Эоловые замки, czyli dust in the wind

Dnia 27.04.2008 wybrałem się na krajoznawczą wycieczkę do sympatycznych kanionów wiatrem rzeźbionych które znajdują się 140km od Biszkeku, na drodze nad Issyk-Kul. Aby się tam dostać, musimy skorzystać z dowolnej marszrtuki jadącej na wschód. Kaniony znajdują się naprzeciwko kilku zajazdów, w których zawsze zatrzymują się kierowcy busików na kilkunastominutową przerwę. Oczywiście owe kilkanaście minut nie pozwoli nam na zwiedzenie kanionów, lecz na pożegnanie się z kierowcą już wystarczająco czasu będzie. Możemy również poprosić o wysadzenie nas przy małej wiosce kilka kilometrów dalej, w której to przekraczamy rzekę Czu. Jednak w owej osadzie nie zauważyłem sklepów i im podobnych punktów handlu, więc może lepiej byłoby zostać trochę dłużej w zajeździe, najeść się, dokupić potrzebne rzeczy…Z drogą powrotną może być trochę trudniej, gdyż marszrutki zawsze mają komplet pasażerów, lecz na wbicie się do autobusu jest już spora szansa. Jak mówiłem, miejsce to jest popularnym postojem, i zazwyczaj spotyka się tam po kilka busików, i jeden lub dwa autobusy wypoczywające jednocześnie. Nie widzę problemu aby opierając się na transporcie publicznym, i startując z Bishkeku przed 7.00, zrobić z kanionów jednodniową wycieczkę i wrócić do miasta w okolicach 21.00. Moja osoba poszła na łatwiznę i za 250 somów wyjechałem z Trekking Union. Autobus był klimatyzowany, pogoda świetna, a Michail Michailowicz opowiadał o mijanych przez dzielną wycieczkę atrakcjach Kirgistanu jak cukrownia, fabryka cegieł, czy najwyżej położonej linii kolejowej w ZSRR, kończącej się w Balykchy, zbudowanej w 1942 roku rękoma kirgiskich niewiast które za dobrą radą wuja Stalina wysłały swoich mężczyzn do pracy na Zachód.

Było warto jednak trochę się sprzedać turystyce zorganizowanej, gdyż w ostatnią niedzielę kwietnia uczestniczyłem po raz trzeci w Zmartwychwstaniu Pańskim. Trochę jak w „Dniu Świstaka” się poczułem – siadasz do śniadania, a tu znów kraszanki, szyneczka, baby wielkanocne. W naszych czasach Ziemia jakby trochę szybciej się kręciła, zapewne więc i do trzech zmartwychwstań na miesiąc przyjdzie się przyzwyczaić. A od chrześcijaństwa łatwo uciec nie jest. Rozprzestrzeniło się na całym globie, więc w szufladce „przestrzeń” nie znajdziemy dobrej kryjówki. Różne kalendarze, różne odłamy i modyfikacje, więc w szufladce „czas” też panuje spory tłok. Nad chrześcijaństwem niczym nad Imperium Brytyjskim Słońce nigdy nie zachodzi. Tak więc przy okazji wizyty w Zamkach Eola znów cieszyłem się z Nowego Życia. Bardziej jednak była to radość z czyjegoś szczęścia, gdyż we mnie życia za wiele nie było tego poranka. Semestr zbliża się ku końcowi i zaczynają się odloty Chińczyków na wschód. Dzień przed powitaniem Chrystusa bardzo sympatycznie pożegnałem Ma Pin. Przez ten socjalny fakt miałem w niedzielny poranek pewne problemy z przyjmowaniem pokarmów, nawet tych poświęconych. Towarzysze wyjazdu perswazją słowną skłonili mnie abym przyłączył się do posiłku. Z bogatego menu wybrałem chleb, herbatę, boczek, jajko, ogórka i rzodkiewkę. Żołądek zaakceptował Dary Pana. Po śniadaniu ruszyliśmy w kaniony. Obsługa ich nie jest trudna. Idziemy wzdłuż ściany i wchodzimy sobie to do jednego, to do drugiego…dojście do końca kanionu zajmuje zazwyczaj maksimum pół godziny. Podczas tej wycieczki radzę uważać na dwie rzeczy: aby zabrać wodę ze sobą, oraz nie nadepnąć na węże. Nie ma ich jakoś specjalnie dużo, ale jednego spotkaliśmy, i jak głosi ludowa mądrość, lepiej ich nie zaczepiać.

Zauważyć można było jeszcze jeden biblijny element podczas tej wycieczki. Wyprawy zorganizowane mają to do siebie, że liczba uczestników jest zazwyczaj spora. Było nas prawie 60 osób, do tego słoneczny żar, piasek w powietrzu, brak wody pitnej, wyschnięta roślinność i wszyscy kierujący się rozkazami Michaila Michailowicza. Wyglądało to trochę jak wyjście z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Bywa czasami tak, że trudno być indywidualnym turystą i do jakiegoś tłumu trzeba się przyłączyć, choćby ze względów bezpieczeństwa.

Nie czuję się na siłach, aby oddać słowem pisanym urok wypełnionych słońcem i wiatrem tworów skalnych, więc znów idąc na łatwiznę, oddaję do użytku małą galerię.

Napisz odpowiedź