmy tak naprawdę w tej naszej silnej rzeczywistości, a jakiejś słabej takiej - rzeczywistości marzeń. Za marzeniami się goni, biega, hasa. Mówimy przecież, że w życiu ważne jest realizowanie swoich marzeń, a nie zrealizowanie. Wróćmy do szczęścia. Porównywanie Monisi do Edwarda Wooda nie było ironiczne, uszczypliwe, zgryźliwe. Jest możliwe, że będzie to twórczość gówniana w opinii wielu, jak u Wooda. Ale czy Wood marzył o kręceniu filmów, czy o dobrych recenzjach? Obecnie wizja szczęścia, czyli nasz wyznacznik tego, czy jest to marzenie, czy nie, dostarczana jest nam przez telewizję i Internet. Telewizja najczęściej mówi, że szczęście przyniesie nam nowe konto w banku (które w przypadku filozofów zazwyczaj będzie puste), odświeżacz do kibla czy nowa komórka (to ostatnie zapewni nam jeszcze grono fajnych lasek na plaży). Internet mówi nam, że szczęście zapewni schudnięcie 15kg w miesiąc i powiększenie penisa o 30%. Kilka lat temu telewizja pokazała też pewnemu dziecku, że człowiek może latać. Grawitacja pokazała mu, że aż tak łatwo z lataniem nie jest. Pokazują nam również filmy różnego rodzaju, że szczęście może piękna kobieta przynieść(nie prostytutka, i filmy to nie pornole). Tylko tam kwestie tym pięknym paniom pisze często dobry scenarzysta. W życiu marzymy o takiej kobiecie, walczymy, staramy się, nawet się myjemy, a jak już to “niby marzenie” zrealizujemy, okazuje się, że nie ma żadnego bystrego scenarzysty, a kwestie pisze sobie sama. I teraz, często mając tak wypaczone pojęcie szczęścia, zaczynamy sobie marzyć. I jaka wizja szczęścia, takie marzenia się nam pojawiają. Cele marzeń pojawiają się zazwyczaj z tej silnej sfery rzeczywistości. Możliwe często do osiągnięcia, ale w tej sferze marzeń szczęścia już nie ma. Są tam atomy, kwanty, wielkie struny lub monady Leibniza. Przechodzimy z jednej sfery w drugą, i jeszcze narzekamy. Pomieszałem chyba trochę, trudny temat..:)
W skrócie: źle skonstruujemy marzenie, na nie tych co trzeba podstawach, to potem nie narzekajmy że się rozwiało, skoro możliwości żeby się utrzymać nie miało żadnej.
Jeśli zaś o Anetę chodzi: myśl, o przyjeździe, myśl, za Artura też myśl:)
pozdrawiam
pozdrawiam
marzec 20, 2008 at 6:34 pm
Muszę uściślić, gdyż wdarło się tu kilka rozbieżności z rzeczywistym przebiegiem zdarzeń: jeśli chodzi o moje wyrzucenie z prawa, to rzecz miała się zgoła odmiennie!
Poszedłem do pani w dziekanacie i powiedziałem, że chciałem zrezygnowaćze studiów: odegbrać świadectwo maturalne, oddać legitymację i to… wtedy okazało się, że to niemożliwe. Że nie można po prostu powiedzieć “ok, było fajnie, lae już mi się nie chce”.
Żebu uniknąć statusu studenta przez najbliższy rok, którym automatyncznie by mi przysługiwał, gdybym nie napisał odpowiednigo pisma, a była nim prośba!!! (sic!) Tak, Tak,
musiałem uprzejmie poporsić JM dziekana wydziału Prawa i Administracji, zeby pozwolił mi zrrzygnować ze studiów - a podobno to takie proste wylecieć z prawa. Nic bardziej mylnego.
Druga kwestia, z tego co moja świadomośc zanotowała, to DWA razy siedziałem zimą na przystanku, czekając na autobus, który albo przyjechał wczeeśniej, albo zniknął w innych niezidentyfikowanych oklicznościach. Tyle pamiętam, być może było tego więcej ;). Ostatecznie to nie jest tak długo, gdyż pierwszy komfort, express był wtedy w okolicach 5 rano, więc pewnie nie było to dłużej niż 4,5 godzin.
Monisia - konformizn jest zupełnie naturalną cechą człowieka - każdy z nas w większym czy mniejszym stopniu idzie na oferowaną przez niego łatwiznę. Chodzi tylko o to, kiedy można powiedzieć sobie “to już nie zależy ode mnie, ja MUSZĘ pogrążyc siebie i zacząć uśmiechać się do ludzi, którymi pogardzam, lizać rękę, która karci i rzuca garść paskudnych srebrników”. Ja czuję, że mam siłę i chęć przeciwstawienia się temu teraz, Ty możesz później - kiedy stwierdzisz, ze to Twój czas.
Anusia(k)
W lipcu to ja będę prawdopodobnie w Irlandii lub Norwegii zarabiał pieniążki, żeby móc sobie pozwolić na komfort ewentualnych prac dorywczych - trzeba mieć na kserówki, długopis i jedzenie dla podtrzymania metabolizmu. A przy okazji, nie chciałabyś pojechać do Skandynawii w lipcu? Masz tam jaką ciocię czy cuś, a u mnie kiepsko z norweskim. Ja wiem, że oni po angielsku gadają, ale urząd pracy czy druki do wypełnienia np. żeby dostać pozwolenie na pracę to pewnie w ich szorstkiej, gardłowej mowie.