kwiecień 14, 2008
Niedzielną wycieczkę sponsorowały w tym tygodniu literki C i H, jak Chmura. Pogoda była cudowna, góry były cudowne, zmiany w przyrodzie były przedziwne, a spacer doliną niezmiernie relaksujący. W Ysyk-Ata ostatnio byliśmy w połowie lutego, a jadąc tam wczoraj drogi nie byłem w stanie poznać - jedyną zaś zmianą było przejście białego w zielony. Zadziwiające jak niewystarczające bywają same figury geometryczne, a jak pomocny do identyfikacji przestrzennej ośnieżony stok saneczkowy. Chyba odzwyczaiłem się od orientacji w niezurbanizowanym terenie. O samym sanatorium, w porównaniu do poprzedniej krótkiej wycieczki, dowiedzieliśmy się dwóch rzeczy więcej. Jest odkryty basen napełniany wodą z ciepłych źródeł. Znajduje się na lewym stoku, a godzina kosztuje 40 somów. Koniecznie należy wrócić tam w przyszłym tygodniu. Drugą rzeczą jest płaskorzeźba Buddy licząca sobie, według informacji Krzysztofa, ponad tysiąc lat. Moim niewrażliwym na sztukę okiem jest to swego rodzaju sensacja. Nie dość że przetrwał tu 940 lat w których to islamizacja miała miejsce, to dodatkowo udało mu się 60 lat komunizmu wytrwać. Nie wysadzono go w powietrze, nie zabetonowano, nie dorzeźbiono Buddzie głowy Lenina. Kamień ten ma podobno możliwość naładowywania naszych buddyjskich akumulatorów. Na rzeźbie mamy trzy punkty tworzące trójkąt - do wierzchołków podstawy przykładamy palce, do trzeciego wierzchołka czoło. I energia płynie. Gdy jednak z przymrużeniem mojego ateizującego, acz tolerancyjnego, oka na ową czynność spojrzałem, wyglądało to jak byśmy Buddzie loda robili. Bardzo ciekawa symbolika czerpania energii z protein. Oto i fotki (część ukradłem Kubie).





















