kwiecień 7, 2008
W Kirgistanie Wielkanoc nieoficjalnie wypadła nam w kwietniu. Stowarzyszenie Polaków wystawiło „Wesele” pod kierownictwem Anny J. i przygotowało wielkanocny stół dla lokalnej Polonii. Były pisanki, była kiełbaska, były ciasteczka, było sympatycznie. Było też nader refleksyjnie. Jako że święto religijne raczej, to refleksyjność i z tego koszyczka była. Święto jak święto jednak, jajeczkiem można się podzielić, z przyjaciółmi spotkać, wodą oblać, wódę polać, wiosną cieszyć, nowym życiem budzącym się wokół - stare dobre pogańskie obyczaje. Dla niektórych jest to też umowny czas wspominania pewnych wydarzeń z jaskini gdzieś na Bliskim Wschodzie. I o nich chciałbym krótko. Na spotkanie wielkanocne lokalny przedstawiciel Papy Rimskiego przywiózł ze sobą dzieci z biednych rodzin. Pomagała mu w zbieraniu nieszczęścia siostra zakonna. Przywieźli ze sobą bardzo sympatyczne młode osoby których życie nie rozpieszcza. Bardzo szczytna idea, bardzo ładnie że Kościół chce pomagać… ale przy okazji dzieci już od najmłodszych lat uczone są, że nie ma pomocy za darmo. Wszystkie musiały nauczyć się wierszyków o Chrystusie oraz przygotować prace plastyczne o Wielkiej Nocy. Podczas recytacji niektóre wygłodniałymi oczyma spoglądały co jakiś czas na ciasteczka i kiełbaski leżące na stole. Gdy już wszystkie zaprezentowały swoje poświęcenie dla wiary, mogły rzucić się na jedzenie. Wiem że świat jest okrutny, że duże organizacje raczej wolą operować na wygłodniałym rynku producenta niż rynku najedzonych konsumentów, ale żeby oferować dzieciom kiełbasę w zamian za duszę? Ot tak kiełbasy dostać niestety nie można. Nawet ciasteczek.
Żyjąc w Polsce powinienem być przyzwyczajony do działań propagandowych różnych organizacji religijnych, i cała sytuacja z Paschą dziwić mnie nie powinna. Lecz zdziwiła. Zdziwiła dlatego, iż od obecności wiary w życiu codziennym, przybierającej różne nazwy, się odzwyczaiłem. Mieszkam w muzułmańskim kraju - czytam lokalne gazety, oglądam lokalną telewizję, a o tym że jest to podwórko Allaha przypominają mi jedynie restauracja „Faiza”, gdzie alkoholu nie podają, i przystanek autobusowy „Meczet” (jest też jednak przystanek „Cerkiew” - dla równowagi religii, i „Cyrk” - łączący dwa poprzednie). Żeby znaleźć się w społeczeństwie doświadczającym tak agresywnego marketingu ze strony religii, jak to ma miejsce w Polsce, do Iranu musiałbym się chyba udać. Patrzyłem na dzieci jedzące nagrody za wyznanie wiary i próbowałem odnaleźć pozytywy całej sytuacji. Sobota była upalna, więc pomyślałem o miłych chłodku jaki dają ciężkie romańskie budowle. W gorące lato prawdziwy luksus, a i sztuką można się przy okazji napoić, dotknąć wieków. W Kirgistanie jednak na kilkusetletnie kościoły dzieci liczyć nie mają co. Po dłuższej chwili rozmyślań również Monty Pythona sobie przypomniałem. Swego czasu wypytywałem muzułmańskich kolegów o twórczość brytyjskich komików, lecz żadnemu znana nie była. Śmiem jednak przypuszczać, że Latający Cyrk nie za bardzo byłby w stanie ich rozśmieszyć. Podziękować wypada więc religii chrześcijańskiej za umiejscowienie mnie w sytuacji kulturowej umożliwiającej odbiór geniuszu komedii XX wieku. Mam nadzieję że dzieciaki kiedyś obejrzą „Żywot Briana”, i będą się w stanie zaśmiać, i również swojemu wyznaniu podziękują za to. Nawet jeżeli za karę nie dostaną kiełbaski na kolację.
Zdaję sobie sprawę, że dzieciaki mogły nauczyć się wierszyków i wykonać prace plastyczne z miłości do Boga. Ale kiedyś byłem dzieckiem, nawet zwerbowano mnie na ministranta, i nie sądzę że kilka tysięcy kilometrów od Polski zainteresowania dzieci z jeżdżenia rowerem i grania w piłkę mogą skierować się ku Absolutowi.
kwiecień 7, 2008 at 7:05 pm
Dawidzie,
Twoja odwaga budzi najwyższy respekt, przyznając się do tak haniebnego zachowania w młodości jak bycie ministrantem - być może ostatecznie uwolniłeś się od tej traumy. Tak przynajmniej twierdzą amerykańscy psychoanalitycy, rabujący z quidów swoich współobwateli. Może to działa, kto wie. no ja z pewnością nie wykroczyłem poza Lockowski stan umysłu tabula rasowy w tym aspekcie, ale jakoś troche mi to śmierdzi starym baranim sadłem. W zasadzie długo przed Freudem i jego epigonami wiedzieli o tym agenci Pana B., którzy zaleceali opowiadanie z wszelkimi pikantnymi szczegółami o najwstydliwszych fragmentach życia swoich “owieczek”. Więc może to ma sens. Zarówno terapeutyczny, jak i marketingowy.
Ostatecznie z tym, że kiełbaskę i ciasteczka dostaje się po wyrecytowaniu odpowiednich wierszyków czy nabazgraniu pięknej laurki, nie ma niczego nadzwyczajnego. A ty myślisz, że ja moją kiełbaskę, to w inny sposób dostaję? Najpierw przygotowuję odpowiednie “dary dziękczynne”, a w zamian otrzymuję takie papierowe i brzęczące bony, które w wyspecalizowanych punktach wymieniam na kawał spreprowanego zwierza w formie iście fallicznej- żeby utrzymać psychoanlityczną poetykę.
Ja wiem, że wynagrodzenie za pracę to nie to samo co pomoc charytatywna, jednak mają jedną cechę wspólną: rzekomą dobrowolność.
A na koniec pamiętaj o najważniejszym katolickim przykazaniu w tym barbarzyńskim kraju, a mianowicie o tym, że:
“Every sperm is sacred.
Every sperm is great.
If a sperm is wasted,
God gets quite irate.”
kwiecień 8, 2008 at 1:29 pm
Dlaczegóż to od razu teoriami psychoanalitycznymi mnie zarzuciłeś? Moja młodzieńcza kariera w szeregach kościelnych nie wymaga oczyszczającej spowiedzi internetowej. Były to czasy PRLu jeszcze, i jako młody komsomolec służbę w ministerstwie wzorowałem na poczynaniach Konrada Wallenroda, lecz zabrakło mi sił aby do papiestwa dotrwać. Mam nadzieję, że w głębszych pokładach podświadomości nic poza tym co pamiętam się nie usadowiło, i za kilka lat nie dojdzie do mnie wspomnienie, że wierszyki o Jezusie opowiadałem za “kiełbaskę”.
Odnosząc się zaś do wspólnych cech sytuacji pracownika i pomocobiorcy, należy zauważyć, że pracownik otrzymuje za swoje poświęcenie adekwatną, wygenerowaną warunkami panującymi na rynku, zapłatę. Natomiast działania Kościoła przypominają psychologiczne techniki obozowe z Wietnamu. Jeńcy amerykańscy za żywność musieli tylko list do domu napisać zawiadamiający o znośnej sytuacji w obozie i rozkwitającym kraju komunistycznym. Niewinnie się zaczynało, a po powrocie do USA nie mogli już żyć bez pochodu pierwszomajowego. Dzieci zaczynają od melorecytacji za kaszankę, a gdy dorosną, mogą już brać ochoczy udział w wyprawie na Mekkę przeciw niewiernym.
kwiecień 10, 2008 at 7:46 pm
“Odnosząc się zaś do wspólnych cech sytuacji pracownika i pomocobiorcy, należy zauważyć, że pracownik otrzymuje za swoje poświęcenie adekwatną, wygenerowaną warunkami panującymi na rynku, zapłatę.” - Ty tak poważnie? No chyba w to nie wierzysz!!! Jak pisał Rysiek Rorty (przytoczę sens wypowiedzi z pamięci, bo w pracy jestem i nie mam dostepu do tekstu ;) trwanie naszej cywilizacji zachodnioeuropejsko-północnoamerykańskiej zależy od tego jak długo masy ludzi będą babrać się w brudnej (dosłownie i w przenośni) robocie, abyśmy my syci i czyści mogli kraść wytwory ich pracy rzucając w zamian marne ochłapy i mamiąc nadzieją kolorowych obrazków w TV. Pisząc to miał oczywiście na względzie zależności globalne.
Sytuacja u nas nie jest aż tak drastyczna, ale rozdźwięk pomiędzy elitami ekonomicznymi a resztą społeczeństwa niebezpiecznie się pogłębia.
Jeżeli uważasz, że szeregowy pracownik hipermarketu otrzymuje ADEKWATNĄ zapłatę za swoją pracę, to idź tam popracuj - a szybko zmienisz zdanie. I tylko nie argumentuj, że to “niewidzialna ręka rynku” swoim rudymentarnym mechanizmem popytu i podażu reguluje kwestie płacowe. Co to znaczy “rynek”? Co to za tajemnuczy byt? Czy aby na pewno nie stoją za nim konkretni ludzie, którzy czerpią ogromne profity wmawiając nam, że to “rynek tak chce” - nam nic do tego. Nie przypomina to czasami konstrukcji determinizmu głoszonego przez “facetów w czerni”, że wszystko, co spotykało naszych przodków było wolą Boga. A przecież on jest dobry i sprawiedliwy (jak jego najnowsze wcielenie, czyli “wolny rynek”), więc nie należy się im przeciwstawiać. Bo tak NAPRAWDĘ, jeśli spotyka nas krzywda, to i tak w naszym interesie i dla naszej korzyści.
Cholera, zabrzmiało to jak odezwa aktywisty rewolucyjnego ;) Nie o to chodzi, żeby wzywać lud na barykady, chociaż z drugiej strony…
kwiecień 11, 2008 at 2:29 przed południem
chłopcy, prawda jest taka, że
Gott is tot,
a
punks not death,
znaczy - wszystko będzie dobrze!
(przynajmniej z nami)
kwiecień 11, 2008 at 1:05 pm
Nie pamiętam żebym ekonomię skończył, więc o rynku wypowiem się z zasobem informacji i zdrowego rozsądku, zdobytych podczas studiowania rewolucjogennej filozofii (przecież robiliśmy przewroty kopernikańskie i tym podobne rzeczy). Patrząc z terenów przygranicznych największej fabryki świata mogę powiedzieć, że Rysiek może się mylić. Cywilizacja zachodnioeuropejsko-północnoamerykańska nie jest żadnym ‘my’, chyba że bierzemy pod uwagę przynależność geograficzną. Ale o geografii tu nie mówimy, a o pieniążkach. Taka cywilizacja jest i w centralnoazjatyckim Kirgistanie, i we wschodnioazjatyckich Chinach, i południowoazjatyckich Indiach. Do tej rortiańskiej północnoatlantyckiej cywilizacji należą ludzie z pieniążkami, bez względu na lokalizację ich kapitalistycznej dupy. I Ci bogaci ludzie tak samo ruchają pracowników w swojej części świata, jak my w swojej, i tak samo ruchają pracowników w swoich filiach w naszej części globu, jak my ruchamy w swoich filiach w ich części globu. Niech Bonq opowie jak sympatycznie było w Sharpie. W TOP10 firm o największej wartości rynkowej jest 5 kompanii z Chin, w tym pierwsze miejsce CNPC, która chyba jako pierwsza w historii przekroczyła wartość 1 biliona dolarów. Nie tylko w USA i UE są pieniążki. Kwestia kradzieży wytworów czyjejś pracy… o ile owi wytwórcy nie stworzą ogólnoświatowego monopolu, to zawsze znajdzie się ktoś, kto zaoferuje więcej za mniejsze pieniądze, aby tylko wyrwać się z najniższego szczebla i zacząć robić większe pieniążki. Tak zrobili Japończycy, tak zrobili Koreańczycy, Chińczycy i ostatnio Hindusi. Chyba nikomu więcej już robić tak nie będzie się chciało:)
Kwestia pracowników supermarketów jest podobna chyba na całym świecie, tzn. wszędzie otrzymują minimalną krajową. Być może rzecz w tym że poza stratą czasu, to praca taka nie wymaga większych poświęceń. Dwie rzeczy: mogą założyć związki zawodowe i wynegocjować wyższe płace, to raz. Po drugie to z toruńskich czasów pamiętam, że sporo z nas chodziło do Biedronki bo piwo o 20gr tańsze było niż w sklepiku obok. A być może te 20 gr. wzięło się z wykorzystywanego pracownika.
Niewidzialna ręka rynku…nie wiem czy ten tajemniczy byt istnieje, lecz prawda jest taka, że kupujemy najtańsze rzeczy, jeśli nie mamy pieniążków, i najlepsze rzeczy (oczywiście nie musimy, ale możemy), jeśli pieniążki są w naszym posiadaniu. W dupie mamy czy zrobił je Polak, Chińczyk, czy Etiopczyk. Stara dobra teoria popytu i podaży wydaje się zbyt prosta jak dla dzisiejszego świata i przydało by się coś nowego… jednak gdy teorię Newtona zastąpiono teorią względności, okazało się że w prostszych przypadkach słowa starego Newtona można nadal skutecznie stosować. Więc i teorią popytu/podaży może nadal coś da się wytłumaczyć. Chińczycy dorobili się w ciągu ostatnich lat, przeciętnemu mieszkańcowi zaczęło się żyć lepiej. Zaczęli więcej kupować, ceny skoczyły, i jest im gorzej znów. Znajomy Chińczyk ze stosunków międzynarodowych mówił że realna inflacja produktów z koszyka pierwszej potrzeby przekracza obecnie w ChRL 20%. Ryż im podrożał w ciągu kilku lat o ponad 100%. Niestety ADEKWATNE zarobki napędzają inflację i po pewnym czasie znów jesteś opłacany NIEADEKWATNIE. Oczywiście bogaci w dupie to mają, bo to oni podnoszą ceny, a nie podnoszą płac - czasami tłumaczy się to możliwością bankructwa firmy, ale czasami jest tak, że opóźnienie w reakcji na zmianę rynku może przynieść nam korzyści, na rzecz strat u pracownika.
Marlena słuszne napisała, że wszystko będzie dobrze, lecz i pomysł Adriana aby ruszyć na barykady wydaje się być całkiem sympatyczny. Tym bardziej, że na rewolucji możemy się łatwiej dorobić niż na wolnym rynku.
kwiecień 14, 2008 at 4:32 przed południem
„Na rewolucji możemy się łatwiej dorobić niż na wolnym rynku”.
No cóż, w sumie to masz Piekło racje, odpowiednia rewolucja w odpowiednim miejscu może okazać się kluczem do ekonomicznego sukcesu.
Choćby taka rewolucja seksualna – na niej chyba się największą kase trzepie i trzepać będzie.
Hmm … trzepać to może nie najlepsze słowo – no ale chuj nie o trzepanie tu chodzi w końcu tylko o rewolucje – w trzepaniu jak już coś :)
Rewolucja seksualna dotknęła Kirgistan?
No bo jak nie to tylko dotykać ten dziewiczy zakątek ludzkości…no a potem to już tylko trzepać i trzepać i trzepać z tego kase:)
I WTEDY WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE … i naród zadowolony będzie i szczęśliwy i o głodzie zapomni…nie samym w końcu chlebem człowiek żyje:) – kiełbaskami i ciasteczkami też nie samymi:)
kwiecień 14, 2008 at 2:03 pm
Rewolucja seksualna jak najbardziej miała miejsce w Kirgistanie. Była ona raczej w wydaniu radzieckim, a więc pół litra wódki na stół i heja, po tabu nie ma śladu. Za wiele zrewolucjonizować w sferze seksu chyba się tutaj nie da. Można spróbować rząd wyjebać, ale powoli Kirgistan, będący ostatnim przyczółkiem wolnego ustroju w tym rejonie, idzie w ślady autorytarnych sąsiadów, więc szanse powodzenia przewrotu maleją z dnia na dzień. Bierność i poczucie bezsilności obywateli bardziej sprowadzi ich do trzepania, niż wypieprzenia władz.
pozdrawiam
kwiecień 23, 2008 at 3:16 pm
„Wielkanoc w Kirgizji: Po raz pierwszy liturgia Wigilii Paschalnej w parafii Matki Teresy z Kalkuty w Dżalalabadzie w Kirgizji była sprawowana w nowej kaplicy przerobionej ze sklepu mlecznego. W Wielki Piątek liturgię poprzedził pokaz filmu Mela Gibsona „Pasja”. Niestety modlitewne skupienie zakłócili chuligani, którzy obrzucili dom parafialny kamieniami, wybili szybę i zerwali plakaty informujące o świętach.”
http://www.opoka.org.pl/aktualnosci/news.php?id=24265&s=opoka