Teksańską muchą o której śpiewała Nosowska w tym miesiącu był dla mnie Naryn. Będąc w obcym kraju, a czasami Kirgistan jest tak obcy jak Obcy, bardzo łatwo znaleźć natchnienie do rozmyślania i późniejszego opisywania tych rozmyślań, bardzo łatwo walczyć z nudą. Patrzymy na mapę (w przypadku Kirgistanu najlepiej fizyczną), wybieramy miasto, idziemy na dworzec i jedziemy. Już pół godziny przygotowań zapewnia nam niepowtarzalne przeżycia. Naryn wybrałem nie tak znowu przypadkowo. Od jakiegoś czasu wypatrywałem zimy i śniegu, ale one nadejść nie chciały. Postanowiłem więc powypatrywać ich w innym miejscu niż Biszkek. Naryn to miasto liczące 86000 mieszkańców (z tego nie wnioskujemy, w potocznym tego słowa rozumieniu oczywiście, o śnieżnej zimie) a położone na 2030 m.n.p.m. (z tego już możemy wnioskować że będzie okazja do wymrożenia dupy). Autobus odjeżdżał o godzinie 21.00 i według opowieści miał być na miejscu ok. godziny 7.00. Godzina siódma to dobry czas na znalezienie otwartego spożywczaka, kupienie sobie piwka i rozejrzenie się za biurem informacji turystycznej które miało znajdować się w pobliżu dworca. Autobus przyjechał jednak o 04.30 i ta godzina nie jest dobra do niczego. Jest oczywiście dobra do spania, gdy jak na zewnątrz temperatura oscyluje wokół -19 lepiej się po rowach nie rozkładać. Najpierw trochę o podróży. Jako że autobus był nocny, to przez szyby widziałem tylko noc. Mało ciekawe. Za to wnętrze było dość interesujące, ponieważ bardzo “kirgiskie”. Przez całą drogę nie usłyszałem ani słowa po rosyjsku. Naryn jest podobno stolicą kirgiskości i to było widać. Część pasażerów przyodziała się w tradycyjne elementy stroju ludowego, część podśpiewywała sobie zapewne też tradycyjne ludowe melodie, a część tradycyjnie się najebawszy spała i śmierdziała. Ci ostatni byli przyczyną mini bójki z kierowcą zapasowym i aktualnym, na szczęście kierowcy żadnych obrażeń nie odnieśli i po krótkim postoju mogliśmy kontynuować jazdę. O ile w bójce nie uczestniczą pasażerowie atakujący z siedzeń, a cała akcja rozgrywa się w przejściu, to starcie wygląda śmiesznie. Śmieszność tą powoduje konstrukcja autobusu: przejście jest wąskie i umożliwia tylko solówkę. Możemy oczywiście od czasu do czasu przywalić kumplowi przed nami w potylicę, ale to wprowadzałoby zbędny chaos. Tak więc kierowca zapasowy tłucze się z jakimś pijakiem a za nimi z obu stron wsparcie, które nie za bardzo wie co robić. Jak już jednak mówiłem, krew się nie polała, a jako że całe zdarzenie pobudziło trochę kierowców, to przynajmniej nie zasnęli za kółkiem. Poza lokalnym folklorem jazdę umilały kirgiskie teledyski, które stylistyką, i chyba tematyką również, przypominają złote lata disco polo.

Niedziela. Na dworcu autobus znalazł się o godzinie 4.30. Jako jedyny wysiadałem w Naryniu, reszta jechała do At Bashy. Dworzec zamknięty, miasto ciemne jak murzyńska dupa. Na zewnątrz wspomniane -19. Wysiadłem, stanąłem na chodniku, i jakby mózg mi zamroziło. Na pytanie “co robić?” sensownej odpowiedzi ni jak znaleźć nie mogłem, więc co by nie zamarznąć rozpocząłem marsz. Za daleko nie zaszedłem gdyż przed dworcem zaczepiła mnie dwójka młodych Kirgizów. Stali sobie i próbowali nie zamarznąć. Jakoś mnie to zaciekawiło więc postanowiłem trochę z nimi porozmawiać, i zapytałem o powód ich marznięcia. Powód był taki, że od 1.5h czekają na kolegę który miał przyjechać autobusem z Biszkeku. O ile mi wiadomo, to ten którym ja przyjechałem był ostatni, więc wydało mi się że ściemniają, i najzwyczajniej w świecie chcą mnie sklepać - od tego momentu całe spotkanie przebiegało w atmosferze oczekiwania na “dawaj kasę” lub “dawaj komórkę”. Na szczęście “dawaj dupy” się nie spodziewałem. W grande finale naszego spotkania jednak mnie nie sklepali tylko życzyli miłego pobytu i odeszli z wyczekiwanym kolegą w mrok. Kolega był kierowcą autobusu wracającego z At Bashy. Zanim odeszli troszkę jednak sobie pokonwersowaliśmy. Pokonwersowaliśmy sobie z problemami, gdyż ich rosyjski był słaby; może nie tak jak mój, ale jednak. Rozpoczęło się od standardowych pytań o moją narodowość, co robię w Kirgistanie, co robię w Naryniu, i takich tam. Tych “takich tam” nie było za wiele i tak w 5 minucie rozmowy padło “a ty jakiego wyznania jesteś?”. To pytanie potrafi zmrozić człowieka bardziej niż pieprzone -19. Nie wiem dlaczego; może przez zachodnie media pokazujące tylko islamskich ekstremistów wysadzających się w autobusach i kamienujących niewiernych, może przez filmy o naszej rodzimej europejskiej Inkwizycji… Wierni każdej organizacji religijnej przerażają swoją nieprzewidywalnością i często brakiem zdrowego rozsądku. Nie pamiętam czy tego porównania już używałem; dla mnie efekt “a ty jakiego wyznania jesteś?” zadawanego o piątej rano na opuszczonym dworcu w Centralnej Azji można porównać tylko do “a ty komu kibicujesz, ŁKSowi czy Widzewowi?” zadawanego w Łodzi. Podobnie możemy się poczuć w dowolnym mieście, gdy jesteśmy wypytywani o nasze zainteresowania sportowe. Nie za bardzo wiedząc co robić, odpowiedziałem że jestem chrześcijaninem. I tutaj ich riposta była również w stylu hoolsów, a mianowicie zaczęli pytać się o szczegóły. Czy jestem prawosławny, czy jakiś inny taki. Powiedziałem, że jakiś inny taki, katolik. Odpowiedź była dobra. Pochwalili się, że chrześcijanie mają z muzułmanami wielu wspólnych proroków, wiele zasad moralnych jest podobnych, łączy nas wspólna historia. To był koniec komplementów. Teraz przyszło mi odpierać zarzuty, których odpierać nie chciałem, i być może wyszedłem na gotowego do nawrócenia na Islam. Powiedzieli, że w Koranie Jezus jest uznawany za jednego z proroków, i to całkiem ważnych, i dlaczego my z niego Boga zrobiliśmy, jak to tylko człowiek był - jadł i spacerował sobie po pustyni jak każdy z nas. A poza tym to jesteśmy sprzeczni, bo wierzymy że Bóg jest tylko jeden, a potem mówimy że jest ich dwóch. Już nie chciałem wspominać że jeszcze mamy nijakiego Ducha Świętego. Trzeba by było chyba maturę z religii zdawać, żeby na to sensownie odpowiedzieć. Wykręciłem się, że to taka tradycja, i skąd się to wzięło już nikt za bardzo nie pamięta… prawdę powiedziawszy to taka tradycja jest dobra na imię dla dziewczynki, a podejście muzułmanów do Jezusa wydaje się bardziej sensowne. Gdyby o tej 5.00 i -19 stopniach zaproponowali mi herbatę za przejście na Islam, to bym się trochę zastanawiał. Sercem po stronie żadnej religii bym się nie opowiedział, lecz to nasze traktowanie Jezusa jako Boga wydaje się trochę urągać zdrowemu rozsądkowi. Krótko mówiąc zrobiliśmy Boga z hipisa który pracował, spał, jadł, nawet odlewał się i stawiał klocki jak każdy inny. (edit) O ile mnie pamięć nie myli, to nasze podejście do boskości Jezusa zostało ukształtowane przez Pawła, który to Jego chyba nawet nie spotkał. Reszta apostołów chyba była na tyle rozsądna, żeby nie widzieć zbyt wiele boskości w osobie z którą tyle razy wypuszczali kreta w jednym kiblu. Myślenie tego typu jest i popularne dziś: pewien kolega próbował nie dopuszczać do siebie myśli, że kobiety, podobnie jak mężczyźni, srają. Miało to uwłaczać ich idealnemu obrazowi. Gdyby tylko w Biblii napisali, że Jezus po rozmnożeniu chleba i ryb, po tym wielkim obżarstwie, poszedł rzeźbić, o ile łatwiej byłoby nam podążać za Nietzschem. O ile łatwiej byłoby nam dostrzec w Jezusie człowieka który zrobił z siebie Boga poprzez praktykowanie życia wewnątrz. Wróćmy do Kirgizów. Na sam koniec rozmowy polecili mi poczytać Biblię, co bym przekonał się, że Jezus był tylko prorokiem, i wierzyć że na koniec będzie tylko jedna religia. Chrześcijanie się opamiętają, wrócą do monoteizmu, i będzie super. Nigdy bym nie przypuszczał, że muzułmanie mogą mieć nas nie za konkurencyjną religię (jak to chyba robimy my z nimi), a za bandę idiotów co zbłądzili i wygadują jakieś brednie, ale w sumie to są z nich tacy “bracia głupsi”. Jak już mówiłem, w niektórych momentach Islam wydaje się bardziej zdroworozsądkowy. Jeśli porównujemy go oczywiście z Chrześcijaństwem. Jeśli jednak jesteśmy rasowymi racjonalistami, to i jedno i drugie leży i kwiczy. Ostrzec jednak bym chciał, że do zbytniego racjonalizmu, ateizmu nie zawsze wypada się przyznawać (przynajmniej tym dwóm Kirgizom). Gdy mówili o jednoczących się pod koniec religiach, to napomknęli też o ateistach. Jako że z początku wahałem się między “chrześcijanin” a “ateista” to zapytałem o szczegóły. Otóż ateistów czeka niewesoły los. Z początku zrozumiałem ich, że ateiści nawrócą się prędzej czy później na jakąś religię z Wielkiej Trójki (tej z Jerozolimy, a nie z Detroit), ale nie. Ateiści zginą. “Zginą?” , “Tak, zginą, wszyscy, oni zasługują na śmierć”. Dobrze że przyznałem się do bycia chrześcijaninem; lepiej być głupim niż martwym.
Po zakończeniu rozmowy udałem się na zwiedzanie miasta. Zwiedzałem co najwyżej trzy, cztery metry przed sobą, gdyż na tyle pozwalała widoczność. Oświetlenie ulic raczej w Naryniu nie funkcjonuje prawidłowo. Z mapy miasta zamieszczonej w LP pamiętałem, że niedaleko znajduje się most przez rzekę Naryn, a następnie jakiś hotel, jakieś pokoje gościnne… Nic z tych rzeczy nie znalazłem. Za to na horyzoncie zaczęła mi się rysować powoli stacja benzynowa. Na stacji zazwyczaj jest bar, jest gdzie posiedzieć i trochę się ogrzać. O ile jest otwarta. Ta nie była. Ale droga do niej zajęła trochę czasu, więc coraz bliżej byłem godziny otwarcia biura informacji turystycznej i znalezienia jakiegoś noclegu - jak się później okazało, biuro CBT (Community Based Tourism) zimą jest nieczynne; czekania do wiosny jest trochę więcej niż do planowanej 8.00. Z zamkniętej stacji benzynowej udałem się do drugiej zimowej fatamorgany z horyzontu. Ta zapowiadała się już trochę ciekawiej, gdyż przed małym budynkiem kręcili się jacyś ludzie. Kilkanaście minut spaceru ulicą prostopadłą do Moskiewskiej i trafiamy do strażnicy jednostki wojskowej. Czterech żołnierzy okazało się bardzo przyjaznych. Trochę u nich przeczekałem, ale nie za długo, gdyż regulamin zabrania. Pogawędziliśmy trochę o wojskach Kirgistanu, o żołdzie w wysokości 3 euro na miesiąc i innych duperelach, po czym jeden zaproponował, że zaprowadzi mnie do pobliskiego hostelu. Hostel fizycznie był dość blisko, tyle tylko że z powodu braku wolnych miejsc, wydał mi się dość odległy. Pożegnałem żołnierza, życzyłem bezpiecznego okresu pozostałego do zakończenia służby, po czym znów udałem się w okolice dworca autobusowego. Po drodze minęły mnie dwa samochody, o godzinie 6.30 miasto zaczynało tętnić życiem. W okolicy dworca spotkałem przechodnia w postaci kobiety. Zagaiłem nieśmiało, czy wie coś może o jakichś noclegach. Powiedziała, że i owszem, że tak, że jej sąsiadka wynajmuje pokoje, ale teraz to czekamy na samochód. Poczekaliśmy chwilkę i nadjechał jakiś dostawczak. Władowaliśmy się do środka. Środek był już zajęty przez czterech Kirgizów, oleje silnikowe, śrubki, nakrętki, opony i inne zapasowe części samochodowe. Jechaliśmy jakieś 15 minut. Stanęliśmy w środku pola, zabraliśmy jakąś kobietę, i wróciliśmy skąd wyruszyliśmy. Zaczynałem już trochę przysypiać, ale na szczęście przy opuszczaniu samochodu przytrzaśnięto mi palce drzwiami, co mnie lekko orzeźwiło. Podjechaliśmy pod cukiernię. Żeby oponom i olejom smutno nie było, dla towarzystwa zaczęto dorzucać im różne ciastka, placki, torty i inne takie. Mnie powiedziano, że nocleg znajduje się w tym budynku. Udałem się więc pod wskazany adres z zakupionym w cukierni piwkiem (herbaty nie mieli). Była godzina siódma. Nikt nie otwierał. Udałem się jeszcze raz do cukierni w celu potwierdzenia adresu. Po potwierdzeniu, udałem się jeszcze raz do owych drzwi. W owe drzwi zastukałem, ale nadal zero odzewu. Pomyślałem: śpią. Zacząłem więc zwiedzać okolicę, jako że jasno już było. Poszedłem obejrzeć meczet, ale że nie wyglądał na ogrzewany, a do tego trzeba by było buty zdjąć, więc sensu w udawaniu się na poranne modły nie dostrzegłem. Dzięki światłości dostrzegłem za to coś innego, tak jak na ulicach, tak i na okolicznych górach śniegu nie było. Żołnierze powiedzieli mi wcześniej, że to już drugi rok jak śnieg niet. W tym roku troszkę poprószyło, a w poprzednim śnieg nie spadł wcale. A jeszcze nie tak dawno śniegu bywało tu mnóstwo; konie szorowały kutasami po białym puchu, a drogi po odrzuceniu śniegu na boki tworzyły tunele tak głębokie, że czasami autobusu nie było widać. Pieprzone globalne ocieplenie. Oczekiwanie pod blokiem na obudzenie się chaziajki umilała mi konwersacja z okolicznymi żulami. Jak to żule zwykli robić, po krótkiej rozmowie przyjęli postawę roszczeniową. Nie było to jakoś wiele, 50 somów przeznaczonych dla lokalnego dilera. W zamian za wkład walutowy oferowali wspólne palenie haszyszu, co by się poznać i pogadać o dawnych czasach. Można powiedzieć że byłoby to interesujące przeżycie, ale w tym momencie bardziej zależało mi na noclegu niż na haszyszu. W okolicach godziny ósmej w końcu otworzyła mi drzwi pewna pani, pokazała mieszkanie obok (pani jest właścicielką trzech mieszkań w tym bloku, a z CBT współpracuje od siedmiu lat), przyniosła elektryczne urządzenie służące do podgrzewania temperatury powietrza, ustaliliśmy cenę na 300 somów i poszedłem spać. Mieszkania w tym bloku cierpią na brak ciepła. Ktoś zapomniał o założeniu kaloryferów. O całej instalacji grzewczej zapomnieli. Instalacja elektryczna jednak występuje, i będąc na skraju swoich możliwości chroni mieszkańców przed zamarznięciem. Po odpoczynku wypiłem herbatę, zjadłem lepioszkę, zamknąłem kwaterę, i udałem się na spacer w góry. Od miejsca noclegu do górek mamy jakiś kilometr. Szlaków nie ma - górki nie są strome, patrzymy więc po prostu miejscami gdzie jest mniej nachylona droga, wybieramy sobie jakiś szczyt, i realizujemy plan. Na żaden szczyt nie wszedłem, gdyż mam już dość nocnych powrotów, tym bardziej przy -20. To co jednak zobaczyłem w pełni mnie zadowoliło. A co zobaczyłem, to opisać trudno, a zdjęcia oddają tylko połowę. Siedzisz sobie na takim wzgórzu, w dole Naryn, przed tobą góry - ty patrzysz na obraz. Nie jak na obraz, a na obraz. Dnia 09.12.07 okolice Narynia tworzyły wrażenie kilometrowego płótna rozciągniętego na kuli. Co było na płótnie, jak już mówiłem, opisy i zdjęcia oddadzą tylko w nikłym procencie. Aż żal człowieka ściska, gdy nie ma zdolności wypowiedzieć tego słowami. Żal też ściska że przyszło mu oglądać to w samotności. Nie bójcie się jednak, jakoś to zniosę. Po drodze spotkałem pastuszków wypatrujących pierwszej gwiazdki na niebie, a tą chwilę wyczekiwania umilających sobie połówką. Porobiliśmy sobie kilka zdjęć, pogadaliśmy o śniegu, o mrozie. Chcieli mnie wódą poczęstować, ale skoro haszyszu odmówiłem, to i za wódkę podziękowałem - górki na trzeźwo oglądać będę i być może dzięki temu uniknę skręcenia kostki. Chodząc po okolicznych wzgórzach warto spojrzeć pod nogi i zwrócić uwagę na to, po czym stąpamy. Czasami ziemia ma konsystencję mąki i gdyby nie mróz, to aż chciało by się na boso po niej pobiegać. Latem jeszcze raz zapewne Naryn odwiedzę, to i okazja do bosych wycieczek będzie. Z takich przyjemności to warto wspomnieć jeszcze o roślinności co nieco. Mimo zimy, nad wzgórzami unosił się lekki ziołowy zapach. Zapewne z ziół porastających wzgórza. Picie piwa latem leżąc w takich mieszankach ziołowych i rozkoszując się widokami musi być fajną sprawą. Marszrutka Biszkek-Naryn kosztuje 250 somów a jedzie się 5-6h. Autobusem prawie osiem. W sam raz na majówkę.

Po krótkiej wycieczce w góry wróciłem wieczorem do kwatery. Pani chaziajka zamieniła się w tym czasie w córkę chaziajki o bardzo sympatycznym wyglądzie. Jako że języka rosyjskiego najlepiej uczyć się przez konwersację, zapowiedziałem swoją wieczorną wizytę na herbatę. Od Eliry, tak jej na imię, wyciągnąłem także informację o najbliższej saunie i cafe. Sauna była nieczynna (może to i dobrze, lokalnych bani Elira nie polecała), ale cafe już tak. Cafe nazywa się Korona, znajduje się w centrum, i jest przeze mnie traktowane od tej pory z szacunkiem. Złote obrusy, złote obicia krzeseł, zasłony koloru złotego - wszystko błyszczące, a z głośników leciało lokalne disco. Z oprawy muzycznej warto zwrócić uwagę na kirgiską przeróbkę dyskotekową znanej i lubianej piosenki “Podmoskiewskie wieczory” - “Biszkekskie wieczory”. Spróbuję poszukać tego hitu na bazarze. Do tej muzyki pląsało kilka par - trochę taki mini dancing w stylu Ciechocinka. Główną atrakcją jest jednak jedzenie - szybko, smacznie, tanio. Za smażony lagman (0.5kg), surówkę, czajnik herbaty, lepioszkę i 100 gram wódki zapłaciłem niecałe trzy euro. Najedzony i szczęśliwy wróciłem na herbatę do Eliry.

Na postać Eliry muszę zwrócić uwagę z kilku powodów. Jest to do tej pory pierwszy materiał na feministkę jaki znalazłem w Kirgistanie. O tradycji porywania dziewczyn w celu zaślubin już wspominałem, więc kto czyta bloga uważnie, wie, że tradycja ta polega na porywaniu dziewczyn w celu zaślubin. Elira jest pierwszą osobą która otwarcie powiedziała, że uważa to za barbarzyństwo, i jest jej przykro, że tak nieludzkie tradycje mogą być traktowane z szacunkiem w jej narodzie, mimo tego, że po zgłoszeniu porwania grozi pięć lat więzienia. Porywającemu oczywiście. Formalnie nikt do zamążpójścia zmusić kobiety nie może, ale sam fakt że ktoś może cię porwać i spróbować się z tobą ożenić jest dość przerażający. Dla kobiety to trauma, lecz i przyjrzeć mężczyźnie się należy. Możemy racjonalnie pomyśleć: jakim idiotą trzeba być, żeby porywać nieznajome babsko i zwalać sobie na głowę całe to pomieszanie z poplątaniem zwane małżeństwem. Otóż odpowiedzi na to pytanie udzieliła mi Elira, a tydzień wcześniej pośrednio i Kamila, żona wspominanego już kiedyś Medera. Medera nie widziałem prawie dwa miesiące. Pewnego razu spotykam jego znajomego na ulicy, który oznajmia że Meder się ożenił. No to dzwonię z gratulacjami. “Meder, wszystkiego dobrego Tobie i Rachat”. Ostatnio widziałem go z Rachat, i coś o ślubie wspominali. Ale tu mała niespodzianka; już nie Rachat, a Kamila. Zaprosił mnie na zapoznanie jego żony, Kamili, i ją poznałem. Dziewczę ładne i dość młode, lat 22. Dla mnie dość młode jak na żonę, dla Kirgizów zostałby jej tylko rok do zamążpójścia. Potem zaczynają się schody. Meder poznał Kamilę szóstego listopada a ślub odbył się pod koniec owego. Lekko mówiąc, cholernie szybko. Coś tam wspomnieli o miłości, a gdy Meder poszedł się odlać, Kamila opowiedziała jak to się poznali, jak na drugi dzień zaprosił ją do restauracji i przyszedł z bukietem 33 czerwonych róż, a po tygodniu nie mogli bez siebie żyć i zaczęli myśleć o ślubie. Może ktoś powinien zbadać wpływ wysokości na produkcję feromonów. Ale miało być o zamążpójściach. Otóż dziewczęta w relacji Kamili wychodzą za mąż przeważnie w przedziale wiekowym 18 do 23, Elira to potwierdziła. Powody jak na razie znam dwa. Oba są męskiego pochodzenia. Dlaczego dziewczyny wychodzą tak wcześnie za mąż, nie słyszałem - innymi słowy wiemy dlaczego mężczyzna się żeni, ale nie wiemy dlaczego kobieta wychodzi za mąż w tak młodym wieku. Pierwszy powód uzyskałem od Kamili, i jest on w pewnym sensie wytłumaczeniem kwestii ryzyka ze strony mężczyzny podejmowanego podczas porwania (nazwanego wcześniej idiotyzmem). Otóż bierzemy sobie osiemnastoletnie dziewczę co by je wychować. Nie szukamy więc partnerki która już odpowiada naszym gustom, lecz bierzemy bardzo młodą kobietę, i później dostosowujemy ją do naszych oczekiwań. Z takim podejściem Linux powinien być powszechniejszy wśród Kirgizów, a tu nawet Firefoxa czy Operę na XP’ku trudno znaleźć. Zdaniem Kamili starsze kobiety są już bardziej samodzielne, mają jakieś wymagania, czegoś tam chcą i proces formowania przebiega z większymi oporami. Dobrze wychowana kobieta przejmuje potem rolę żywiciela rodziny np. handlując na bazarze. Nie jest też tak, że młode dziewczęta wymagań mężczyznom nie stawiają - jak jesteś zupełnie biedny, to sobie nie poporywasz. Drugi powód przedstawiła mi Elira. Otóż dla wielu mężczyzn problemem jest nie tylko to, że mając 24 lata i więcej, zdążyłaś się jakoś usamodzielnić, lecz także to, co do tego dwudziestego czwartego roku życia robiłaś. Co robiłaś i z kim. Przede wszystkim nie mogłaś tego robić z kimś kogo przyszły mąż zna, lub jego przyjaciel zna, a jest zupełnie fajnie jeśli z nikim tego nie robiłaś. Dlatego lepiej dmuchać na zimne, i brać osiemnastki. Do starszych, samotnych kobiet przypisywane jest określenie “optowyje”, a po rosyjsku “optom” znaczy tyle co “hurtem, hurtowo”. Nie ważne więc co w życiu robiłaś, jeśli masz więcej niż 24-25 lat, znaczy, że z niejednego pieca chleb jadłaś, a być może obskoczyłaś nawet wszystkie piekarnie w okolicy. Weź sobie taką za żonę, i wszyscy kirgiscy koledzy zaczynają wyśmiewać cię za plecami. Jeszcze odnośnie porwań: jeśli do takowego dojdzie, i do ślubu dojdzie, to późniejszy rozwód nie jest problemem. Jednak ten rok czy dwa masz w dupie. Zdarzają się także przypadki porwań przez jakiś psychopatów i tym podobne gówna. Chciałbym jeszcze zrobić pewien eksperyment myślowy testujący nasze traktowanie kobiet - wyobraźmy sobie że tradycją są porwania mężczyzn, ale takie na zaślubiny, a nie na wycieczki do wołomińskiego lasu. Kamila z zerowym poruszeniem opowiadała, że jak już dziewczynie worek z głowy zdejmą, to siedzi w pokoju, wokół krąży pełno facetów, a ona się zastanawia który to ma być jej mężem. W porwaniu pomagają zazwyczaj koledzy przyszłego męża, więc osoby raczej młode. Zróbmy teraz małą zamianę miejscami. Siedzi sobie facet, a wokół niego krąży stado młodych Kirgizek. I czy on drży z niepewności? Czy zastanawia się z którą dziewczyną spędzi resztę swojego życia? Moim zdaniem raczej łapie się za krocze i mówi: “kurwa, dawać wszystkie”, jednocześnie obmyślając plan ucieczki. A jaki byłby stosunek Polaków do dziewczyny snującej takie myśli? Niestety chyba nie tak daleki od kirgiskiego. W takim myśleniu mamy chyba do czynienia z resentymentem: nie jest problemem, że dziewczyna ma wielu partnerów, lecz trochę nam żal że wśród nich nie ma nas. Na zakończenie tematu związków damsko-męskich Elira poproszona o wymienienie jakichś pozytywów kirgiskich mężczyzn, nie potrafiła wymienić żadnych. Podczas drogi powrotnej przez przełęcz Dolon miałem okazję przekonać się, że niektórzy z nich są całkiem dobrymi kierowcami.

Poza tematami natury matrymonialnej poruszyliśmy z Elirą także temat języka kirgiskiego. Nie jest to tak ciekawe jak porwania, ale też warto wspomnieć o problemach z jakimi borykają się Kirgizi. Jeden z reporterów telewizyjnych dzwonił podczas programu do różnych instytucji państwowych, i rozmowę rozpoczynał po kirgisku. Gdy zadzwonił na straż pożarną, z prośbą o interwencję, bo dom mu płonie, pani z drugiej strony poprosiła o przejście na rosyjski, bo po kirgisku nie rozumie, po czym odłożyła słuchawkę. Podobną reakcją wykazała się pani w Ministerstwie Edukacji. A my głupi zarzucaliśmy naszemu Prezydentowi, że nie zna obcych języków, zamiast cieszyć się że tak ładnie mamrocze po polsku. Herbata się skończyła, poprawiłem trochę swój rosyjski, dowiedziałem się co nieco o lokalnych tradycjach… i to był koniec dnia. Czas spać, w dniu jutrzejszym powrót do Biszkeku.

O drodze powrotnej będzie krótko, choć sama była długa i opisywać można by wiele. Lecz wrażenia były raczej natury estetycznej, i to na takim poziomie że aby oddać piękno krajobrazów spotykanych na drodze z Narynia do Koczkor, nieźle musiał bym się mięsem narzucać. Z początku wymarzłem trochę na dworcu w oczekiwaniu na zapełnienie się marszrutki, ale za to miałem miejsce obok kierowcy co zapewniało idealne warunki do fotografowania. Gdyby szyba nie była tak popękana, było by lepiej, ale i tak narzekać nie mogę. Naszym pojazdem był wysłużony RAF, bardziej chyba znany jako Karetka ze Szpitala na Peryferiach. Miejsce z przodu charakteryzuje się tym, że pasażer może cieszyć się piętnastocentymetrową strefą zgniotu. Po kilku podróżach z Anią i Kubą, zacząłem zwracać uwagę na argumenty dotyczące bezpieczeństwa, preferowanie autobusów jako bardziej “pancernych” i tego typu rzeczy. RAF miał jednak opony zimowe, co trochę może uspokajać Powiem szczerze, że z początku podróży robiąca na wąskiej drodze boczne poślizgi marszrutka, podczas gdy z przeciwka jedzie sześćdziesięcio tonowa ciężarówka z Chin, dostarczała pewnych emocji. Lecz wraz z nabieraniem wysokości, zmianą krajobrazów na takie które bardziej dupę urywały, człowiek zaczyna myśleć, że jeśli zginąć, to tylko w takiej scenerii. Sam przejazd przez przełęcz Dolon trochę skomplikowany. Ośnieżona droga pod górę, ciężarówka blokująca zakręt, i to od zewnętrznej, tak że między nią urwiskiem samochód przechodził z zapasem, ale inne ciężarówki już na styk. Kierowcę należy pochwalić za fakt, iż zajechał dużo dalej, i to bez łańcuchów, niż inni kierowcy na tym podjeździe. Bez sypania drogi piaskiem i pchania marszrutki jednak się nie obyło. Była to jednak okazja do odlania się i porobienia kilku zdjęć, więc nie ma tego dobrego… Poza naszym sposobem z piaskiem, zaobserwowałem jeszcze inny, już mi znany. Otóż pod górkę pewnemu Audi podjechać się nie udało. Łańcuchów brak, a piachu sypać się nie chce. Stosujemy więc inny sposób na zwiększenie przyczepności. Dociążamy oś napędową sadzając dwóch Kirgizów na masce. I tak miałem okazję obserwować driftujące z prędkością 50 km/h Audi z rozbawionymi chłopakami w roli pogromców grawitacji. Po przejechaniu przełęczy, droga z punktu widzenia kierowcy przestała dostarczać emocji. Pozostały tylko krajobrazy. Marszrutka w porównaniu z autobusem ma tę przewagę, że omija Balykchy skrótem, i przez czas jakiś mamy jeszcze okazję popatrzeć na górki. Skrót ten zaczyna się znakiem zakazu wjazdu dla autobusów i minibusów, ale nikt tego chyba nie respektuje. Być może Allah bardziej sprzyja pasażerom komunikacji zbiorowej na drogach zamkniętych dla tego typu ruchu. Poza tym, o ile przejazd nie kończy się skokiem do rzeki, warto dla widoczków przejechać się tą drogą. Dalsza droga do Biszkeku, jako że wielokrotnie przemierzana, nie przyniosła żadnych nowości wartych opisania. Następna podróż to wyprawa do niejakiej Polski. Jej przedstawiać Wam chyba nie trzeba. Koniec

Napisz odpowiedź