Zaczęło się pięknie. O godzinie 5 rano zamiast na dworcu spotkać obrośniętego taksówkarza, przywitały mnie dwie dwudziestoparoletnie pracownice uniwersytetu. Prawdziwe ruskie krasawice, Natasza, i Nastia. Co prawda i tak potem poszliśmy do obrośniętego taksówkarza, lecz nie z nim, a z nimi na tylnej kanapie usiadłem. Podróż przez śpiący jeszcze Piatigorsk była średnio interesująca. Socreal w kiepskim wydaniu. Wielka płyta i tandetne billboardy na niej. Dziesięć minut później obudziliśmy portierkę. O godzinach porannych są tak samo wkrwione jak te polskie. Umówiłem się z Nataszą na wprowadzenie w życie uniwersytetu dnia następnego a chwilę później obudziliśmy Rameza, 19to letniego Egipcjanina, mojego nowego współlokatora. Ramez powiedział cześć, ja powiedziałem cześć. On położył się na swoje łóżko, ja na swoje (mam pościel w niebiesko białe pasy, jak prawdziwy marjak.). Jeszcze jedno. Jestem uzależniony od Internetu chyba. Cztery dni w pociągu, godzina piąta rano, z dwoma plecakami ledwie wchodzę na czwarte piętro ale i tak pierwsze co zrobiłem po dostaniu się na nie, to obczajka okablowania. Szybkie spojrzenia na listwy pod sufitem, szukanie migających światełek routera, baczne przyglądanie się czy aby to nie kable telefoniczne…LAN jest, można spokojnie iść spać:) Koniec podróży, miejsce docelowe osiągnięte.
Piątek. Pięć godzin snu wystarczyło aby zregenerować siły i nabrać ochoty na poznawanie nowego świata. Trochę pogadałem z Ramezem, aby wybadać teren na którym się znalazłem. Krótka historia Rameza: uwalił rok na uniwersytecie w Egipcie i niejako ratując się przed wyrzuceniem zapisał się do programu wymiany studenckiej. Mieszka na południu Egiptu, nad Nilem, w mieście którego nazwy nie mogłem zapamiętać. W spotkaniach międzykulturowych niezwykle ważne miejsce zajmuje kwestia wyznawanej religii, więc wymijająco zapytałem, czy wódkę pije. Na owo sprytne pytanie Ramez już mniej wymijająco odpowiedział, że nie mam się o to martwić, gdyż on jest chrześcijaninem. W tym momencie ucieszyłem się, że rodzice mnie ochrzcili.
Pierwszy rzut oka na akademik. Dwie portierki, dwóch ochroniarzy na wejściu. Budynek 8 piętrowy, są windy. Mieszkam na 4tym, w boksie, tzn. łazienka i prysznic na dwa pokoje dwuosobowe. Kuchnia z dwiema lodówkami, kuchenka mikrofalowa i pralka automatyczna. Na piętrze na razie jeden Grek, trzech Afgańczyków, wspomniany Egipcjanin Ramez i zajmująca dwa boksy trzypokoleniowa rodzina z Wietnamu która okupuje akademiki w Piatigorsku od dwudziestu lat.
Ramez poszedł obczaić listę zajęć, natomiast ja postanowiłem poszukać podstawy bytowej mojego rocznego kursu, stołówki. Dziarskim krokiem wchodzę do głównego budynku, gdyż w nim przez przeszklone ściany zauważyłem konsumujące coś przy stolikach dziewczęta (wcale im konsumpcja w boczki nie szła). Na wejściu uśmiecham się do wielkiego ciecia pilnującego drzwi i kieruję się do stołówki. Za chwilę słyszę niewyraźne nawoływania, jednak wyraźnie do mnie. Odwracam się, choć wcale nie mam ochoty drugi raz na ruskiego ciecia patrzeć. Pytam się więc o co chodzi, a on, że chodzi o dokumenty. Wyjaśniam więc, że dopiero dziś rano przyjechałem, i właśnie idę do pokoju 134 odebrać legitymację. Jakoś nie dotarło do niego to wyjaśnienie, więc pokazuję dowód osobisty z białym orzełkiem na odczepne i idę dalej. On też poszedł dalej, niestety w tym samym kierunku co ja, i znów nawołuje do zatrzymania się. Pytam więc, o co jeszcze mu chodzi. Na to cieć zaskakując mnie zupełnie zarzuca mi nieodpowiedni strój dla przebywania na terenie uniwersytetu. W szortach nie wpuszczają. Nigdy nie uważałem się za zbyt mądrego, lecz w tym momencie zgłupiałem chyba jak nigdy. Patrzę na ciecia – dres, patrzę na resztę studentów – cziksy w miniówkach, cycki wywalone, buty na takich szpilkach że mogły by służyć do włożenia nie tylko na nogi, a wszystko to w mieszaninie kolorów czarnego, różowego i złotego. Większość pacanów w dresach adidasa ze złotymi paskami, ci z lepszym gustem włożyli dżinsy i koszulki z cekinami. Otumaniony całą sytuacją wyszedłem z budynku. Jak w Rosji chcą cię udupić, to paragraf znajdą. Trudno, jedzenie znajdę przecież.
Niedaleko uniwerku trafiłem na pizzerię. Myślę sobie, dobra pizza na początek dnia. Wystrój lokalu lekko do dupy – niby restauracja chińska sądząc po meblach, na ścianach czarno-białe fotki z Nowego Jorku a menu włoskie. Srał pies wystrój, z menu było najgorzej. Mała pizza z kurczakiem w przeliczeniu kosztowała mnie 24 złote. Wkrwiony ceną zamówiłem jeszcze piwo, 4 złote, i to mnie trochę uspokoiło. No i to że pizza była naprawdę dobra.
Najadłem się, i ruszyłem w miasto. Jak się później okazało, nie w tym kierunku co trzeba, ale przynajmniej trafiłem na mały ryneczek. Rynek już się kończył, więc wybrałem za miejsce nabycia produktów mały market al’a Biedronka. Lekko zdenerwowany zajściem na uniwersytecie od razu uderzyłem na dział alkoholowy. Krótkie spojrzenie na ceny spowodowało, że od razu uderzyłem na dolne półki. Tutaj najgorsze sorty zaczynają się od 60 rubli, więc znośnie. Wybrałem Starą Bajkę za 95r, i okazała się znośna. Natomiast lepsze sorty, w stylu Ruskiego Standardu wycenili na 320 rubli, więc tyle co w polskich marketach. Lekko mnie to zniesmaczyło muszę przyznać. Następny niesmak powstał bez posmakowania. Lodówka z surówkami: surówka z marchewki (marchew w oleju) – 250 rubli za kilogram, kiszona kapusta – 100 rubli za kilogram. Kilogram ziemniaków też dupy nie urywał – 35 rubli. Wersja Kubusia na rynek rosyjski,czyli Tedi – 32 ruble za małą butelkę. Makrela w sosie pomidorowym 90 rubli. Przeżyłem lekki szok kulturowy. 10 rubli = 1 złoty.
Wróciłem do akademika, co by wódkę do zamrażarki wrzucić, gdyż moje nerwy wymagały wieczornego ukojenia. Trochę się ogarnąłem i wyruszyłem na spotkanie z Nataszą. Dziesięć minut przed umówionym czasem spotkania usiadłem na ławeczce przed wejściem do głównego budynku i podziwiałem widoki. Dziesięć minut po umówionym czasie spotkania zamiast Nataszy przyszedł Ramez. Przysiadł się i też zaczął podziwiać widoki. Nataszy nadal nie było, więc wysłałem Rameza, jako że on legitymacją już dysponował, do środka. Po kilku minutach wyszedł z Anną, główną koordynatorką obcokrajowców i udaliśmy się do środka. I tu znów cieć na bramce. I znów czepia się szortów. Patrzę pytającym wzrokiem na Annę, a ta głupia zaczyna się tłumaczyć cieciowi za mnie. Że dopiero co przyjechałem, że jeszcze na pewno się nie rozpakowałem, i następnym razem przyjdę już w długich spodniach. Oj nie tego się spodziewałem. Anna jest nie tak znów nisko w hierarchii pracowników uniwersytetu żeby tłumaczyć się jakiemuś cieciowi. Rosjanom lata komunizmu chyba bardziej pomieszały w baniach niż przypuszczałem. Wystarczy ciul w mundurze firmy ochroniarskiej stylizowanym na specnaz i już głupieją. Cóż, fakt obowiązkowego zakrywania łydek został potwierdzony, głupota tworzących przepisy w Rosji też. Poza tym przy wejściu każdy plecak, torebka czy teczka są sprawdzane. Może przez to rzadko jakiegoś studenta można spotkać z książką.
Poszliśmy z Anną do jej gabinetu. Tutaj jakieś głupoty wprowadzające, kilka ankiet do wypełnienia i papierków do podpisania. Myślałem że sprawę legitymacji też załatwię, więc daję zdjęcia. I znów dupa. Zdjęcia nie mogą być na błyszczącym papierze, bo pieczątka źle się odbije. Chyba im odbiło. No nic, zawsze to okazja do poćwiczenia rosyjskiego w fotolabie. Część oficjalna wprowadzenia do kursu się zakończyła, więc przeszedłem na bardziej turystyczne tematy. Zacząłem zadawać pytania o turbazy w okolicy, jak najlepiej się do nich dostać itd. Jednak jako odpowiedź nie pojawiły się dokładne wskazówki, lecz jakieś westchnienia raczej, pomruki i informacja że niedługo uniwersytet zorganizuje nam wycieczkę. Z uśmiechem na ustach powiedziałem co myślę o turystyce zorganizowanej, a na to Natasza bez uśmiechu na ustach powiedziała, żebym przeczytał „Prawa i obowiązki przebywania obcokrajowców uczących się w PGLU na terenie Federacji Rosyjskiej”. Pozwolę sobie przytoczyć punkt piąty dokumentu który przedłożono mi do podpisu.
„Przy wyjeździe do innych miast i rejonów Rosji należy sporządzić dokumenty pozwolenia na przejazd. Takie pozwolenie wykonuje się na podstawie oświadczenia, w którym wskazuje się: nazwę punktu docelowego, trasę do niego prowadzącą, czas i adres przebywania, telefon kontaktowy. Oświadczenie to sporządza się w odpowiednim urzędzie, nie później niż do trzech dni przed datą wyjazdu”
Gdy czytałem ten i pozostałe punkty, prze okno patrzyła na mnie wysoka na 4 piętra głowa wiecznie żywego Lenina znajdująca się po drugiej stronie ulicy. Smutne to, że człowiek całe życie zmuszany jest do łamania prawa.
Wieczorem wyszedłem jeszcze na kilka piw i zacząłem zastanawiać się nad przystosowaniem przy zmrożonej już wódce.
Sobota była dniem przełomowym. Mówi się, że w każdym kraju tuż po przyjeździe trzeba przystosować swoją florę bakteryjną do lokalnych warunków przez spożywanie jak największej ilości produktów w znacznym stopniu nieprzetworzonych. Sądzę, że dla duszy takim odpowiednikiem kefiru może być wódka. Człowiek budzi się z kacem, i wszystkie problemy jak ręką odjął. Cały piątek patrzyłem na Piatigorsk betonowy. Wielka płyta jak okiem sięgnąć. Trzeba więc było zacząć poszukiwania Piatigorska z początków dwudziestego wieku. Tu musi coś być ładnego. Niemożliwe żeby Lermontowa inspirował żelbet. Zanim znalazłem pierwsze sanatoria i ścieżki spacerowe, trafiłem do miejsca, które w ciągu kilku minut sprawiło, że wszelkie problemy zniknęły. Był to rynek. Całe życie uciekałem od targowisk hurtowych, a tu w Rosji okazały się być miejscami z największą dawką normalności. Górny Rynek, bo tak się nazywa, wielkością trochę ustępuje oszskiemu bazarowi w Biszkeku. Jest jednak równie kolorowy, z lepioszkami, stoiskami z surówkami i produktami mlecznymi budzącymi zainteresowanie i sprzedawanymi na wagę, mięsem przechowywanym na wolnym powietrzu. Kirgizów tutaj nie ma, za to zastępują ich mieszkańcy Dagestanu, Inguszetii i innych narodowości tej części Kaukazu. Piwo w kuflu tańsze niż butelkowe w sklepie. Szaszłyki z baraniny wyśmienite a ludzie jakoś tak bardziej uśmiechnięci i mniej poebani niż ci z uniwersytetu. Targowisko ostatnim bastionem humanizmu w Rosji.
Poniedziałek. Poszedłem na pierwsze zajęcia. Nie odbyły się. Poszedłem więc do sekretariatu ustawić się na testowanie obecności wirusa HIV w moim organizmie i jakieś inne badania medyczne, które określa się mianem U86. Ten gówniany formularz nie obowiązuje chyba nigdzie na świecie, tylko w Rosji. Miałem je wykonać w Polsce, ale, a) nikt o czymś takim nie słyszał, b) gdyby nawet, to i tak chcieli by potwierdzonego notarialnie tłumaczenia na język rosyjski. Ramez zrobił coś co przypominało owo badanie w Egipcie, i teraz ma papier który przypomina toaletowy, bo nie uznali tego na uniwersytecie. Zagaiłem także o możliwość wyjazdu w góry, i co by polecali na początek. Nic nie polecili, więc zapytałem o Damhurc, ośrodek wypoczynkowy będący własnością uniwersytetu, położony w górach przypominających nasze Tatry, czyli nie za wysokich, lecz malowniczych. Zaczęli ściemniać, że dla obcokrajowców zamknięty, że to strefa przygraniczna, że pogranicznicy, że to, że tamto. Gdy wracałem do akademika, zagaiłem ciecia na bramce. Dima okazał się mieć babcię Polkę, a jego dalsza rodzina mieszka obecnie w Krakowie. Ale ważniejsze jest to, że na Damhurc według jego informacji można pojechać autobusem, a samochodem zajmuje to max dwie godziny. W mojej grupie będzie trójka Niemców, właśnie dziś do akademika się wprowadzili. Nie wiem jak oni poradzą sobie w tym całym bałaganie. No chyba że będą robili to co im na uniwersytecie powiedzą. Ogólnie rzecz biorąc, nie jest dla mnie problemem wsadzenie sobie całego tego urzędniczego bełkotu w dupę, lecz jak zawsze rozchodzi się o pieniądze. Skoro są takie przepisy, to aby je złamać czasami trzeba dać łapówkę. Przy dwutygodniowym urlopie nie są to jakieś straszne pieniądze, lecz w skali roku może się tego nazbierać. I to najbardziej denerwuje, bo z łamaniem głupiego prawa nie mam większych problemów moralnych.
Poza tym miałem pierwsze spotkanie z Niemcami. Dwóch jugen studenten i jedna frau. Denerwuje ich to samo co mnie, plus inne rzeczy na które ja bym uwagi nie zwrócił, jak spóźnianie się nauczycieli czy obecność ochrony w każdym budynku uniwersytetu. Ochroniarze okazali się być obecni nie tylko na uniwersytetach lecz i w szkołach oraz przedszkolach. Wprowadzili się w te miejsca podczas drugiej wojny czeczeńskiej, i jakoś tak się ostali z rozpędu, niczym Armia Czerwona w Europie Środkowej po drugiej Wojnie Światowej.
Dosyć narzekania, choć o czymś pisać przecież trzeba. Ogólnie dobrze. Przy ładnej pogodzie podobno będę mógł zobaczyć Elbrus z okien akademika. Sam akademik jest ośmioma piętrami wielkiej płyty wypełnionym prawie w całości płcią piękną o wachlarzu wiekowym 17-22 lata…..:) I net mi podłączyli. Znów niestety płaci się za megabajty a nie za czas spędzony w necie. Podobno niedługo ma być WiFi zamiast kabli, już bez limitów.
bardzo, bardzo to ciekawe, i by się chciało tym razem odwiedzić Ciebie,
ale żeby to miało być łatwe, to niestety nie wygląda…
odniosę się zaś do jednego, do tych szortów.
ej, ziom, a czy Ty pamiętasz może, że po akademiku chodziłeś w, za przeproszeniem, gatkach?! i pamiętasz może, jak niektórych to wkur…, mnie? Zeus nie rychliwy, ale sprawiedliwy!