Alpiniada jest świętem wszelkiej maści miłośników gór, organizowanym od ponad 50 lat w okresie majowych świąt. A świąt majowych nie brakuje. Zaczynamy od Dnia Pracy, następnie 5 maja mamy Dzień Konstytucji Kirgistanu a 9 maja obchodzimy rocznicę zakończenia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Jednym słowem mnóstwo wolnego czasu dla wielbicieli tworów geologicznych. Zarówno dla tych którzy biorą ze sobą plecaki pełne śpiworów, lin, czekanów i im podobnego wyposażenia służącego do ambitnego zwiedzania dzieł Matki Natury, jak i tych którzy biorą ze sobą torby pełne kiełbasy, ziemniaków, wódki, piwa i im podobnego wyposażenia służącego do ambitnego najebania się na majówce. Drugiej grupy za samo przyniesienie w dolinę tych dobroci krytykować nie będę, gdyż większa część mnie ku niej przynależy. Prawdą jest że lepiej wychodzi mi chlanie niż wspinanie się. Wadą mniej aktywnych majówkowiczów nie jest fakt przynoszenia ze sobą przyborów piknikowych, lecz pozostawianie sporej części ich w postaci śmieci. Był to dopiero początek sezonu, a plastikowych butelek, opakowań po batonikach itp. długo szukać nie trzeba było. Taki alpinista jest chyba porządniejszy. W najgorszym wypadku przy nieudanym zdobywaniu szczytu zostawi swoją zamrożoną dupę gdzieś w lodowcu.
Pierwszego maja odbywa się tradycyjne wejście na Komsomolca. Szczyt ten liczy sobie 4140m n.p.m. Wejście na niego rozpoczyna Alpiniadę, będąc jednocześnie rozgrzewką i aklimatyzacją. Następnie alpiniści udają się do okolicznych dolinek realizować ambitniejsze cele. Transport i wskazywanie drogi znów zapewniał Krzysztof. Ekspedycję uzupełniali Kuba, Denis, i Aleksander. Przy bazie turystycznej Ala-Archa znaleźliśmy się o po godzinie ósmej. Wymarsz rozpoczęty został o 8.30. Nie był to dobry dzień na zdobywanie jakichkolwiek szczytów pionowych. Dzień wcześniej było pożegnanie Ma Pin, i moja głowa bardziej skora była skierować się na szczyt łóżka niż jakiejś góry.
Dróg dojścia na Komsomolca jest kilka. Ja poznałem dwie. Mamy do wyboru trasę mniej uczęszczaną, lecz prostą, i bardziej uczęszczaną, i jeszcze prostszą. O skali prostoty za chwilę. Pierwsza ścieżka zaczyna się około 100 metrów przed bramą alplagiera. Komsomolec znajduje się po stronie wschodniej doliny rzeki Ala-Archa. Wchodzimy na ścieżkę zaczynającą się tuż przy przydrożnym źródełku. Jest to kawał betonu z dwoma kranikami, a nie uroczy zagajnik z lśniącą w słonecznych promieniach krystalicznie czystą wodą, i Bambi żrącym trawę w tle. Wody napić się jednak można, a i drogę źródełko pokaże. Następnie idziemy po łące w górę w kierunku dobrze widocznego grzbietu. Sposób dostania się na grzbiet, dowolny. Polecam jednak drogę w górę. Idąc w dół, możemy znów trafić do źródełka. Następnie idziemy grzbietem, idziemy, i idziemy, i idziemy. Skały staramy się mijać z lewej strony. Po pewnym czasie dochodzimy do Przełęczy Fioletowej (jest brązowo-żółta), położonej na 3760m n.p.m. W tym momencie spotykamy drugą ścieżkę.
Druga śnieżka na Komsomolca zaczyna się kilkanaście metrów za bramą alplagiera. Mamy brązowy znak wskazujący na dolinę Ak-Say. Skręcamy w lewo. Idziemy lasem po wyraźnej ścieżce, mijamy dwa wielkie głazy, które po ogrzaniu przez Słońce idealnie nadają się na legowisko. Następnie pół godziny po płaskim terenie – łączką, w dole rzeczka i krzaki. Trzymamy się ścieżki i rozpoczynamy podchodzenie południową stroną zboczy. Tutaj mamy kilkaset wariantów. Po prostu większość robi podejście do Przełęczy Fioletowej idąc za głosem serca. Zaletą jest to, że zawsze na jakąś ścieżkę trafimy, a wszystkie do Fioletowej poprowadzą. Gdy już do niej dojdziemy, spotykamy pierwszą ścieżkę. Przy dobrej pogodzie widoczna jest już prosta droga na Komsomolca. Idziemy grzbietem, skręcamy na lewo, i voila, Komsomolec. Przy złej pogodzie ścieżka też jest widoczna. Problem ze znalezieniem drogi mogą mieć jedynie niewidomi. Leżąc na Fioletowej i leniwie patrząc na wschód po lewej stronie widzimy Pioniera (4050m n.p.m.), a po prawej Pawlika Morozowa (4200m n.p.m.). Komsomolca zasłania nam jakaś kupa kamieni.
Niestety dojść do Komsomolca się nie udało. Nie potrzeba tam raków, lin i całego tego żelastwa. Zamiast tego możemy wziąć szyneczkę, chleb, ugotować sobie jajek i iść na piknik powyżej czterech kilometrów nad poziomem morza. Droga technicznie jest banalna. Idziemy na czterokilometrową Gubałówkę. Dlaczego jednak dojść się nie udało? Bo jest to pieprzona czterokilometrowa Gubałówka. Zaczynamy podejście na 2000m n.p.m., przechodzimy prawie 17km i pokonujemy 2km w pionie. Wymaga to wczesnego wyjścia ku nowej przygodzie. My (Kuba, Krzysztof i ja) doszliśmy do Fioletowej w czasie sześć i pół godziny. Do szczytu zostało jeszcze około trzech godzin. Najlepsi robią Komsomolca w trochę ponad trzy godziny. Podobno biegną. Aleksander i Denis do Komsomolca doszli. Już w drodze powrotnej Aleksander pochwalił się, że w czasie tego wejścia zrobił tylko jeden odpoczynek dwudziestominutowy. Chyba tyle zajęło mi robienie zdjęć. A gdzie tu jeszcze objadanie się ciasteczkami z nadzieniem malinowym? Gdzie leżenie i patrzenie jak płynące pod nogami obłoki rozbijają się o grzbiety gór Ala-Too? Lecz Aleksander w tym roku wybiera się na Pik Lenina – chyba nie moja szufladka. Jednym słowem szybki był. Na czasach przejścia jakiegoś szlaku podawanych przez napotkane osoby wielokrotnie się przejechałem. Nie będąc dla siebie zbyt surowym, powiedzieć muszę, że problem leży w spotykanych osobach. Jest to problem podobny do tego, gdy pytamy się przydrożnego Kirgiza o to, ile czasu zajmie nam droga do danej osady. Po uzyskaniu odpowiedzi lepiej dopytać się czy mówi o marszu czy jeździe konnej. W turystyce górskiej podobną zasadą trzeba się posiłkować. Otóż przeciętni turyści docierają najwyżej do alplagiera, wyrębują chroniony las, jedzą baraninę i chleją wódę. Od nich niczego się nie dowiemy. Pozostali są alpinistami. Tutaj już możemy jakąś ciekawą informację o długości trasy zdobyć. Gdy już ją mamy, najlepiej pomnożyć ją przez trzy. Jak bowiem odnieść się do czasu przejścia podanego przez przewodnika górskiego z kilkunastoletnim doświadczeniem, który może nas poprowadzić na Khan Tengri lub Pik Lenina? Poza kontaktami głosowymi z ludźmi, problemem są kontakty wzrokowe z górami. Przyzwyczajenie do Tatr bywa zgubne. Tutaj wszystko jest ciut większe i może zdarzyć się tak, że źle ocenimy odległość. Poza problemami z czasem i przestrzenią w drodze na Komsomolca możemy mieć problemy z wodą. W 1/3 trasy jest możliwość zejścia do strumienia, poza tym susza, a latem Słońce może nas zabić. Lepiej wziąć ze trzy litry (byłem na kacu i tyle starczyło). Wróciliśmy wieczorem. Jak wycieczka podobała się grupie, nie wiem. Dla niektórych dojście do końca jest priorytetem i bywa tak, że odczuwają dyskomfort bez szczytowania. Jeśli zaś o mnie chodzi, mogę nie dojść do szczytu, a zamiast tego dłużej poleżeć pod i jakimś ciasteczkiem się podelektować. Również supersympatycznie. Pogoda z początku była lekko pochmurna z małymi słonecznymi przerwami podczas których obowiązkowo robiło się sesję zdjęciową rozebranych z chmur szczytów. Po godzinie dwunastej wyszliśmy ponad chmury, i było…musiałbym zajrzeć do jakiegoś mądrego słownika żeby móc to opisać ładnie, lub brzydko mówiąc bez pomocy słownika, mogę powiedzieć, że było zajebiście. Zdjęcia dołączyłem dla potwierdzenia. Na Komsomolca jeszcze wrócę. Tym razem wiem, że rozsądnie jest liczyć 8-9h w górę, i 5-6h na zejście. Piknikowe tempo.
Następną część Alpiniady też rozpocząłem kacem, tym razem lżejszą wersją. W sobotę i niedzielę wybraliśmy się z Krzysztofem, Kubą, Maćkiem i Szczepanem (dwaj ostatni wizytowali przez tydzień Kirgistan) na oglądanie lodowca Ak-Say i wejście na Uchitiela, górkę o wysokości 4527m n.p.m. Lodowiec zobaczyli wszyscy, następnie grupa się rozdzieliła i obrała przeciwne kierunki – dalej w góry, dalej w miasto. Na Uchitiela nie udało się wejść tylko Krzysztofowi i mnie. Jak widzicie, jest to jeszcze wyższa Gubałówka. Tyle że część trasy to prawdziwy masochizm. Na Uchitiela wyruszamy wspomnianą ścieżką numer dwa zza bramy alplagiera. Mijamy wielkie kamory, idziemy jeszcze troszkę, i na polanie skręcamy w prawo kierując się w dół, w stronę strumienia. Ścieżka jest dobrze widoczna, i przez jakiś czas idzie równolegle do tej na Komsomolca, więc w razie przeoczenia skrzyżowania możemy łatwo się na nią sturlać. Idziemy, idziemy, dochodzimy do strumyczka, przekraczamy go, idziemy, idziemy, dochodzimy do małego lasku, po śmieciach walających się wszędzie zdajemy sobie sprawę, że czas na posiłek, jemy, i idziemy dalej. Cały czas po ścieżce. Po pewnym czasie wchodzimy na teren Moreny. Morena jest złym latynoskim gangsta, i na jego terytorium łatwo o krzywdę. Mnóstwo pieprzonego żwiru na którym łatwo się wywalić. Tragedii jednak nie ma. Po pięciu godzinach dochodzimy do bazy Racek. Racek był Czechem-botanikiem który zbudował w tym miejscu małe schronisko, a trochę niżej, w Biszkeku, założył bardzo sympatyczny park przy ulicy Młodej Gwardii. Obecnie park zapuszczony, śmieci mnóstwo, samowole budowlane w jego centrum. Jednak odwiedzić warto. Zdecydowanie lepiej ma się dzieło Racka położone z dala od ludzi. Schron i jego otoczenie wyglądają bardzo sympatycznie. Miejsca na kilkadziesiąt namiotów, kilka wydzielonych kamieniami, ochraniających jednocześnie od wiatru, miejsc do gotowania i spożywania posiłków. Miłe miejsce. W Racku rozstaliśmy się z Kubą, Maćkiem i Szczepanem, którym spieszno na lotnisko było. Krzysztof i ja podjęliśmy próbę wejścia na górkę. Nauczeni nieudanym wejściem na Komsomolca postanowiliśmy tego dnia podejść jeszcze wyżej, co by na drugi dzień zostało więcej czasu na włażenie. W Racku posiłek, uzupełnienie wody, i do góry. Nie wiem ja latem wygląda tam sytuacja z wodą, lecz możliwe, że do lodowca trzeba się fatygować. Na początku maja w strumyczku było jej bardzo mało. Najlepsze miesiące miał już chyba za sobą. Idziemy więc kilkadziesiąt metrów w górę strumyczka, i przy kamieniu z tabliczkami upamiętniającymi alpinistów którzy spotkali śmierć nie z kosą, a z wielkim czekanem, skręcamy w lewo. Ścieżka widoczna. Bardziej piasek niż kamienie. Nawet przyjemnie. Po trzech godzinach rozbiliśmy namiot na grzbiecie, w miejscu dla namiotu. Taki płaski kawałek otoczony kamieniami. Kolacja w postaci zupek chińskich i czekolady. Jako że zaczynało wiać, dołożyliśmy jeszcze jedną warstwę kamieni. Jako że namiot był supermarketowy, prawie tyle samo kamieni zużyliśmy na przyrzucenie chińskiego wynalazku aby wiatr go nie porwał. Mimo dość silnego wiatru rano obudziliśmy się w tym samym miejscu. A wiało całkiem ostro. Dwa śpiwory i tylko z początku trochę za ciepło było. Nie zmarzłem jednak, a to mnie niezmiernie cieszy. Pobudka o 5.30. Namiot w tym samym miejscu był co wieczorem. Śniadanie w postaci płatków owsianych i czekolady. Zbędne rzeczy do namiotu, i w górę. I tutaj zaczyna się masochizm. Pieprzone gołoborza. O ile niżej ścieżka była piaszczysta, o tyle wyżej ścieżki brak, i kamienie. I to nie jakieś tam otoczaki, lecz ostre paskudztwo po którym idziemy, a raczej pełzniemy. Trzy kroki w górę, dwa w dół. Jak nie odcinek z małymi kamyczkami które się usypują i zjeżdżamy, to fragment luźnych kamieni wielkości piłki które lubią się sturlać, a my z nimi. Luźny styl tego grzbietu powoduje dużą dawkę niepewności. Nawet duży, solidny z wyglądu kamień może być złym pretendentem na stopień i osuwając się zrobi nam krzywdę. Przy schodzeniu podobne gówno. Zalecane buty z dobrym usztywnieniem kostki, gdyż istnieje ryzyko skręcenia jej. Od czasu do czasu pojawiają się piramidki z kamieni wskazujące drogę, lecz trudno powiedzieć, żeby była ona dobrana optymalnie. Może grzbiet po zimie się zmienił. Doszliśmy do tak zwanych Uszu, czyli dwie skałki w kształcie uszu, chyba zająca. W tym momencie zaczęło wiać na tyle silnie, i śnieg jakiś taki dokuczający się zrobił, że zdecydowaliśmy się odpuścić atak na najwyższą Gubałówkę Kirgistanu. Dalej droga prowadzi przez jakąś godzinę po podobnych trudnościach, skręcamy w prawo, i łagodnym grzbiecikiem docieramy do Uchitiela. Złażenie po ośnieżonych, a później oblodzonych kamieniach nie zawsze było sympatyczne. Bez kijków cały czas zastanawiałem się o jaki kamień oprzeć rękę podczas upadku aby sobie nadgarstka nie popsuć. Męczące takie schodzenie, a przez to powolne. Do wieczora mnóstwo czasu jednak było, i mogłem pozwolić sobie na ostrożność. Poniżej lasku śnieg zamienił się w deszcz, a oblodzone kamienie godnie zastąpiło błoto. Na błocie nie tak strasznie jest się wywalić, lecz potem pranie, czyszczenie, przebieranie się przed wejściem do samochodu…lepiej było znów żółwim tempem zmierzać ku alplagierowi. Opłaciło się jednak, gdyż w poniedziałek obudziłem się bez zakwasów, i temu podobnych kontuzji zmęczeniowych. Być może więc mógłbym dać z siebie więcej i wejść na tą górkę…tylko po co? Na Uchitielu widoczność kilkanaście metrów, a zdjęć z wnętrza chmury już trochę mam. Poza tym sądzę, że w okolicy takich Gubałówek na miarę naszych możliwości za wiele już nie zostało. Lepiej je oszczędzać na cieplejsze dni, z ładniejszymi widoczkami. Na Uczitiela dałbym więc sobie trzy dni. Wyjeżdzamy, z Biszkeku, z alplagiera idziemy 5h do Racka. Nocka. Idziemy na Uczitiela, wracamy do Racka. Nocka. Wracamy do Biszkeku. Bez zbędnego pośpiechu, z przerwami na herbatę i ciasteczka. Można też w dwa dni, przy trochę większym tempie. Lecz komu spieszyło by się na taras widokowy, zwłaszcza gdy nic nie widać?
Alpiniadę uważam za udaną. Gdy ktoś uznaje brak szczytowania za wadę, wtedy oczywiście może inaczej sądzić. Widziałem nad sobą i pod sobą chmury, góry i lodowce. Czułem zioła na łąkach, palące słońce i zimno, deszcz i śnieg. Zjeżdżałem po kamieniach, śniegu i błocie. Jadłem ciasteczka. Bycie nie-alpinistą też ma swoje uroki.
Ta strona ma następujące podstrony.