Droga na południe

Sesja składająca się z egzaminu pisemnego i ustnego zakończona, certyfikat otrzymany, więc po dziewięciu miesiącach wakacji, przyszedł czas na wakacje. Ania, Kuba i mama Kuby wybrali drogę lądową na dotarcie do Uzbekistanu, więc korzystając z okazji dzielenia kosztów transportu taksówką ze znanymi i lubianymi Polakami, udałem się na południe Kirgistanu, zaczynając jego zwiedzanie od miejscowości Arslanbob. Cena za wynajęcie samochodu wyniosła 1250 somów, co jest kwotą średnią za tą sześćset kilometrową trasę, ale bardzo dobrą za styl w jakim trasa została pokonana. Jechaliśmy klimatyzowaną Hondą Odyssey, w bardzo dobrym stanie technicznym, i o czystym wnętrzu. Tym samochodem kóz i cebuli raczej nie wożono. Jechaliśmy sobie z rozsądną prędkością podróżną oscylującą w granicach 100-130 km/h, z głośników płynęła z początku rosyjska piosenka z gatunku lekkiego rocka, następnie repertuar zmienił się na muzykę klasyczną, i tak oto przez większość czasu pod nami płynęła rzeczka Kara-Balta, nad nami płynęły obłoczki, a nam płynął czas przy Mozarcie. Jak wielu spotkanych mieszkańców Kirgistanu, i nasz kierowca miał polskie akcenty w swojej przeszłości. W latach siedemdziesiątych służył w jednostce wojskowej w Legnicy i jeździł tam w wojskowym klubie motocyklowym. Droga z Biszkeku do Osz ma nie tylko znaczenie logistyczne, lecz i polityczne. Kirgiski Grzbiet, będący częścią Tien-Shan, oddzielał dosyć szczelnie północ i południe kraju. Budowa i utrzymanie w dobrym stanie tej drogi ma przyczynić się do łatwiejszej integracji mieszkańców obu części Kirgistanu. Pozostawienie południa w okresie zimy na pastwę Uzbekistanu nie wróży dobrze przyszłej integralności kraju. W parlamencie pojawiają się nawet pomysły przeniesienia stolicy do Oszu…moim zdaniem, jak mówi stare kirgiskie porzekadło, zamienił stryjek siekierkę na kijek. Opisać Bishkek-Osh Highway jest mi dosyć trudno. Zapas znanych mi przymiotników wyczerpałbym szybko, a jest jeszcze do opisania droga z Jalalabad do Kazarman. Mówiąc krótko: ilość odczuwanej wzniosłości przypadającej na jeden kilometr drogi charakteryzuje się jedną z wyższych wartości jakie było mi dane doświadczyć podczas pobytu w Kirgistanie. Tuż za Kara-Baltą zaczynają towarzyszyć nam ośnieżone szczyty, strome urwiska, zielone zbocza. Po prostu cudo. Kierowcy nie jest dane jednak zachwycanie się owym pięknem. Stan nawierzchni jest wręcz idealny, zakręty dobrze wyprofilowane i pozwalające na bezpieczną jazdę ze znaczną prędkością, lecz problemem są owce, kozy, krowy i konie. Przy czym z tego zestawu najgłupsze wydają się być konie. Niektórzy mogą nazywać to dumą, niezależnością, wolnością, lecz one po prostu nie schodzą z drogi przed samochodem, nie reagują na dźwięk klaksonu. Do tego często dochodzi jeszcze głupota ich opiekunów, którzy zdają się nie dostrzegać zagrożenia płynącego z stada blokującego całą drogę. Gdy koniki poruszają się w przeciwnym do nas kierunku, pół biedy, można poczekać aż przejdą. Gdy jednak umyśli im się obrać kierunek na Osz, bez rozpychania zderzakiem zwierzaków często się nie obejdzie. W rankingu na najlepiej zachowujące się na drodze zwierzęta wygrywają owce i kozy. Przypominają trochę pielgrzymkę. Zajmują całą jezdnię, ale jak przyjdzie co do czego, umożliwiają przejazd. Następnie są krowy. Nie schodzą tak ochoczo z drogi jak owce, lecz też nie trzymają się w zwartej grupie, zachowują się w miarę przewidywalnie i można strzelić sobie mały slalom między nimi z prędkością przelotową 30-50 km/h. Na szarym końcu mamy koniki. Nie reagują na klakson, trzymają się blisko siebie, i lubią gwałtownie zmienić kierunek ruchu. Czasem ułatwia sprawę to, że bywają osiodłane przez człowieka o przewyższającej je inteligencji (choć nie zawsze). My potrąciliśmy lekko jednego konika. Trochę pokulał i niespiesznie ruszył dalej. Widocznie nie był to jego pierwszy raz. Po dwóch godzinach jazdy przekraczamy przełęcz Too-Ashuu tunelem znajdującym się na wysokości 3586m n.p.m. Przed nami rozpościera się płaskowyż Suusamyr. Dla wielu jest to tu właśnie znajduje się centrum nomadycznego stylu życia Kirgizów. Zielone łąki poprzecinane strumyczkami, wrzosowiska, dookoła jurty, a w oddali ośnieżone szczyty. Miejsce to sprawia wrażenie, że ze źródeł bije nie tylko woda, a i spokój. Niestety przez okalające pasma górskie udaje się przedostać jedynie wodzie. Po drodze mamy możliwość napicia się kumysu, zjedzenia szaszłyka i kupienia miodu. Wszystkie trzy produkty polecam, choć kumys może tylko do spróbowania. Niektórzy się nim zachwycają, dla wielu jest ‘to die for’, jednak dla mnie nadal jest ‘to die from’. Po godzinie opuszczamy płaskowyż, przekraczamy przełęcz Ala-Bel (3184) i kierujemy się ku toktogulskiemu zbiornikowi wodnemu. Góry robią się jeszcze ciekawsze. Pojawiają się drzewa liściaste, łąki są okwiecone, a ilość dających cień zarośli jest naprawdę imponująca jak na Kirgistan. O ile w Suusamyr królował kumys, to na poboczach drogi do Toktogul władzę przejmuje miód. I bardzo dobrze, gdyż jest słodki, smaczny, pożywny, ma fajny kolor, i co najważniejsze, nie pływa w nim końska sierść. Zbiornik toktogulski jest rezerwuarem energii dla GES Toktogul. Elektrownia ta jest głównym dostawcą energii elektrycznej w Kirgistanie, zaspokajając ponad 80% potrzeb energetycznych kraju. Poza dostarczaniem energii, GES dostarcza również niezapomnianych wrażeń wzrokowych za pośrednictwem cudownie lazurowej wody spiętrzonej przed tamą. Zdjęcia robione przez szybę jadącego samochodu nie oddadzą zapewne niepowtarzalności tego miejsca. Objętość wody w zbiorniku z powodu bardzo suchej zimy tego roku, zmniejszyła się o połowę, i do już nie tak wielkiego błękitu prowadzą nas miejscami długie na sześć kilometrów plaże. Mówi się, że Kirgistan wykorzystuje jedynie 5% swojego hydroenergetycznego potencjału, mówi się jednak też, że zasoby wody w Centralnej Azji dramatycznie szybko się kurczą. Powierzchnia lodowców w ciągu ostatniego wieku w Kirgistanie zmalała o połowę. Turbin wodnych na piaskowe chyba tak łatwo nie przerobią. Po drodze mijamy kilka mniejszych zapór wodnych, i docieramy do Doliny Fergańskiej. Jest to spichlerz Kirgistanu i Uzbekistanu, a przez to źródło sporów między tymi krajami. Warto nadmienić, że w walkach z początku lat 90tych między Uzbekami i Kirgizami o kołchozowe ziemie w okolicy miasta Uzgen zginęło 300 osób. Dobry kołchoz musiał być.

Arsalnbob

Po ośmiu godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce. Przyznać muszę, że przez ostatnie pół godziny po wjechaniu w Bazar Korgon na drogę do Arsalnbob miałem wrażenie, że będzie to niezłe gówno - wokół było brązowo i brudno. Oj jak się myliłem. Arslanbob okazał się najciekawszym miejscem jakie udało mi się zobaczyć w Kirgistanie – największy naturalny las orzechowy na świecie, prawie 11000 hektarów. Było dużo zieleni, było dużo drzew, było dużo wody, było jak w Polsce. Legenda głosi, że Allah zapragnął aby na Ziemi powstał kawałek Raju, taka muzułmańska Ziemia Obiecana. Znalazł dolinę w której aktualnie znajduje się Arslanbob, piękną i bogatą w wodę, lecz bez roślinności. Zesłał więc archanioła Gabriela z workiem nasion orzecha włoskiego. Anioł stanął na wierzchołku góry i zamaszystymi ruchami ręki zaczął siać. Był praworęczny, więc stając na plateau po drodze na szczyt Babash-Ata - 4250m n.p.m (lub na szczycie, lecz to trochę trudniejsze), możemy zaobserwować, że ze strony prawej drzew orzecha włoskiego jest więcej. Rocznie w okolicach Arslanbob zbiera się prawie 1500 ton tego pożytecznego dla mózgu przysmaku.

Powtórzę jeszcze raz, pobyt w muzułmańskiej Ziemi Obiecanej był najjaśniejszym punktem prawie rocznej wizyty w Kirgistanie. Wioska ma swój mały ryneczek będący węzłem komunikacyjnym osady, na ryneczku stoją małe samochodziki, i jest mnóstwo małych sklepików. Po Biszkeku czułem się tam jak Guliver. W stolicy na każdym kroku terenowe Mercedesy, Lexusy, Toyoty a tutaj Daewoo Tico, Lada Niva i Luaz. Tico stanowi środek komunikacji dalekobieżnej, a Luazami taksówkarze zawieźć mogą nas w pobliże atrakcji turystycznych (podróż w dwie strony Nivą do Dużego Wodospadu kosztuje 400 somów). O ile Tico i Niva były mi znane, o tyle Luazem jechałem pierwszy raz w życiu. I przyznać muszę, że w dziedzinie komfortu na wybojach nie ma on sobie równych. Gdy złapała nas burza wzięliśmy Luaza-taksówkę do naszej noclegowni. Siedzieliśmy na bocznych drewnianych ławeczkach, prędkość kierowca rozwinął dwukrotnie większą niż reszta użytkowników tej dziurawej drogi, a wyboje były mniej odczuwalne niż u konkurentów młodszych technicznie o 20 lat. Citroen mógłby się uczyć. Wróćmy jednak do ryneczku. Ustawiając się twarzą ku górom, widzimy przed sobą drogę z małą altanką na jaj początku. Zaprowadzi ona nas do wszystkich atrakcji w Arslanbob. Po kilkudziesięciu metrach mamy centrum informacji turystycznej, po kilkuset metrach, mamy skręt w prawo do Małego Wodospadu (23 metry), idąc prosto, mamy po kilku kilometrach Duży Wodospad (82 metry), a odbijając po drodze do wyższego wodospadu w lewo, dojdziemy po pięciu godzinach do Świętego Kamienia. W XII wieku przychodził tutaj na modły muzułmański mędrzec Babash. Możemy skorzystać z tego pomysłu i również się pomodlić. Droga w dół jest usłana kamieniami i lepiej być ostrożnym, gdyż upadek żadnych korzyści nam nie przyniesie – za pojedynczą śmierć w drodze do świętego miejsca, tym bardziej że muzułmańskiego, żałoby narodowej nie ogłoszą w Polsce. Droga nad Duży Wodospad wygląda trochę podobnie w ostatnim etapie. Część wycieczki gimnazjalistek schodziła bez butów, być może aby chronić obuwie przed procesem zużycia, a być może aby zwiększyć przyczepność do podłoża. Możliwe też że były masochistkami. Droga do mniejszego wodospadu jest dużo łatwiejsza, choć uwagę radzę zwrócić na schody. Wyglądają jak najbardziej na ładny, przyczepny beton, lecz tak naprawdę jest to jak najbardziej beton nieprzyczepny. Łatwiej na ryj polecieć niż w drodze na Duży Wodospad. Tysiące turystów zrobiły całkiem ładną polerkę, i gdy dodamy do tego mgiełkę z wodospadu, mamy w rezultacie Małą Zjeżdżalnię przy Małym Wodospadzie. Wstęp na Mały Wodospad kosztuje 5 somów, na duży 10, Święty Kamień bezpłatnie. Wycieczka nad Mały Wodospad jest niewymagająca, i warto wybrać się na Arslanbob Panorama drogą powyżej wodospadu. Zachód Słońca nad orzechową doliną jest z tych rzeczy, dla których warto wynaleźć lek na Alzheimera – żal zapomnieć taki widok.

Nocleg znaleźliśmy we wspomnianej zonie otdycha. Trafiliśmy tam w poszukiwaniu sanatorium, lecz zastaliśmy kilka domków letniskowych zbudowanych z płyt wiórowych, konstrukcyjnie podobnych do naszych nadmorskich miejsc odpoczynku po plażowaniu. Konstrukcja taka powoduje, że ośrodek prawdopodobnie zimą będzie zamknięty. Cena za osobę, bardzo zachęcające 70 somów. Łazienki brak, myjemy się w strumyczku. Toaleta jest, przy strumyczku. Pamiętajmy, że lepiej myć się powyżej toalety. Obsługa to naprawdę miła jednoosobowa ekipa w postaci takiej pani. Taka pani nie mówi po rosyjsku chyba, ale być może rozumie ten język. Jest i jej mała pomocnica w postaci córki, którą ugościliśmy podczas burzy. Pomoc dziewczynki ograniczała się do jedzenia ciastek i suszonych jabłek w proszku, lecz robiła to naprawdę dobrze. U takiej pani możemy poza noclegiem zamówić coś do jedzenia. Z menu stołówkowego było mi dane spróbować jedynie plow. Był rewelacyjny, i do tego za darmo. Gdy Kuba i Ania wyjechali oglądać morze którego już nie ma, ja zostałem jeszcze na jeden dzień aby odbyć muzułmańską małą pielgrzymkę do Świętego Kamienia. W wieczór po ciężkiej drodze ku Islamowi zostałem zaproszony na kolację przez dwóch pensjonariuszy narodowości uzbeckiej. Po burzy przez cały dzień nie było prądu, i biedni emeryci nie mogli zasiąść do stołu. Jedli jakieś ogórki, ciasteczka, ale danie główne nie mogło obyć się bez herbaty. Jedzenie plowu bez zakończenia konsumpcji pialką zielonego czaju nie wchodzi w grę. Popicie czymś innym również. Arslanbob jest uzbecką wioską, i też taki plow został nam podany. Prawdę powiedziawszy nie widzę różnicy między plowem uzbeckim, kirgiskim czy ujgurskim, lecz aksakale gwarantowali uzbeckość dania. Popiliśmy herbatę, porozmawialiśmy o instytucji małżeństwa – wczesne zawracanie sobie głowy współmałżonkiem staje się coraz mniej popularne w Uzbekistanie, o dzieciach – coraz mniej popularne staje się spłodzenie grupy małych pomocników w gospodarstwie rolnym, i o Polsce sobie porozmawialiśmy. Otóż jeden z towarzyszy konsumpcji został zabrany w wieku 15 lat przez Armię Czerwoną na wycieczkę do Berlina, lecz z powodów logistycznych ostatecznie wyprawa jego zakończyła się w Poznaniu. Nieopuszczając tematów kulinarnych wspomnieć należy o najlepszej kafejce w wiosce. Mieści się ona tuż przy meczecie, kilkadziesiąt metrów od ryneczku. Robią wyśmienite manty i lagman, a skosztować ich możemy w cieniu trójcy ogromnych drzew o nieznanej mi nazwie. Ceny również zachęcające, za 70 somów mamy posiłek w naprawdę urokliwym miejscu. Właścicielem jest sympatyczna uzbecka rodzina która przyjechała tutaj po 7 latach pobytu w Jekaterinburgu. Kafejka ma jedną wadę dla jednej z płci. Brak toalety. Mężczyźni mogą korzystać z wychodka znajdującego się na terenie meczetu (bardzo czysty), ale kobiety muszą chodzić do toalety na śmietnisko. Przy mostku mieści się również pijalnia herbaty z tarasem wysuniętym nad rzeczkę. Jest to miejsce spotkań miejscowych aksakali. Z aksakalami się tam nie rozmawia, nie gawędzi, a przebywa. Leży, pije herbatę, patrzy na góry, słucha strumyczka płynącego pod nami, i przebywa. Porozmawiać oczywiście można, lecz dużo ciekawej jest przebywać. Jeśli jednak zechce się nam rozmowę nawiązać, to i tutaj znajdziemy staruszka który odwiedził kiedyś Polskę. Zadziwiające ilu mieszkańców Centralnej Azji odwiedziło Polskę i wróciło, a ilu Polaków odwiedziło Centralną Azję i zostało. W czwartkowy ranek pożegnałem gospodynię, pożegnałem aksakali i taksówką za 125 somów udałem się do Jalalabad. Już po kilku minutach od opuszczenia Arslanbob człowiekowi robi się smutniej. Powoli zaczynają znikać drzewa, woda w rzece z krystalicznie czystej robi się gówniano brudna…Do tego kierowca jakoś mnie denerwował stylem jazdy. Na każdym zjeździe wyłączał silnik, po to by po kilkuset metrach katować rozrusznik. Zdarzało się, że na podjeździe już zapalić nie chciał. Rozumiem oszczędność paliwa, ale przecież jazda na biegu daje ten sam efekt, a jakoś tak uszy od zgrzytów na kole zamachowym nie bolą. Z Jalalabad miałem według planów udać się do Kazarman, a następnie do Naryna. Wyskoczyłem na dworcu autobusowym, mieszczącym się przy ulicy Lenina. Tam uzyskałem informację, że samochody do Kazarman wyjeżdżają z głównego bazaru. Złapałem taksówkę, oczywiście Tico, za 10 somów do bazaru mieszczącego się przy ulicy Lenina, aby ten cholerny transport znaleźć. Chodziłem sobie, pytałem, jadłem różne fajne owoce południowe, chodziłem, pytałem i transportu znaleźć nie mogłem. Według niektórych opinii przełęcz była jeszcze zamknięta, według innych należy transportu poszukać na dworcu autobusowym, z którego to skierowali mnie na bazar…Po godzinie bezowocnych (nie licząc granatów, brzoskwini, jabłek) poszukiwań postanowiłem zmienić plany i udać się nad jezioro Sary-Chelek. Zanocować postanowiłem w polecanym przez AiK sanatorium, znajdującym się na wzgórzach otaczających Jalalabad. Dojście kosztuje nas godzinę życia i przegrzanie organizmu, taksówka a 100 somów. Polecam taksówkę. W połowie drogi znajduje się miejsce czerpania źródlanej wody i kafejka, a trochę za kafejką darmowa łaźnia ze słoną wodą, a trochę za łaźnią błoto dla kobiet. Nie wiem jakie własności ma woda, a jakie błoto, lecz człowiekowi spoconemu podejściem na wzgórze przy 50 stopniach w słońcu kąpiel w cholernie słonej wodzie samopoczucia nie poprawia. Sprawdzone. Za to źródełko z wodą pitną jest sympatyczne bardzo. Po dotarciu do sanatorium poszedłem do bardziej wyrafinowanej pijalni wód leczniczych, spróbowałem każdego z 9 ich rodzajów, i udałem się na poszukiwanie noclegu. Sanatorium to pieprzony labirynt w labiryncie. Pierwszy jest labiryntem budynków. Drugi labiryntem biurokracji. Idziesz do budynku oznaczonego jako recepcja, okazuje się że teraz jest tam noclegownia, pytasz ich o nocleg, okazuje się, że miejsc nie ma, a tak w ogóle to trzeba iść do recepcji. Po znalezieniu recepcji okazuje się, że oni o wolnych miejscach nie wiedzą, i że po domach wypoczynkowych polecają się przejść, a tak w ogóle to bez skierowania bez lekarza spać tutaj nie można. No jak nie można, jak za pieniądze wszystko można. Widocznie do złych osób trafiałem. Na końcu udałem do prywatnego hotelu na terenie sanatorium, z całkiem rozsądnym cennikiem jak za warunki. Klimatyzowana dwójka z lodówką i telewizorem za 900 somów. Jednak miejsc wolnych brak. Posiedziałem trochę na ławeczce z miłymi staruszkami, którzy ponarzekali na panujący wokół burdel, poinformowali o całkiem sporej ilości wolnych miejsc w pobliskiej noclegowni, kazali pozdrowić wszystkich Polaków, i poszli na poobiednią drzemkę. Pomysł był niezły, ale uświadomiłem sobie, że drzemką za wiele nie osiągnę w dziedzinie poszukiwania kwatery. Znalazłem wspomnianą noclegownię dla emerytów wraz z kilkoma kobietami z obsługi szyjącymi poduszki przed wejściem. Przysiadłem się, zagaiłem o nocleg, i rozmowa od razu inna się potoczyła. Nie aż tak inna jak bym chciał, gdyż w końcu w mieście spałem, lecz i tak było miło i coś dało by się załatwić. Portierka była skora do współpracy, wolne miejsce na jedną noc by się znalazło, lecz pracowała tutaj od niedawna, i lekki strach o utratę pracy ją ogarniał. Nigdy nie wiadomo czy do pokoju jakąś babcię nie przydzieli ‘góra’. Mnie też trochę taka wizja strachem napawała szczerze mówiąc. Jedyne co mogła załatwić, to wykup pełnego pakietu leczniczego za 6000 somów. 10 dni z wyżywieniem, masażami, biczami wodnymi, sauną, kąpielami błotnymi. All included. Nie powiem, byłbym się skusił, gdyby nie wywróciło to do góry nogami moich planów na czerwiec (teraz sobie uświadomiłem, że by nie wywróciło przecież, bo jakie ja plany mam…). Pochodziłem jeszcze troszkę po kompleksie sanatoryjnym i udałem się do miasta, na ulicę Lenina. Po zejściu ze wzgórza, na ulicę Lenina, po kilku minutach dochodzimy do hotelu Mol-Mol. Popularne, czyste, i tanie sowieckie miejsce noclegowe. Po krótkiej chwili miła recepcjonistka znalazła mi jedynkę za 277 somów. Bardzo fajna cena, ale ja chciałem wesprzeć lokalną społeczność skupioną wokół Community Based Tourism. Udałem się więc na bulwar Toktogula, tuż przy ulicy Lenina (ok 100 metrów od skrzyżowania, po stronie prawej, dom jednorodzinny z szyldem CBT), do polecanej przez LP hazjajki. Pukam, wchodzę, patrzę, a tu koordynator CBT. Przedstawiam się, pytam o Kazarman, i po chwili transport za 700 somów na poranek dnia następnego załatwiony. 350 somów za nocleg ze śniadaniem zapłaciłem i poszedłem pod prysznic. Kwatera jest bardzo czysta, prysznic bardzo czysty, a gospodyni bardzo miła, i też czysta. I znów jakieś związki z Polską. W 1991 roku Ludmiła handlowała na Stadionie Dziesięciolecia. Może to nie to samo co wyzwalanie od nazistów, jednak związek jakiś jest. 200 metrów od domu Ludmiły mamy wspomniany juz główny bazar i centrum handlowe. W tym zakątku korzystamy z Internetu, kupujemy fajne produkty żywnościowe i pijemy tani alkohol.

Do Kazarman

Dnia następnego przyszło opuścić Jalalabad. Miejsce fajne, ulica Lenina fajna, ale ogólnie to dupy nie urywało to miejsce. Jako przystanek na jeden, dwa dni, fajnie, dłuższe pobyty wydają się być głupotą. Chyba że skorzystamy z oferty sanatorium, wtedy jak najbardziej można zaszyć się na wzgórzach i dać się leczyć. Trudno człowiekowi po fantastycznym Arslanbob dogodzić chyba. Jakoś w Jalalabad wody mało, jakoś zieleni mało, gór na wyciągnięcie ręki też mało. Podczas gdy w muzułmańskim raju podczas górskich wycieczek nad naszymi głowami latają białosępy, czekając na niefortunny krok wędrowca, to w Jalalabad latają nad nami muchy z równym zainteresowaniem, co nad gównem. Much w sanatorium były ogromne ilości… może nie zawsze leczenie się udaje.

Kierowca zjawił się punktualnie, tyle tylko że nie w umówionym miejscu, i o godzinie 11.00 wyruszyliśmy w drogę. Jechaliśmy w czwórkę: Malik – kierowca, Saima – żona, Urulbek – młody chłopak, i Ja – ja. Naszym pojazdem był znany i lubiany UAZ 469 soft top. Poza inwentarzem żywym Malik zabrał ze sobą do Kazarman na handel cebulę, śruby i chyba plastikowe rynny. Malik współpracuje już kilka lat z CBT i bardzo miło się z nim podróżowało. Samochód utrzymuje w dobrym stanie technicznym, jeździ ostrożnie, nie pije. Jednym słowem – polecam.

Droga z Jalalabad do Kazarman nie należy do łatwych i popularnych, ale do pięknych i uderzających wzniosłością na pewno. 140 kilometrowy odcinek zbudowany pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku pokonuje się zazwyczaj w 6 godzin. Może nie wygląda to jak Camel Trophy, ale często zdarzają się osuwiska na podjeździe do przełęczy, i trzeba czekać na drogowców, a ich przybycie wcale szybko nastąpić nie musi. W tym roku drogę otwarto wyjątkowo wcześnie. Już 15 maja można było dostać się do Kazarman, choć przełęcz nadal była ośnieżona. W 2007 roku droga była otwarta dopiero od 4 czerwca, więc lepiej wcześniej zadzwonić do CBT z pytaniem o przejezdność trasy. Gdybyśmy myśleli o zrobieniu tej drogi stopem, lepiej przygotujmy się na zrobienie jej stopami. Być może w lipcu i sierpniu ruch jest większy, lecz na początku czerwca w ciągu siedmiu godzin minęło nas nie więcej niż 10 samochodów i wszystkie miały komplet pasażerów. Co zaś można powiedzieć o samej drodze. Po pierwsze, jest cholernie ładna. O ile Bishkek-Osh Highway poprowadzona jest dnem doliny, to Jalalabad-Kazarman jest drogą wiedzioną zboczem, i mamy przepiękny widok na rzekę znajdującą się 200 metrów niżej niż poprowadzona jest droga. Po drodze nie brakuje wody, co krok spływają z gór małe strumyczki. Dostatek wody przydał się bardzo, gdyż średnio co godzinę uzupełnialiśmy jej spory niedobór w chłodnicy. Szutrowatość trasy sprawia jednak nie tylko kłopot trakcyjny. Zapylenie w samochodzie jest straszne. Malik uszczelnił UAZa pianką poliuretanową i filcem gdzie tylko się dało, lecz efekt i tak był daleki od dobrego. Po siedmiu godzinach takiej jazdy można zacząć starać się o rentę w Polsce z powodu pylicy. Do tego temperatura w samochodzie przekracza wszelkie wyobrażenie. Okna zamykamy aby zupełnie z UAZa piaskownicy nie zrobić, do tego aby wspomóc układ chłodzenia włącza się ogrzewanie. Na zewnątrz w słońcu 50 stopni, włączone ogrzewanie, zapylenie jak w kopalni, i Saharę mamy gotową. Jednak widoki zza okna rekompensują nam te niedogodności z nawiązką. Mam nadzieję, że zdjęcia oddadzą uroki trasy. Po przeszło dwóch godzinach jazdy widoczna zaczyna być przełęcz. I tak się człowiek zastanawia – którędy ta pieprzona droga idzie. A ona sobie tak z prawej strony idzie. Wjechanie na przełęcz zajmuje godzinę, tyle samo zjechanie z niej. Niesamowite są zakręty z drogą szeroką na 3 metry i płynącym jeszcze w poprzek strumieniem. UAZem dosyć mocno trzęsło i trudno było przez zakurzone szyby zrobić dobre zdjęcie, lecz przed co ciekawszymi odcinkami Malik prosił Allaha o szczęśliwy przejazd, i można było zawczasu się przygotować, szybę przetrzeć i aparat odkurzyć. Do przełęczy dotarliśmy bez większych problemów, porobiliśmy szybko kilka pamiątkowych zdjęć, rozciągnęliśmy nogi i ze względu na silny wiatr rozpoczął się zjazd w dół. Po kilkunastu minutach zatrzymaliśmy samochód na dłuższy postój i zrywanie rabarbaru. Urulbek z radości wyciągnął pistolet i zaczął strzelać w powietrze, ja z radości sobie westchnąłem. Znaleźliśmy kilka butelek i odbył się mały konkurs strzelecki. Zostałem do niego zaproszony, lecz odmówiłem. Na broni się nie znam, a z pistoletem były pewne problemy – co jakiś czas się zacinał, łusek chyba nie wyrzucał…no nie wiem, postanowiłem że do Polski przywiozę wszystkie swoje palce. Przełęcz oddziela dwa światy. Po stronie Jalalabad mamy świat zieleni i wody, po stronie Kazarman mamy świat brązu i suszy. Nie powiem, brąz w górach też jest fajny, lecz dopiero ten w Narynu mógł wywołać zaciekawienie. Ten w okolicach Kazarman wywoływał smutek.

Kazarman

Do tej miejscowości przyjechałem w celu obejrzenia zabytkowych malowideł naskalnych i balbali. Po drodze zatrzymaliśmy sie w lokalnym oddziale Ministerstwa Bezpieczeństwa, gdyż Urulbek okazał się być pracownikiem tej instytucji. Zrzucił sobie moje zdjęcia z trasy i dał swój numer telefonu, na wypadek gdybym miał jakieś problemy w mieście. Bardzo ładnie z jego strony. Przed godziną 18.00 dotarliśmy do centrum. Pisać o nim wiele nie ma co. Płakać nad nim można by długo. Przedmieścia mają całkiem sympatyczną atmosferę sowieckiej wioski, natomiast centrum może służyć za dekorację filmową do ekranizacji Fallouta. Miasto Ghouli jak znalazł. Lonely Planet pisze, że jest to miasto które chcemy jak najszybciej opuścić. Nie zgodził bym się z tą opinią. Jest to miasto w którym mamy ochotę zostać i zmieść je z powierzchni Ziemi. Kazarman był miastem zbudowanym dla pobliskiej kopalni złota i soli. Złoto kilka lat temu zaczęło się kończyć, i ludzie też się skończyli. Czteropiętrowe bloki stoją z zamieszkanymi tylko dolnymi piętrami, na placach zabaw płoną śmietniki, ludzie wędrują z wiadrami po wodę, gdyż dwa lata temu przestała działać sieć wodociągowa. Szkoła podstawowa z oknami pozaklejanymi gazetami – nie ma widocznie kogo uczyć, choć dzieci trochę się przed blokami kręciło. Gdy tak sobie spacerowałem i fotografowałem, podjechał do mnie na rowerze młody chłopak. Przywitał się, zapytał co tutaj robię, i co fotografuję. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że przyjechałem podziwiać przyrodę, a fotografuję miasteczko. Popatrzył na mnie, popatrzył na miasteczko, i oznajmił, że u nich tak naprawdę wcale źle nie jest. Życzył udanych wakacji i pojechał sobie. Nocleg miałem na peryferiach u lokalnej koordynatorki CBT, miejscowej nauczycielki języka angielskiego. Miejsce bardzo sympatyczne, niedaleko dworca autobusowego. Bardziej od gospodyni, do wykonania questu odwiedzenia Sailmaluu Tash będzie przydatny nam jej mąż. Sailmaluu Tash było celem mojego przyjazdu do Kazarman. Jest to największe w Centralnej Azji skupisko malowideł i rzeźb naskalnych, a najstarsze z nich liczą 4000 lat. Od Kazarman położone są w odległości 45km w kierunku gór. Porozmawiałem chwilkę z panem gospodarzem i zapytałem o położenie i możliwość odwiedzenia Sailmaluu Tash. Pan gospodarz pokazał palcem na odległe pasmo górskie, następnie tym samym palcem uszczegółowił miejsce do wielkiego płata śniegu, i oznajmił, że to tam. Śnieg stopnieje za miesiąc i wtedy będzie można balbale oglądać. Pieprzone Lonely Planet gdy pisze że niektóre miejsca oglądać najlepiej w lipcu i sierpniu, to mogło by dodać, że tylko wtedy można w ogóle je oglądać. No nic. Mąż gospodyni, poza wybijaniem nam z głowy wędrówki po zasypanych śniegiem stokach w poszukiwaniu malowideł, może jeszcze zorganizować wycieczkę do odkrywkowej kopalni złota znajdującej się 40 km od Kazarman. Był tam pracownikiem przez 8 lat i powiUdałem się na spoczynek. Pobudka o 7.00, śniadanie i na dworzec autobusowy. Zgodnie z planem o 8.30 miał być autobus do Naryna. Autobusu jednak nie było, co, jak później potwierdziłem w Narynie, często się zdarza. Nawet gdyby autobus przyjechał, trudno było by raczej do niego się dostać. W odległości 100 metrów od dworca podszedł do mnie młody Kirgiz, i zapytał dokąd zmierzam. No to zapytałem, dokąd on zmierza. Okazało się, że zmierzamy w tym samym kierunku. Uzgodniliśmy cenę na 700 somów (220km w 6 godzin) i ruszyliśmy w kierunku samochodu. Po chwili podszedł do nas jeszcze jeden kierowca, i zaproponował swoją ofertę. Odpowiedziałem grzecznie, że już z młodym człowiekiem się dogadałem. Zjawił wtedy jakiś wielki Kirgiz, z postury członek kadry olimpijskiej zapaśników w kategorii +120kg. Wziął jednego kierowcę na plecy, wyniósł na drugą stronę ulicy, i wrócił. Spytał się dokąd jadę. No to ja znów grzecznie, że już z młodym człowiekiem się dogadałem. Wziął mnie za rękę, odciągnął od samochodu, podszedł do chłopaka, chwycił za ramiona, jakby z bańki chciał mu przypieprzyć, i zaczął mu coś po kirgisku tłumaczyć. Oczywiście mogło to być „po co się przyjacielu męczysz, ja go zawiozę do Naryna”, lecz bardziej brzmiało jak „kurwa, ta biała dziwka jest moja”. Wtedy podjechał do nas jeszcze jeden kierowca w Audi, i powiedział że ja jadę z nim. Powiedziałem więc grzecznie, że ja już z młodym człowiekiem się dogadałem. Młody człowiek powiedział wtedy grzecznie, że on się wycofuje i z piskiem opon odjechał. Przyszedł wtedy jakiś zapaśnik z kategorii ‘oldboy’, chyba szanowany kierownik dworca autobusowego, bo nagle zrobiło się jak makiem zasiał, powiedział żebym w chuja nie walił, bo nigdzie dziś nie pojadę, i że mam jechać tym Audi. W Azji Południowo-Wschodniej to może i jest fajne gdy rykszarze kłócą się o to, kto twoją dupę będzie wiózł, a ty możesz im na głowę napluć, lecz w Azji Centralnej bywa tak, że zaczynasz się pytać sam siebie, czy ci kandydaci na dublerów Hulka nie kłócą się o to, kto będzie na twojej dupie jechał. Wiele się nie nie zastanawiając, uzgodniłem cenę (750 somów) z, jak się później okazało, bardzo sympatycznym kierowcą brązowego Audi 100 i czym prędzej usiadłem, co by dupsko bezpieczne było. Gdy wsiadałem do samochodu, z tyłu siedziało już trzech chłopaków jadących do Biszkeku. Kierowca odebrał telefon, powiedział coś do jednego z nich, co zabrzmiało jak „wypierdalaj”, i z tyłu siedziało już dwóch chłopaków. Spytałem się, co z tym trzecim. Kierowca wyjaśnił spokojnie, że on nam już nie jest potrzebny. Pojeździliśmy jeszcze trochę po mieście, zabraliśmy dwie kobiety w wieku diametralnie różnym i wyruszyliśmy dzielnie w szóstkę. Krajobrazy za oknem nie powalały aż tak jak droga z Jalalabad do Kazarman, lecz również miały swój urok, o ile ktoś lubi brąz. Po godzinie jazdy wzięliśmy jeszcze jedną dziewczynę z pobliskiej wioski, znajomą kierowcy która prowadzi noclegownię przed przełęczą, i tak w siódemkę ruszyliśmy do Naryna. Muszę tutaj pogratulować konstruktorom Audi. Trzy osoby z przodu, cztery z tyłu, a jechało się w miarę wygodnie. Plusem zabrania ostatniego dziewczęcia było zaproszenie nas przez nią na obiad do jej domu. Jeden z lepszych posiłków jaki jadłem w Kirgistanie. Ciemny chleb przypominający spód do pizzy, kajmak (masło, ale krów w okolicy nie widziałem, więc nie wiem od jakiego zwierzaka), bozo (coś z niewiadomych składników z dodatkiem alkoholu, nie potrafili jednak wytłumaczyć jak się to przyrządza), kumys (który tym razem tylko trochę smakował jak wymiociny), do tego przepyszny dżem z poziomek (nie tylko ‘to die for’, lecz nawet ‘to kill for’). Siedzieliśmy, jedliśmy, żartowaliśmy…to znaczy oni raczej ze mnie żartowali…trzeba było się kirgiskiego uczyć. Po zrobieniu pamiątkowych fotografii, wymieniliśmy dziewczynę na kozę, która na szczęście nie zajęła jej miejsca u mego boku na przednim siedzeniu, lecz wylądowała w bagażniku, i zaczęliśmy podjazd na przełęcz. Przejazd z Kazarman do Naryna nie był może zbyt emocjonujący, lecz widoczki również zapierały dech w piersiach. Możliwe, że trochę przy pomocy zapylenia. Co jakiś czas robiliśmy postoje, żeby kozę przewietrzyć … raczej nuda. Do Naryna dojechaliśmy bez przygód.

Naryn

W Narynu zaznałem po prostu odpoczynku. Lenistwo jak nad morzem. Spędziłem tutaj dwa dni polegające na piciu piwa i chodzeniu po okolicznych wzgórzach. Miasto położone jest na 2000m. n.p.m, i wystarczy wejść na 3000 aby mieć śliczny widok z łagodnych grzbietów na otaczające Naryn pasma górskie, klify nad rzeką Naryn, i wydmowe formacje skalne w dole. Gdy pokonamy już ten kilometr w górę trafimy na kwieciste zielone łąki i mnóstwo świstaków, które często uciekają dopiero gdy zbliżymy się do nich na kilkanaście metrów. Kładziemy się na takiej łące i patrzymy sobie, to tu, to tam sobie patrzymy. I leżymy, i jest fajnie, jest bardzo fajnie. Niestety wieczorem już tak fajnie nie było gdyż poparzenia słonecznego jakiegoś dostałem i oglądając mecz Polska-Niemcy musiałem chłodzić się sporymi ilościami browara. Tyle z Naryna… no bo jak opisać rekreację w stylu plażowania, tyle że w górach. No może jeszcze polecę mieszkanie (350 somów) tuż przy CBT prowadzone przez Jeenkan i jej córkę Elirę. Gościłem u nich już w grudniu, i nic nie straciły ze swojej sympatyczności. Marszrutka do Biszkeku kosztowała mnie 250 somów, a tygodniowa wycieczka na południe zamknęła się kosztem 6000 somów. Koniec

Napisz odpowiedź