Uwaga! Jeśli potrzebne są wam informacje o wszystkim tym, co leży między Warszawą a Biszkekiem, co was może spotakć po drodze, na tym blogu ich nie znajdziecie.

Droga do odbyła się w bardzo przyjemnej atmosferze socjalnej, i nie aż tak sympatycznej jeśli chodzi o warunki klimatyczne. Trasa nie jest specjalnie skomplikowana: Bydgoszcz-Terespol, Terespol-Brześć, Brześć-Moskwa, Moskwa-Biszkek. Do wagonu PKP wsiadłem w sobotę rano, z wagonu kirgiskiego przewoźnika wytoczyłem się w czwartek rano. Podróż przez Polskę zafundowałem sobie w pierwszej klasie (pusto, można spać), byłe republiki radzieckie przeleżałem w plackartach. Koszt biletów określić mogę na ok 650zł, dodając do tego wizy, otrzymujemy kwotę 830zł. O ile nie znajdę wartej przemierzenia kolejowej trasy powrotnej, do Polski wrócę samolotem. Podobne pieniążki. O drodze do Moskwy nie ma się co rozpisywać od strony formalnej. Spotkalem jednak w pociagu bardzo sympatyczna wycieczke z Wroclawia zmiezajaca do Chin. Ci mlodzi i pragnacy wrazen ludzie zrezygnowali z oferty biur podrozy i wybrali turystyke niezorganizowana. Brawa dla nich za to. Mam nadzieje ze forma ta na stale zagosci w ich wakacyjnych planach.

Po wszelakie informacje dotyczące podróżowania po Wschodzie odsyłam do dwóch serwisów: www.travelbit.pl oraz www.rosjapl.info, bardzo sympatyczne społeczności, bogate archiwum. Nic ponad informacje tam zawarte przydatne nie będzie. Reszta pozostaje do zbadania na miejscu.

Moskwa. Tu korzystałem z przewodnika wydanego przez Bezdroża (Moskwa - Kreml, matrioszki i Arbat). Utrzymuje on poziom innych pozycji tego wydawnictwa, znaczy się, jest b.dobry. Czytając go przed wyjazdem, niejako ukształtowało się moje wyobrażenie o Moskwie, a opisy jej utkwiły silnie w pamięci. Istnieje więc zagrożenie nieświadomego opisywania stolicy Rosji z użyciem słów Autorek. Podejmę się zatem podtrzymania kilku ich opinii, po resztę zapraszam do owego przewodnika.
Moskwa jest duża, bardzo. Miejsca nazywane przez Autorki uroczymi zakątkami nijak się mają do uroczych zakątków z jakimi spotykałem się wcześniej przez 5 lat w Toruniu. Z perspektywy Moskwy możemy mówić o toruńskich zakamarkach, lub mysich dziurach.
Poza tym nie jest aż tak droga. Całodobowy podziemny markecik tuż przy wejściu do Sadu Aleksandrowskiego reprezentuje sobą ceny dość polskie. Wynajem lokum może być inną sprawą, lecz przy jednodniowym pobycie z funduszami na Polskę, z głodu tam nie zginiemy. Podobnie wstęp na Kreml nie poraża (300 rubli, z ISIC 70 rubli) - poza długością kolejki do kasy, sobór Pokrowski to 100 rubli. W przeliczeniu na złotówki dzień zwiedzania Moskwy kosztował mnie ok. 100zł (w tym przechowalnie bagażu, prysznic na dworcu, 75 rubli za 5 przejazdów metrem). Poniżej tej kwoty nie jest chyba łatwo zejść. W restauracjach co prawda nie jadałem, lecz jeśli ktoś lubi zwiedzać z żołądkiem wypchanym dowolną zawartością (kartoszki i inne takie), jego portfel zagrożenia nie odczuje.
Po wyjeździe z tego miasta odczuwa się silną chęć powrotu; miejsca raz już widziane nie nudzą się, a tych przeze mnie nie zobaczonych jest taka ilość, że bedę musiał wygospodarować kiedyś pieniążki na tygodniowy pobyt w Moskwie.

Pociąg numer 018 odjeżdżał kwadrans po dwudziestej trzeciej z Dworca Kazańskiego. Na peronie radzę zjawić się kwadrans wcześniej. Bilet miałem na wagon oznaczony numerem jeden, co oznaczało przedzieranie się tłum Kazachów oraz Kirgizów wracających z pracy w Moswkie. Jako że poza pieniędzmi wiozą ze sobą chyba cały swój dobytek a każdego z nich żegna po kilka osób, przedostać się przez wąski peron na długość 15 wagonów łatwo nie jest. Polecam więc te minimum 15 minut na przedzieranie się. Poza tym różnica między wysokością nad poziomem morza peronu i torowiska sięga 1.5m, więc przy tej całej grupie Azjatów biegających po peronie, wolna przestrzeń przy krawędzi nie wydaje się być bezpieczną trasą.

Wagon numer jeden okazał się być w dobrym stanie technicznym, może nie aż tak jak wyremontowany białoruski z elektronicznymi wyświetlaczami na kończach wagonu informujących o temperaturze, godzinie, oraz zajętości lub nie toalety. Przede wszystkim okna się otwierały - górna część była uchylna.
Skład poza tym posiadał wagon restauracyjny, lecz te kilka 20 minutowych przystanków na dobę wystarczało na zaopatrzenie się w żywność. Poza tym obsługa owego wagonu co jakiś czas wędrowała z zimną wodą mineralną i tak samo zimnym piwem. W Kazachstanie babuszki już same wsiadały z ‘mantami’ (chyba tak się to nazywa, a są to pierogi z mięsem, 6 rubli za sztukę) i jechały aż do następnej stacji. Na całej trasie można płacić rublami.
Pamiętam moją radość gdy Basia zakupiła mi bilet na wagon numer jeden. Cieszyłem się że będę jechał w wagonie tuż za ciuchcią. Wypada w takich sytuacjach sprawdzić jednak, czy aby przypadkiem linia kolejowa nie jest zelektryfikowana. A i gdy nawet jest, zawsze może trafić się wam lokomotywa spalinowa. Mamy wtedy do wyboru: zamknąć okno i ugotować się, lub okno otworzyć i mieć trudne do opisania wrażenie kilkugodzinnego biegu za Ikarusem. Na szczęście trasa wędrówki spalin z ciuchci zmieniała się zależnie od pogody i pory dnia, więc nie zawsze było źle.

Jest to moja pierwsza podróż do Azji, a Kirgistan wyobrażałem sobie jako taki bardziej górzysty Kazachstan. Wjazd do północnego Kazachstanu był dla mnie lekkim szokiem. Syf w miastach porównywalny jest do cygańskich slumsów (oczywiście mówie tu o tym, co widzimy z okien pociągu). Idea śmietniska/śmietnika jest tam dość specyficzna, nie rośnie ono w górę, tylko sympatycznie rozlewa się po całej okolicy. Poza tym architektura miasta dla kogoś przyzwyczajonego do jakiegokolwiek stylu architektonicznego i muszącego tam zostać przez jakiś czas, może doprowadzić go do przelotnej myśli o samobójstwie. Socreal w najgorszym wydaniu. Na szczęście czym dalej na południe tym lepiej. Aż docieramy do Biszkeku w którym jest już bardzo sympatycznie:)

Współtowarzysze podróży w przedziale to sympatyczna para staruszków handlująca w Moskwie. Niestety po rosyjsku mówili gorzej niż ja, więc za wiele sobie nie porozmawialiśmy. Byli tam także i inni handlarze, z którymi wymieniałem już jakieś poglądy. Obywatelom byłych republik jest w Moskwie ciężko, policja ich ściga, narodowcy ich ścigają, a niezależnie od wykonywanej pracy zarobić więcej niż 500$ na miesiąc jest niemożliwe. Taka maksymalna stawka dla Azjatów. Poza tym, ubolewali nad poziomem znajomości języka rosyjskiego przez dzieci z prowincji Kirgistanu. Edukacja przeżywa podobno pewien kryzys, a i nie wiem czy rosyjski został zastąpiony innym językiem o tak szerokiej obecności w tej części świata. Czy faktycznie jest tak źle, przekonam się gdy wyruszę poza Biszkek.
Towarzyszyła mi także siódemka zawodników klubu sportowego z nieznanego mi kirgiskiego miasta wracających z zawodów w Orenburgu. Wywalczyli tam drużynowo drugie miejsce w sambo. Nie wiem co to jest. W każdym razie umiejętności walki wręcz odmówić im nie mogę. Ich trenerowi (instruktor w szkole policyjnej w Biszkeku) spodobały się glany. Zapytał o rozmiar jaki noszę, i radośnie odkrył że on też obuwie w takim rozmiarze kupuje, jeszcze radośniej opowiedział mi o tradycji przywożenia podarków do Kirgistanu przez przybyszy z ogólnie pojętego daleka. Moje buty takowym podarkiem się nie stały jednak, choć na noc babuszka z przedziału profilaktycznie schowała je pod stolik. Gdyby nie okazało się to żartem, za długo nie opierałbym się chyba przed obdarowaniem starymi butami wicemistrzów sambo:)
Chyba temperatura nie skłaniała, bo wódka jakoś nie gościła na wagonowych stolikach, a i piwo nie lało się strumieniami. Czasami ma się błędne wyobrażenia o dalekobieżnych pociągach na wschód od Moskwy:)
Z pogranicznikami problemów nie było. Jedynie kirgiska straż graniczna będzie kazała wam wysiąść z pociągu i udać się do ichniejszego posterunku przy peronie celem wprowadzenia waszych danych w komputer.

Potem dwie godzinki i jesteśmy w Biszkeku. Peron jeszcze bardziej przepełniony niż w Moskwie. Za taksówkę z dworca do Uniwersytetu zapłaciłem 200 rubli, jeszcze nie wiem czy to norma:)
To tyle o podróży.

Napisz odpowiedź