W zapowiedzi tej opowieści umieściłem linka do bloga towarzyszy dobrowolnego wygnania. Dla przypomnienia: www.aniakuba.geoblog.pl - taki ma adres. Jest to swego rodzaju element przełomowy. Sto lat samotności się skończyło. Teraz nie ma już samotnych wypraw, kilkugodzinnego słuchania szmeru potoku i rozmawiania ze samym sobą. Od pewnego czasu uczestniczę w “naszych” wycieczkach. Ma to swoje dobre i złe strony.
Dobre są takie, że koszt taksówki można podzielić na więcej osób, a gdy złamie się nogę w górach, to ktoś powiadomi rodzinę, że opóźniało się marsz, i trzeba było uciec się do ostatecznych środków. Występuje oczywiście więcej pozytywów grupowych podróży, lecz blogowi to one wcale nie służą, a raczej wygodzie, beztrosce, po części przez zrzucanie obowiązków na innych. Blogowi służy samotność. Wyostrza nam zmysły podróżnicze i chęć dzielenia się wrażeniami. Gdy podróżujemy dzielną gromadą, trochę ta gromada nas otumania, a przynajmniej mnie. Nie jest to zarzut wobec moich obecnych towarzyszy, lecz zarzut z cyklu “Do świata”. Towarzysze trafili mi się akurat fantastyczni (mimo że nie piją). Z dobrych stron posiadania towarzyszy można jeszcze wymienić możliwość ich zostawienia. To nie są dzieci, które trzeba podrzucić dziadkom, czy pies, którego podrzuca się w stronę lasu, gdy chcemy gdzieś wyjechać. O wiele trudniej jest, gdy mamy ochotę na towarzystwo, a towarzyszy brak. Inną dobrą stroną ich obecności jest możliwość wyboru dana czytelnikowi. Chce ktoś poczytać o życiu Polaków w Kirgistanie? Proszę bardzo, dwa blogi do wyboru. Często nawet te same wydarzenia można z różnych perspektyw sobie przyswoić. Oczywiście pojawia się tu także problem prawdy, gdyż w opisie moich samotnych wycieczek, to ja ustalałem co jest prawdą, a co nie, jako że byłem jedynym podmiotem poznającym. A tu dochodzą dwa dodatkowe podmioty, które też sobie niepowstrzymanie poznają, i na swoim blogu zapisują efekty tego procesu poznawczego. W samotności łatwiej o prawdę. W grupie często trzeba ją uzgadniać, a relacjom z podróży to nie służy. Oczywiście, w miejscach w których byłem, to byłem naprawdę, i oni tak samo na prawdę tam byli. Ustalać jednak co tam widziałem z nikim nie będę, i przeczytacie tu tylko to co ja zaobserwowałem. Jest to Kirgistan moimi oczami widziany. Co widzą oczy Ani i Kuby, znajduje się pod wyżej wymienionym adresem. Ów problem prawdy nie jest tak na prawdę ważny, gdyż duża szansa, że opiszemy inne rzeczy. Na ten przykład zauważyłem, że Ania nie za często gapi się na cycki Kirgizek. A ja wręcz przeciwnie. Są bardzo sympatyczne i warto na nie popatrzeć od czasu do czasu. Od razu zaznaczam, że Kirgizom też się przyglądam, nie chcę wyjść na szowinistę. Może nie są tak interesujący jak Kirgizki, ale że poznawać kulturę kraju takiego jak Kirgistan warto, część męska tą kulturę też stanowi, więc i im się trochę uwagi należy. Uprzedzam jednak, że dla mnie Kirgizi kultury tutaj mają trochę mniej niż Kirgizki, i nie dość że mniej, to jeszcze mniej ciekawej. Dla mojej osoby, to kobieta stanowi Kirgistan. W niej czuć gościnność, tradycje jedwabnego szlaku, to od kobiety można spodziewać się ciekawej rozmowy - wydaje się inteligentniejsza i lepiej wykształcona. A do tego ma cycki. Tak jak w Europie mówi się niekiedy, że kobieta służyła wcześniej tylko rodzeniu dzieci, tak muszę dowiedzieć się, czy przypadkiem tutaj mężczyzna nie służył/służy tylko zapładnianiu. Obserwacji tych nie poczyniłem oczywiście na uniwersytecie, a na ulicy, bazarze, w autobusie. I cycki mi oczu nie przesłoniły, potrafię być ponad nie, gdy jest taka potrzeba. Oczywiście, gdy potrzeby takiej nie ma, można i być na ich wysokości. Niżej zejść zawsze można, a i niekiedy jest przyjemnie. Tak, świat widziany oczami Ani i Kuby może być trochę inny niż mój.
Podałem troszkę za, troszkę przeciw wspólnym podróżom. Wychodzi na to, że najlepiej jest gdy mamy możliwość wspólnego podróżowania, ale nie musimy z niej korzystać. Ja taką możliwość mam. W wycieczce do Karakol skorzystałem z opcji towarzystwa. I tego nie żałuję. To chyba nawet można jako komplement potraktować. Przejdźmy jednak do rzeczy.
Była to moja druga podróż do miasta zwanego Karakol. Pierwszy raz byłem tam cztery godziny, teraz byłem cztery dni. Za pierwszym razem była to jesień, teraz był to początek zimy. I jesień była sympatyczna, i zima była sympatyczna. Gdyby nie moje zagubienie za pierwszym razem zobaczyłbym w ciągu tych czterech godzin wszystko co jest tego warte w tym mieście. Jak na razie w kirgiskich miastach (no, może poza Biszkekiem) najciekawsze są dworce autobusowe, gdyż można tam podejść do marszrutki i z jej pomocą uciec w góry. Karakol jest takim miastem, z którego mamy ochotę uciec po dniu pobytu. To nawet całkiem sporo. Z wsi San Tash chciałem uciec dużo szybciej, ale o tym później. Co warto zobaczyć w ciągu tego dnia? Cerkiew, meczet… No co tam nam przewodnik poda. Ja byłem ponad to miasto i cały czas podnosiłem dumnie głowę spoglądając na otaczające mnie góry. Z wartych wspomnienia rzeczy jest jeszcze restauracja Fakir. Jest tu tanio i sympatycznie. Choć Kirgizi sporo palą, i od czasu do czasu atmosfera zmienia się na przypominającą przydworcową pijalnię piwa, to jednak warto tu zajrzeć. Jedzenie jest pyszne (polecam grillowaną rybę), a alkohol nawet tani. Nie powiem co można wypić i ile to coś kosztuje, gdyż jak podchodziłem do barmana, i prosiłem o setkę, to pytał czy chcę wódkę normalną, czy dobrą. Wybierałem normalną, i płaciłem za setkę raz 30 somów, raz 40. Nie wiem od czego to zależało, bo wódka normalna cały czas smakowała tak samo. Jednak można powiedzieć, że średnio za setkę u Fakira zapłacimy dolara. Na popitkę możemy wziąć czajnik herbaty za 10 somów, i wspomnianą rybę za 80 somów. Za cztery dolary mamy więc coś dla ciała i dla ducha. Dla rasowego turysty jest to propozycja nie do odrzucenia. Poza tym, jak walniemy sobie setkę, to Karakol staje się ciekawsze.
Do Karakol dostaliśmy się autobusem. Autobus jedzie 8h i jest wygodny. Marszrutka jedzie krócej, ale jest mniej wygodna. Wygodniej się w autobusie siedzi, ale czy otoczenie jest wygodniejsze… tego powiedzieć nie mogę. Ludzie (mężczyźni) palą papierosy (lecz spotyka się to z dezaprobatą współpodróżnych), często podróżują pijani, a że w Kirgizach nadal płynie krew przemieszczających się koczowników, to łażą po autobusie potykając się o bagaże poustawiane w przejściu między fotelami i obijają się o innych pasażerów. Ci trzeźwi też łazili jak autobus był jeszcze w miarę pusty. Bezsensowne ale kirgiskie. Pierwszą noc spędziliśmy u postaci drugoplanowej relacji z Altyn Arashan, a mianowicie Elviry. Do Karakol dojechaliśmy o godzinie 21.45. Pół godziny oczekiwania na Elvirę, i kilka minut spaceru do jej mieszkania. Z Elviry jest bardzo dobre dziewczę. Gdy tylko zadzwoniłem do niej dzień wcześniej, że wybieram się ze znajomymi do Karakol, od razu zaproponowała nocleg. Jako że mieliśmy być na miejscu dość późno, nie odmówiłem. Wizyta u Elviry była dla mnie jednym wielkim zakłopotaniem. Chyba nie lubię doświadczać aż takiej gościnności. Nasz przyjazd wyciągnął Elvirę z środka imprezy. Przyjechała pijana ze swoimi pijanymi znajomymi. Pijani przyjechali samochodem. Samochód nie był pijany. Powiedziała, że zaraz musi wracać, ale sobie spokojnie możemy iść spać, tylko przygotuje dla nas kolację. Ale mi się aż jeść nie chciało. Nie mam serca do wyrywania ludzi z imprez. Jestem pełen podziwu dla Elviry; w sumie to odprowadziła mnie tylko na dworzec dwa miesiące temu, a teraz zostawiła nam mieszkanie, przygotowała kolację i poszła dalej pić. Gościnni ci Kirgizi. Pokazała nam zdjęcia, co byśmy zorientowali się na czyjej imprezie jest (jej koleżanki córka miała roczek). Ze zdjęciami było jeszcze jedno wydarzenie: na pytanie czyje to zdjęcia, poza jej osobą uwiecznioną na papierze, stoją na szafce, odpowiedziała, że młodszego brata, i że brat zmarł rok temu, a obok stała fotografia ojca. Ojciec zmarł pięć lat temu. Już nie chciałem pytać dlaczego nie ma tu zdjęć matki. Impreza Elviry skończyła się przed ósmą, a po ósmej zjawiła się w mieszkaniu, i zrobiła nam śniadanie. Tym razem chciało mi się już jeść. Do gościnności idzie się przyzwyczaić. Tym szybkim przyzwyczajeniem też się zakłopotałem, ale już nie tak bardzo jak wieczorem gościnnością. Po śniadaniu opuściliśmy jej mieszkanie i udaliśmy się na dworzec w celu oczekiwania na autobus do niedalekiej atrakcji turystycznej, San Tash.
San Tash jest miejscowością z przewodnika. Przez te trzy miesiące przekonałem się, że w Kirgistanie, to co nie jest górami lub innymi tworami Matki Natury, nie jest zazwyczaj aż tak warte zobaczenia. Nie było nam dane obalić tej opinii, gdyż do głównej atrakcji tej wioski nie dotarliśmy. Przede wszystkim dla tego, że opisany w przewodniku stos kamieni Timerlana i jakieś malowidła naskalne jako główne atrakcje San Tash, nie znajdują się w San Tash. Niby ludzie mówili, ludzie z San Tash, że to jest w San Tash, ale mówili jednocześnie, że to trzy wioski dalej. Dalej od miejsca gdzie byliśmy od 20 do 30 kilometrów. Do tego miejsca przeciwstawności dotarliśmy również w przeciwstawny sposób. Autobus miał odjechać z dworca o 11.40, już baliśmy się, że się spóźnimy, pani z okienka kasowego nawet wybiegła za nami, w celu poinformowania o niesłychanie bliskim odjeździe tego autobusu, po czy autobus w ogóle nie przyjechał. Pojechaliśmy z jakimś lokalesem na bazarowy przystanek marszrutkowy, i stamtąd tradycyjnym Mercedesem wyruszyliśmy na oglądanie zabytków kultury KG. Ogólnie w tym dniu ciężko było otrzymać dobrą informację. Przewodnik Lonely Planet to jakaś pomyłka, miejscowi z San Tash określali odległość dzielącą nas od kamieni Timerlana na 20 do 50 kilometrów. Dowiedzieliśmy się także, że droga do tego miejsca odbija, i prowadzi w góry, oraz że jest zasypana śniegiem, i tylko 4×4 przejedzie. Niektórzy znów mówili, że zwykłą Ładą da się przejechać. Odległość tego zabytku od głównej drogi miała poza tym wynosić od 500m do 100km. Jestem ciekaw, czy autorzy Lonely Planet również wysłuchali tylu opinii i po prostu wyciągnęli średnią. Poza tym, niektórzy w ogóle nie wiedzieli o takim zabytku. Ci byli najbardziej wiarygodni. Po przyjeździe udaliśmy się do budynku określonego, jako punkt wymiany walut, a wskazanego nam przez santaszankę, który okazał się urzędem gminy. Czy wymieniali tam walutę, nie wiem. Za to powiedzieli, że z dotarciem do zabytku będzie problem, z noclegiem będzie problem, z zobaczeniem zabytku będzie problem (sporo śniegu w górach). Mnie trochę optymizm opuścił, moich towarzyszy mniej. Pozytywem wizyty u naczelnika gminy, była możliwość zobaczenia portretu (1m x 1.5m) Lenina. Mimo, że Lenin wiecznie żywy, to w Kirgistanie chyba troszkę bardziej. Wyszliśmy z budynku urzędu, i udaliśmy się w miejsce centralne, a mianowicie przed sklep. I tak sobie staliśmy. Ludzie przechodzili, pytali w czym mogą pomóc, i obiecywali, że spróbują pomóc. Obiecywali, że znajdą terenówkę, która nas zawiezie na miejsce, że popytają o nocleg… Niestety nic się z tych obietnic nie zmaterializowało. I nie chodzi o to, że ludzie nie byli szczerzy, ale że San Tash jest obarczone jakąś klątwą niemożliwości. Chcieliśmy się napić herbaty, to o 15.00 zamknęli chyba jedyne kafe. Jest jeszcze jedno, ale ono nie było raczej nigdy otwarte. I tak sobie dalej staliśmy. Można by nam zarzucić niezaradność, niegramotność, niemobilność i inne nieności, lecz (dla mnie) to miejsce w magiczny sposób skłaniało do stania na ulicy i czekania co los przyniesie. Zupełny brak podłoża do aktywności, jakby cała wioska mówiła ci “nic nie rób”. Jest to czasami fajne, ale nie w zimie. W zimie trzeba choćby się ogrzać, a my staliśmy na ulicy. Oczywiście pojawiały się propozycje robienia czegoś. Na ten przykład była propozycja transportu do owego miejsca złożona przez 4 mocno pijanych lokalesów, z których jeden pochwalił się nawet, że jest policjantem (chyba na służbie, bo miał mundur). Robienie czegoś w San Tash jest jednak drogie. Rozpoczęło się od tego, że jeden z nich, najbardziej przedsiębiorczy, zapytał ile chcemy zapłacić dolarów. Na tyle mocno upierał się przy tej walucie, że zacząłem wątpić, czy w KG faktycznie funkcjonują somy. Po pewnym czasie dotarło do niego, że mamy tylko somy. Następnie doszło do ustalania ceny, i podawania argumentów potwierdzających ich wyśrubowane żądania finansowe. Argumenty były takie jak: to jest 100km w dwie strony, a nie 50, moja Mazda pali 30l/100km i inne tego typu fantastyki. Po kilkunastu minutach zrezygnowali, wsiedli do samochodu, i odjechali. Nie tęskniłem za nimi. Nadal staliśmy w tym samym miejscu. Staliśmy i czekaliśmy. Moi towarzysze chyba na transport do zabytków kirgiskiej kultury, a ja na jakikolwiek element który zakończy to czekanie. Na rozjeżdżającą nas ciężarówkę oczywiście nie czekałem. Pojawiły się dwa takie elementy. Kolejności nie pamiętam. Alfabetycznie pierwszy był Doradca. Doradził on, żebyśmy spierdalali z tej wioski. Oczywiście nie w tak krótkich słowach. Trochę się rozwinął. Powiedział, żebyśmy spierdalali stąd, bo po zmroku znudzona młodzież wychodzi pić na ulicę, i robi się niebezpiecznie – najgorszemu wrogowi nie życzył pozostania tu na noc. Poczułem się trochę jak w „Od zmierzchu do świtu” Rodrigueza. Alfabetycznie druga była Marszrutka. Marszrutka była bohaterem zbiorowym, grupą doradców pod dowodzeniem pana odlewającego się na przydrożny płot. Pan był pijany, ale wyglądało, że ma dobrą duszę. Przekonywał nas również, że to jedyna szansa wydostania się stąd, i że on bardzo szanuje Polaków, i chce nam pomóc. Rolę antycznego chóru spełniali pasażerowie marszrutki, zapraszająco machając rękoma i jakby śpiewając „idioci, uciekajcie, uciekajcie”. Nie wiem dlaczego, ale panu nie udało się wciągnąć nas do marszrutki, za to jego wciągnęła za szmaty kobieta zdenerwowana przedłużającym się postojem. Gdy marszrutka odjeżdzała, nasz niedoszły wybawiciel jeszcze pukał ostrzegawczo pięścią w okno. Do Doradcy dołączyła później kobieta, która wcześniej obiecała znaleźć nam nocleg. Nie znalazła go. Po kilku kolejnych antyturystycznych określeniach zimowego (w lecie może młodzież ma co robić) San Tash znaleźli nam Wołgę 24 jadącą do Tiup (dogodne połączenia do Karakol). Całe to ostrzeganie nas trwało dobre pół godziny, gdyż jak człowiek przywyknie do kirgiskiej gościnności, to czasami trudno mu uwierzyć, ze może czasami po prostu dostać po mordzie. Wołga była bardzo wygodna, lecz trochę awaryjna. Na szczęście pchać jej nie musieliśmy. Pan dostał 100 somów za uratowanie nas od niewiadomego. Z Tiup dotarliśmy do Karakol taksówką za 30 somów od osoby. Ucieczka nie była więc zbyt trudna, i po godzinie stania na drodze w San Tash, również złapalibyśmy jakiś samochód do Tiup lub nawet Karakol, lecz kto wie czy nie łapalibyśmy go w biegu robiąc uniki przed latającymi butelkami. Przed udaniem się do San Tash zasięgnęliśmy informacji o noclegach w lokalnym biurze Community Based Tourism. W drodze do Karakol wybraliśmy jeden z proponowanych przez CBT lokali, wyceniany na 350 somów, kazaliśmy zawieźć się tam taksówkarzowi. Zawiózł nas gdzie indziej. To gdzie indziej było Hotelem Amir. Ale całkiem niedaleko położonym od miejsca docelowego. Z ciekawości zajrzeliśmy do Amira, gdyż w Lonely Planet opisany był, jako zapełniający lukę między tanimi i drogimi noclegami. Dwójka u Amira kosztowała 56$. Pomyślałem sobie, że zarówno LP jaki i Amira lekko poje…. Pani w recepcji poleciła za to babuszkę wynajmującą pokoje w bloku sąsiadującym z Amirem. Babuszka miała się cenić na 350 somów. Po krótkim spacerze (50m?) trafiliśmy do babuszki. Babuszka kazała mówic do siebie ciocia. Ciocia Ludmiła. Ania utargowała cenę noclegu u cioci na 250 somów, plus 50 za śniadanie. Satysfakcjonowało to nas, więc zostaliśmy. I bardzo dobrze, bo śniadania u cioci są super. Nie żeby jakoś wyszukane, ale przez swą prostotę i powiedziałbym naturalność, bardzo sympatyczne. Dostawaliśmy jajecznicę, jajka gotowane, naleśniki z serem, kaszkę manną, i co najważniejsze, zawsze przed każdym stała miseczka dżemu malinowego domowej roboty. Poza tym mieszkanie jest bardzo dobrze utrzymane, czyste, woda ciepła, ogrzewanie działa, a piwnicę tego bloku zamieszkuje naprawdę ładnie utuczony kot. Do centrum mieliśmy jakieś 15 minut. Poza tym, ulicą, przy której znajduje się blok cioci, a w nim mieszkanie cioci, jeździ marszrutka nr 350. Zapewnia ona transport zarówno do kurortu Ak-Suu, jak i Altyn Arashan (gdy wysiądziemy trochę wcześniej i przejdziemy 14km). Tak oto zakończył się drugi dzień pobytu w województwie Issyk-kulskim. Na następny dzień zaplanowaliśmy wizytę w Jeti-oguz.
Jeti-oguz. Marszrutka do tego miejsca odjeżdża z bazaru, tyle tylko że z jego drugiej strony, patrząc od miejsca postoju 350tki. Rozpoznajemy ją po tym, że na tabliczce ma napisane Jeti-oguz. Podobną taktykę stosujemy, gdy chcemy mieć pewność, że wsiadamy do 350tki. Droga do tej turystycznej atrakcji zajmuje pół godziny, i poza sezonem marszrutka dojeżdża tylko do wsi o nazwie Jeti-oguz, w sezonie dojeżdża do kurortu. Może też być tak, że po sezonie również jedzie do kurortu, tylko my na nią się nie załapaliśmy. Tak czy inaczej, ze wsi jest do przejścia jeszcze 10km. Droga ta jest bardzo miła, i przy dobrej pogodzie, a taką mieliśmy, i dysponując sporą dawką wolnego czasu, naprawdę warto się nią przejść. Możemy również skorzystać z oferty miejcowych taksówkarzy, lecz nie ma to większego sensu. Jeśli nie wybieramy się dalej niż do kurortu, jeden dzień spokojnie nam starczy na rozkoszowanie się tym miejscem. Więcej rozkoszować się tam nie ma co. Chyba że pójdziemy w góry. Jest tam dolinka nazywana Doliną Smoków, jest Dolina Kwiatów, i zapewne inne doliny też tam są, Tien-Shan jest duży. Przewodnik owe doliny poleca na pory roku ciepłe. Jest tam wtedy ciepło, a kwiatki ładnie pachną. Prawdę powiedziawszy, to Jeti-oguz, tak jak i pozostałe miejsca opisywane jako atrakcje turystyczne (Wieża Burana, Czolpon-ata, Karakol, zapewne będzie tak i z Osh…), stanowią jedynie wstęp do rozkoszowania się naturą. Przy kurorcie są sklepy, także możemy zakupić żywność, napić się herbaty (i zapewne wódki też) w dwóch kafe, a następnie śmiało ruszyć w góry. Nie dziwię się Kirgizom, że mając taką przyrodę nie było im spieszno tworzyć atrakcji dla turystów w stylu Koloseum. Szkoda tylko, że nie było im spieszno na tyle, że tę pustkę w twórczości człowieka wypełnili dopiero sowieci betonem. Wracając do Jeti-oguz, to kurort składa się z dwóch części oddzielonych od siebie czasem. Część starsza, jest bardzo urokliwa. Drewniane domy dla wczasowiczów, jakby z Zakopanego wyjęte i małe altanki w których latem można się bardzo sympatycznie spić, a wszystko to umieszczone w parku z ławeczkami, tandetnymi fontannami, i zapewne miejscami do leżakowania gdy uraczymy się już kirgiskimi wyrobami spirytusowymi. Niestety była już zima, i nie mogłem sprawdzić, czy naprawdę fajnie tak sobie poleżakować w tym parku. Raz, że nie byłem pijany, a dwa, że odczuwałem jakiś lęk przed gównami czyhającymi pod śniegiem – w parku były koniki, osiołki i psopodobne. Nowsza część kurortu jest czymś w rodzaju betonowego sanatorium, w którym mogą wyleczyć cię np. z chorób dróg oddechowych. Ale nie ma nic za darmo, jest tam tak betonowo, że przy dłuższym pobycie możesz nabawić się depresji. Gdzie leczą depresje, nie wiem. Czas warty poświęcenia na przebywanie w samych okolicach kurortu oceniam na 5h. Następnie musimy wyruszyć w góry, co by nie nabrać przekonania, że to całe Jeti jest trochę do dupy. Jak wspomniałem wcześniej, przy zwiedzaniu Kirgistanu wszelkie osady ludzkie powinny stanowić dla nas jedynie paśnik, noclegownię i miejsce łapania transportu. Skalnymi atrakcjami bliskich okolic kurortu są: Złamane Serce - rozpołowiona skała która wygląda jak złamane serce, i Siedem Byków – grupa skał które wyglądają bardziej jak chuj wie co, niż siedem byków. Nadają jednak sympatyczny wygląd okolicy, i że z nich Jeti słynie, to warto sobie z nimi zrobić kilka zdjęć. Powrót zapewniła nam stara Łada wracająca do Karakol. Można by pobyć tam jeszcze trochę dłużej, jednak w listopadzie człowiek jakoś bardziej odczuwa brak futra i zdolności rycia w śniegu w poszukiwaniu korzonków, jednym słowem, że jest najsłabszym ze zwierząt. W lipcu odczuwamy to mniej, a gdy do tego posiadamy śpiwór i namiot, to już zupełnie doliny stoją przed nami otworem. W lipcu przyjadę tu jeszcze raz, i poleżę sobie w Dolinie Kwiatów. O godzinie 17.00 zakończyliśmy trzeci dzień wycieczki.
Dachi, Muzeum Przewalskiego, Ak-Suu. Kolejność jest ustanowiona według ciekawości tych miejsc. Dachi to ogródki działkowe nad małą zatoczką jeziora Issyk-kul. Dojechać tam można ciekawym autobusem firmy Paz. Autobus ten ma napęd na cztery koła, spory prześwit i krótki rozstaw osi, i wydaje się, że w dziedzinie przewozów publicznych, nie ma dla niego przeszkód nie do pokonania. Jedyne co może mu przeszkodzić w dowiezieniu pasażerów, to on sam. Sypie się to niemiłosiernie. Jak to z rosyjskimi produktami bywa, pomysł jest dobry, ale wykonanie pozostawia już trochę do życzenia. Czasami życzymy sobie, żeby tym czymś dojechać, czasami modlimy się. Paz mieści się tak gdzieś po środku intensywności ludzkich oczekiwań. Narzekać jednak nie mogę, gdyż trochę tym autobusem pojeździliśmy. Najpierw zawiózł nas do Dachi, jego końcowy przystanek, przez trzy minuty popatrzyliśmy na plażę, po czym zawiózł nas do muzeum Przewalskiego, po czym zawiózł nas do Dachi, przez pięć minut popatrzyliśmy na plażę, po czym zawiózł nas do Karakol. Bilet do Dachi kosztuje chyba 10 somów. Kilka kilometrów przed Dachi znajduje się wspomniane już muzeum wielkiego podróżnika Przewalskiego, któremu było dane umrzeć w Karakol pod koniec XIX wieku na tyfus. Tych i innych informacji udziela za 50 somów przewodniczka pamiętająca chyba jeszcze czasy podróży słynnego odkrywcy Azji Centralnej. Muzeum mieści się w całkiem ładnym parku, z sympatycznymi alejkami i widokiem na zatokę. Jak z każdego miejsca w Kirgistanie, widać również góry. Park ten jest chyba popularnym miejscem ślubnych fotografii grupowych. Państwo młodzi dostają na pamiątkę tego najszczęśliwszego dnia w ich życiu fotografię, a park Przewalskiego zostaje obdarowany śmieciami. Przy pomniku Przewalskiego znaleźliśmy po takiej wizycie butelkę od szampana, butelkę po wódce, pustą bombonierkę i inne śmieci. Chyba tylko związku tu nie skonsumowali. Choć pół litra czasami potrafi czynić cuda. Z wartych zanotowanie rzeczy, warto wspomnieć, że Przewalski odwiedził Warszawę, ale nie z tyfusem, tylko z jakimś wykładem chyba. Niby drobiazg, ale cieszy jak na obczyźnie znajduje się polskie ślady, i to zgoła inne niż proszek Dosia. Po skończonej wizycie u Przwalskiego, jak już wspomniałem, znów pojechaliśmy do Dachi, i po biegu do jeziora i z powrotem, wróciliśmy ostatnim autobusowym kursem do Karakol. Tak minęła druga część dnia. Pierwszą była wizyta w Ak-Suu. Docieramy tam z pomocą 350tki. Naprawdę fajne miejsce; są tam wanny z radową wodą, opuszczony szpital dziecięcy i przede wszystkim wejście do doliny. Sam kurort położony jest w zwężeniu doliny rzeczki Ak-Suu – zwężenie jest na tyle zwężające, że na szerokość mieści się tam tylko strumyczek szerokości 10m, droga szerokości 4m, i budynki na szerokości 20m. W górę prawie pionowo wznoszą się skałki na wysokość 20m. Przechodzimy przez to zwężenie, i już jesteśmy w supersympatycznej dolinie. Taka topografia tego miejsca. Coś o atrakcjach kurortu: woda radowa w wannach która która podobno leczy choroby skóry. Z drugiej strony, jak ich nie mamy, to możemy się ich nabawić, gdyż ciocia Ludmiła ostrzegła, że Kirgizi nie zawsze są czyści, i ona z własnym proszkiem do szorowania tu przyjeżdża, i sobie szoruje. Standardowo obsługa polewa wannę chlorem, więc też powinno być ok. Drugą atrakcją jest opuszczony szpital, w którym nadal pracuje kuchnia. Zaszliśmy do tego budynku w celu napicia się jakiejś leczniczej wody, lecz jak się okazało mają tylko taką radową. A wodę tą miało pięć kucharek. Całkiem sporo jak na niedziałający szpital, być może kucharki schodzą z pokładu ostatnie. Pochodziliśmy sobie trochę po tym budynku, i jak na pustostan (nie licząc kucharek), okazał się być w bardzo dobrym stanie. Czyściej niż w moim akademiku. Po zwiedzeniu objawów myśli sowieckich architektów, udaliśmy się na spacer po dolince. A tam szumi strumyk, skrzypi śnieg pod butami, słonko ładnie przygrzewa, po prostu raj. Dwie godziny takiego spacerowania, i człowiekowi siły do nauki rosyjskiego wracają. Marszrutek 350tek jeździ bardzo dużo, więc z wydostaniem się nie było problemu. O ile nie czytacie od końca, to wiecie już, że druga część dnia upłynęła nam pod znakiem jeżdżenia tam i z powrotem autobusem relacji Karakol-Dachi.
Poniedziałek był dniem powrotu, i nic specjalnego się nie wydarzyło. I to koniec wycieczki.
Kilka uwag ogólnych. Znów pojawił się motyw toalet. Jednemu członkowi naszej drużyny zdarzyły się problemy żołądkowe, ale wskazywać palcem nie będę, któremu. Temat więc dość często się przewijał. Do narciarzy przywyknąć jest trudno. Taka toaleta nie stanowi oazy samotności i kontemplacji człowieka. Zwłaszcza gdy jest to wersja w pełni otwarta. Tzn. są narciarskie boxy bez drzwi. Wersja półotwarta z drzwiami wysokości pół metra też jest dziwna, gdyż wchodzisz do kibla a tam widzisz jakby kilka wejść do saloonu i wychylające się lub nie głowy kowboi. Wersja otwarta jest jeszcze śmieszniejsza. Wchodzisz do kibla, a tam rząd facetów sobie ciśnie. Pamiętam jak przez mgłę, że Levinas (?) pisał o odkrywaniu Drugiego człowieka w Twarzy. Nigdy chyba nie patrzył na twarz srającego. Toć nawet psy jakoś tak dziwnie się na ciebie patrzą gdy srają, i spotkają twój wzrok na sobie. A co dopiero człowiek… Temat toalet zapewne jeszcze się pojawi, więc teraz daję tylko czytelnikowi tę fekaliczno-fenomenologiczną sytuację do rozpatrzenia. Możecie na kiblu porozmyślać, z lustrem przed sobą.
listopad 26, 2007 at 9:40 pm
Pieklo!!!
Przez ciebie ludzie sie na mnie dziwnie patrzyli w bibliotece, gdy wybuchlam smiechem konczac czytac twoja historie z wycieczki.
A tak naprawde, to swietne rzeczy tam robisz, az chialoby sie przyjechac. I nawet problemy z dziedziny…….jak to nazwales….. fekalicznej, nie odstraszaja. :)
A jak bylam w Egipcie, to mialam tam taki specjalny lek, ktory niby pomagal, wstrzymywal, czy co tam sobie zazyczysz. Tzn, troche pomagal. Tylko juz nie pamietam nazwy. Chociaz, tak sobie mysle, ze juz pewnie jestes ekspertem w tych sprawach, wiec co ja bede sie madrzyc. :)
listopad 28, 2007 at 7:03 pm
A przyjezdzaj, miejsca tu sporo, i ludzie mili:) Ja w kazdym razie zapraszam:)
Poza tym dzieki za rady z lekami, ale natury powstrzymywac nie nalezy:)
Do zobaczenia w PL
grudzień 2, 2007 at 6:44 pm
ja bym jednak chyba chcial doswiadczyc takiego s(r)aloonu ;]
czlowiek mysli ze w sraniu juz nic nowego po tych tonach krapu skanalizowanego go nie trafi, a tu prosze. fakt, ze chronologiczno-technologicznie toto novum raczej nie jest, ale dla naszych porcelanowych dup…
wyobrazam sobie wuja andrzeja jak wychodzi z progu posrod kirgizow ^^ (mam na seminarium referowac a to zawsze mnie stresowalo)
gdzie sa, kurwa, zdjecia dud
grudzień 3, 2007 at 12:41 pm
Zdjecia sa na moim notku:) Nie chce mi sie tu nocami przesiadywac w kafejkach..:) Nie zebym jakos czasu nie mial, ale wrzucanie zdjec na wordpress nie jest wcale fajne. A na flickr mozna tylko w 800×600 chyba i zeby sprawnie szlo to musialbym jakiegos ich uploadera zainstalowac, a z tym instalowaniem obcych programow w kafejkach to latwo nie jest (raz na pendrive go wrzucilem i jakos dzialal).
A koncepcja wuja andrzeja wychadzacego z progu bardzo mnie rozbawila:) Moze nawet wiecej niz bardzo.
pozdrawiam:)
grudzień 21, 2007 at 4:38 pm
Z przyjazdu Przewalskiego do Polski raczej nie mamy sie co cieszyc - zglosil sie na ochotnika do walki z powstaniem styczniowym.
grudzień 24, 2007 at 4:13 pm
Hmm…to zmienia troche postac rzeczy:) Ale z drugiej strony… jak to mawiaja czasami: gosc w dom, Bog w dom:)