Zbliżająca się zimowa pora i towarzyszące owemu zbliżaniu się historie o zasypanych drogach, problemach z dostawami prądu, szalejących po śniegu kirgiskich kierowcach i inne opowieści dziwnej treści skłaniają do podejmowania decyzji o być może ostatnim w tym roku wyjeździe poza miasto. Do wyboru miałem Toktogulski Zbiornik Wodny i cudowną drogę Osz-Bishkek, albo wizytę w Karakol i wybór miejsca docelowego na miejscu. Jako że łatwiej było dojechać do Karakol, gdyż marszrutki do Osz nadal były dla mnie wielką niewiadomą, wybrałem podstawowy punkt wypadowy w Tien-Shan. Decyzja ta była nad wyraz słuszna. Wizyta dzień wcześniej na Dworcu Zachodnim wzbogaciła moją wiedzę o informacje o pierwszych marszrutkach startujących o 6.00. Jako że w góry czym wcześniej tym lepiej, budzik nastawiłem na 5.30, o takiej też godzinie zadzwonił, i ja w ten czas się obudziłem. Niepotrzebnie. Najpierw 45 minut czekania na marszrutkę spod akademika do dworca (myślałem że jeżdżą wcześniej), następnie czekanie do 8.00 na zapełnienie marszrutki do Karakol. Zapomniałem o tym zwyczaju o słusznych podstawach ekonomicznych. Co ciekawe w stronę drugą miasta marszrutek jechało całkiem sporo, i to o interesujących mnie numerach. Przez te 45 minut miałem nadzieję, że któraś jednak już dojechała do pętli i będzie wracać. Nic z tego. Żadna nie wróciła. Pojechałem jednak marszrutką o ciekawych walorach poznawczych, a mianowicie krótszą drogą do dworca. Tak z 20 minut pieszo. Jakoś tak mnie to poddenerwowało. Jednak czekając na transport publiczny miałem okazję zobaczyć poranny wypiek lepioszek, samsów, jakichś małych chlebków i inne piekarnicze czynności. Całkiem sympatycznie. W oczekiwaniu na odjazd Forda Transita poznałem kirgiskiego emerytowanego żołnierza, który stacjonował gdzieś przy granicy z Polską, ale nie pamiętam gdzie. Za to on pamięta że u nas nic nie było. Tzn. niezupełnie nic. Polacy wymieniali magazyny pornograficzne na papierosy rosyjskich soldatów. Chociaż prasa u nas była, a Solidarność miała konkurencję w postaci również podziemnego obrotu materiałami natury erotycznej. Był to początek lat 80. Na rozmowach o zarobkach w Polsce i popijaniu kwasu minął czas oczekiwania na odjazd. Trochę to męczące, za każdym razem chcą wiedzieć ile zarabiasz, ile zarabiają Polacy, jak dostać pracę w EU. O bliźniaków rządzących Polską też zapytali. Pieniądze i mali bliźniacy – to chcą wiedzieć o Polsce, i tyle wiedzą. Jaką mamy stolicę też wiedzą. Pytania na tyle często się powtarzają, że mam już gotowe szablony odpowiedzi na nie. Pewien wyjątek stanowi nauczycielka chińskiego mieszkająca w moim akademiku. Co zaczniemy rozmawiać, zawsze wkręca mi że narodowym językiem Polaków jest rosyjski, i że u nas jeszcze jest komunizm. Tutaj gotowego szablonu odpowiedzi nie mam. Wróćmy jednak do wycieczki w góry. Do Karakol drogi prowadzą dwie; północna i południowa. Od tych stron świata okrążamy jezioro Issyk-Kul. Północą już troszkę jeździłem, wybór padł zatem na część południową. Po drodze oglądamy sady, łąki z owcami, góry są bliżej jeziora niż w jego części północnej, a zatem i jazda przyjemniejsza. Po drodze mijamy nie dokończone kombinaty turystyczne z minionej epoki, oraz będące na ukończeniu nowoczesne pensjonaty. Mijamy zapuszczone wioski i nowoczesne osiedla willowe. Różnorodność.
Karakol. Co do tego miasta mam mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo miłe dla oka malutkie domki sprzed pół wieku, z niebieskimi okiennicami i jabłoniami w ogródku, z drugiej strony wielka płyta. Wielka płyta nie otoczona drzewami, trawnikami i innymi tego typu maskującymi elementami jak w Biszkeku. Karakolską wielką płytę otaczają tumany kurzu. Kierowca marszrutki wypuścił mnie w centrum usług turystycznych. Mieszczą się tam przeróżne organizacje oferujące przewodników, samochody do wynajęcia, zorganizowane wycieczki grupowe, i inne tego typu rzeczy na które mnie nie stać. To czego szukałem, to informacja. Zaszedłem więc do pierwszego lepszego biura i zapytałem co mają do zaoferowania indywidualnemu turyście na czas 2 dni. Jako że była już godzina 14.30, zaproponowano mi nocleg w mieście. Rankiem miałbym się u nich stawić, i zabraliby mnie na spacer po lesie za 23$!. Jako że j. polskiego jeszcze nie zapomniałem, w myślach puściłem ładną wiązankę, i kontynuowałem słuchanie. Na zachętę pokazano mi filmik nagrany komórką z bohaterami w postaci grupki emerytowanych Niemców ganiających się po owym lesie. Jako żem grzeczny z natury, powiedziałem że się zastanowię i oddzwonię. Podobno w Uzbekistanie również ciężko jest cokolwiek załatwić gdy nie reprezentujemy grupy bogatych Europejczyków. Zapytałem więc jak dostać się do dworca autobusowego okolicznej ludności, i udałem się radośnie nie tą drogą co trzeba. Szczęśliwie jednak na drodze tej znajdowała się informacja turystyczna. Miejsce jej ulokowania, to skrzyżowanie ulic Abdrakhmanova i Komunisticheskaya, na przeciwko polikliniki. W środku bardzo sympatyczni ludzie wytyczyli m zadanie na następne 3 dni. Dostać się do Altyn Arashan i zobaczyć jezioro Ala Kel. Dostałem tam mapkę miasta i wskazana mi została droga na przystanek marszrutek które zawiozą mnie na początek drogi gruntowej do Arashan (należy wybrać marszrutkę numer 350, do kurortu Ak-Suu). Marszrutki owe znajdują się w okolicach rynku, przy zbiegu ulic Derzhinskovo i Rosy Luksemburg lub Karla Marksa. Mimo znajomych nazw nie udało się mi samodzielnie zlokalizować owego postoju. Z pomocą przyszło mi lokalne dziewczę posługujące się imieniem Elwira, które zaoferowało wskazanie mi drogi, i to w języku angielskim. Elvira studiuje filologię angielską na lokalnym Uniwersytecie, a w trakcie sezonu turystycznego odpowiedzialna jest za kontakt z anglojęzycznymi obcokrajowcami, gdyż jej rodzina prowadzi małą noclegownię. Zaprosiła mnie do swojego domu, gdybym jednak zrezygnował z dość późnego wyjścia w góry, dała swój adres mailowy. I co najważniejsze zaprowadziła do marszrutki numer 350. Bardzo miłe spotkanie i rady o wiele lepsze niż wizyta w lesie za 23$. Wsiadamy więc, płacimy 15 somów, i jedziemy do Kurortu Ak-Suu. Informujemy kierowcę, że tak naprawdę to chcemy do Altyn Arashan, i on wyrzuca nas w odpowiednim miejscu. Miejsce to jest skrzyżowaniem. My idziemy w prawo, marszrutka jedzie w lewo. Kilka metrów za skrzyżowaniem po stronie lewej jest wioska licząca kilkanaście domków, bar czynny w sezonie, sklepik, i siedzibę nadleśnictwa czy czegoś takiego. Bar zamknięty, sklepik formalnie czynny ale syn właścicielki zapytany przez lokalną kobietę, oczekującą na otwarcie mini marketu wraz ze mną, odpowiedział, że mama leży i nie chce się jej wstawać. Nadleśnictwo też zamknięte było. Nawet dobrze, gdyż jak dowiedziałem się później, za wejście do doliny kasują 250s. Tak więc pięć butelek wódki w kieszeni. Miałem więc dwa batoniki przy sobie i brak wody oraz 15km w górę doliny. Na szczęście okoliczna ludność pocieszyła mnie informacją o mnogości źródełek po drodze. Wyruszyłem o godzinie 16.30.
Droga do Altyn Arashan. Po tej drodze możemy iść pieszo, możemy przejechać jakimś 4×4, jeżdżą tędy ZiŁy z drewnem, jeżdżą Stalince. Nie jest to zatem Orla Perć, jednak te 15 km pod różnym od 0 nachyleniem pokonać musimy. Czasami jest jakiś strumyczek do pokonania, przejście krów do przeczekania itp. Największą jednak przeszkodą jest atmosfera. Chce się siedzieć, słuchać szumu górskiej rzeczki, patrzeć na góry otaczające północną stronę Issyk-kul (przy dobrej widoczności). Jest tam po prostu ślicznie. Dolina jest duża, rzeczka czasami przy drodze, a czasami 50 metrów niżej. Przestrzenie są na tyle duże, że gdy patrzymy pod nogi, co by się nie wy.., to gdy nasz wzrok znów zechce delektować się otaczającą nas przyrodą i głowę podnosimy, w owej głowie kręcić mi się zaczynało. Zapewne przypisany jest temu odczuciu jakiś termin medyczny, lecz ja go nie znam. Poza doznaniami typu video, bardzo sympatyczne są również te z dziedziny audio. Miejscami skały tuż przy drodze wznoszą się pionowo na kilkanaście metrów, i wtedy mamy bardzo dziwne wrażenie, jakoby w skałach tych płynął strumień. Efekty odbijania się fal dźwiękowych o skały, a źródło swe mające w strumieniu, są rewelacyjne. Słyszymy jednocześnie szmer ze swojej strony prawej, od strumienia, i szmer ze strony lewej, od ‘wnętrza’ skał. Dla mnie bomba. Drzewa które jest nam dane oglądać, to nie wypłowiałe namiastki choinek z Biszkeku, tylko kawał porządnego, soczyście zielonego iglaka. Las z nich złożony jest gęsty i mroczny. Jeśli już o mroczności wspomniałem, i wspomniałem o 16.30 jako godzinie wyjścia na szlak, to wspomnieć muszę, że za dnia nie dotarłem do noclegowni. Troszkę podratował moją sytuację Księżyc i bezchmurne niebo, ale czołówka podratowała by ją lepiej. Po jakimś czasie księżyc zniknął za górami. A wraz z nim, jego światło dla mej drogi. Tak więc przez 1.5h potykałem się o kamienie, po 5 minut zajmowało mi przejście każdego dwumetrowego strumyka przepływającego drogę w poprzek, a niektóre strumyki płynące wzdłuż drogi również spowalniały mój marsz. Było zimno, ciemno, i strasznie:) Jako że wstałem o 5.00 zmęczonym trochę był i w kształtach krzaczków zaczęły objawiać mi się wilki, ludzkie twarze i inne takie. Ucieszyłem się ze swojej bujnej wyobraźni i przyspieszyłem kroku. Po czterech godzinach ujrzałem światło. Radości mej nie było końca. Nawet pobiegł bym ku niemu, gdybym wierzył w swoje zdolności unikania wywalenia się na kamorach. Zaszedłem więc z wolna do czegoś na kształt gospodarstwa wiejskiego. Gdy w Karakol odwiedzałem informację turystyczną, na mapie zaznaczone było to jako Altyn Arashan Health Resort. Spodziewałem się czegoś w rodzaju sanatorium z wielkiej płyty dla górników, z bramą i portierem, a zobaczyłem wycinek z osady rolniczej. Ucieszyłem się na ten widok. Przed ogrodzeniem znajdował się namiot z Amerykanami, ale nie taki jak w Bagdadzie, tylko zwykła dwójka. Jego zawartość to dwójka wolontariuszy odmiennych płci z “Peace Corps”, nauczająca od dwóch lat dzieci z Czolpon-Aty języka amerykańskiego. Chyba w nagrodę za udostępnienie bazy Manas do bombienia Afganistanu. U nich to znalazłem potwierdzenie, że mej nocnej wędrówki koniec, i mam udać się w głąb zagrody w poszukiwaniu gospodyni tego przybytku. Było mi zimno, byłem głodny, i liczyłem, że miejsce noclegowe dla mnie się znajdzie. W przeciwnym wypadku zaanektował bym amerykański namiot. Wchodzę sobie do chatynki, a tu dwójka stałych mieszkańców zrazu zapytuje mnie dlaczego nie mam czapki, gdzie moje ciepłe ubranie, dlaczego tak późno wyruszyłem, skąd jestem itp. Pełna troska. Dostałem herbatę, chleb, i słoninę. Nastrój zmienił się diametralnie. Było mi ciepło, byłem najedzony, i byłem u celu. Wiem że nie można tego porównywać do zdobycia Piku Lenina, ale nieodpowiednie przygotowanie może utrudnić nawet podróż drogą dla terenówek i uczynić ją interesującą:)
Altyn Arashan. Po posiłku został przedstawiony mi cennik. 250 somów za noc i dowolna ilość pluskania się w gorących źródłach. Te 250 (5 euro) somów ucieszyło mnie, ale ciepłe źródła wprowadziły w mały stan euforii. Jako że jedzenia nie miałem, nawet nie chciało mi się pytać o ceny posiłków. I tak musiałbym je wykupić, a ewentualnie później negocjować zniżki dla studentów. Noclegownię w której się znalazłem prowadzi super sympatyczna pani o imieniu Lena. Po drodze do Leny mijamy domek który przeoczyłem w ciemnościach, a spać w nim również można, prowadzony przez Valentina Yak-Hotel. Valentin jest szefem Yak-Tour i w Karakol rówież można u niego przenocować, zapewne budynek nazywa się Yak-Hotel. Po kilkunastu minutach od mojego przyjścia pojawiła się grupa trzech turystek z Niemiec, takowej też narodowości, o imionach Ifa, Kiki, a trzeciego się mi zapomniało, absolwentki medycyny. Spożyliśmy wieczerzę jak Zachodnia Bozia przykazała, i wymieniliśmy się doświadczeniami z okolic. Ja ze swojej drogi pod górę, one ze swojej drogi na dół. Moją już znacie, one szły z miejscowości Jeti-Oguz przez Jezioro Ala Kel do Altyn Arashan. Droga ta zajmuje 3 dni i w okresie letnim jest bardzo przyjemna. W okresie jesiennym piździ tam jak za Cara Mikołaja. Niemki jednak mimo wszystko były zadowolone, i polecały mi zobaczenie jeziorka. Takie też postanowienie powziąłem. Swój ciągnie do swego, i po kilku minutach przybyły następne przedstawicielki Germanii. Tym razem nie z przełęczy, a z domku obok. One poza jeziorkiem do zobaczenia, zaproponowały ciepłe źródełka. Ich towarzysze już się pluskali. Nadzwyczaj szybko podjąłem decyzję o dołączeniu do wesołej grupki trekkingowców, rozlokowałem się w pokoju wraz z pierwszą niemiecką falą, wziąłem ręcznik, i udałem się ku miejscu nad wyraz przyjemnego wypoczynku. U Leny sauny są cztery. Numery 1 i 2 przy domu, oraz 3 i 4 w odległości 200m. Numery wyższe mają tę zaletę, że znajdują się bliżej rzeki. A przyjemność z wskoczenia do górskiego strumienia i z powrotem do sauny jest nieopisana. Sauna to betonowy budynek o wysokości 2m w którym 75% zajmuje betonowa dziura o wymiarach 2×2m, o głębokości pół metra, a pozostałe procenty to szatnia, czyli kilka gwoździ wbitych w deskę przymocowaną do ściany. Dziura ta jest wypełniana wodą o temperaturze 50-55 stopni, dość dużej zawartości siarki, i charakteryzującą się górską miękkością w dotyku. Mógł by ktoś ponarzekać na brak płytek, lecz zapewniam że szorstki beton świetnie może posłużyć nam do podrapania się po plecach, gdy akurat jesteśmy w saunie sami, lub z przedstawicielami płci męskiej. Zaszedłem więc do sauny numer 4. Oczekiwali na mnie przedstawiciele Izraela, Niemiec, Australii, po jednym reprezentancie na kraj, oraz dwa okazy rosyjskiego przemysłu spirytusowego. Oczekiwała także woda z gorącego źródła. W mej duszy radości nie było końca. Izraelita miał lat 30, Australijczyk lat 55, a Niemiec coś w okolicach czterdziestu wiosen. Każdy z nich był w trasie od ponad 10 miesięcy. Noam z Izraela rzucił pracę i postanowił sobie odpocząć, Niemiec zajmuje się alpinizmem i zwiedza góry tej części świata w której znajduję się aktualnie ja, oraz bardzo dobrze wykonuje piosenki Robbiego Williamsa, a Australijczyk jeździ po Azji, chleje, i wyrywa panienki. Każda z tych trzech wersji podróżowania jest bardzo ciekawa, lecz dla mnie jakoś niedostępna. Nie mam pracy, żeby ją rzucić, nie mam warunków finansowych i fizycznych dla alpinizmu, nie mam kasy żeby rozpijać się po Azji, kasy na którą poleciały by Azjatki. Za to mój pomysł na połączenie poznawania kultury i zasobów naturalnych Kirgistanu z nauką języka rosyjskiego spodobał się im bardzo i ocenili go jako dojrzały. Tyle o towarzystwie. Wódka, sauna, rozmowy o kobietach. Z ich obserwacji wynika, że obcowanie z kobietami jest tu dość trudne, jeśli dusza twa romantycznego typu. Spotkali się ci trzej panowie po raz pierwszy w Altyn Arashan kilka godzin wcześniej, każdy z nich spędził co najmniej kilka miesięcy w Azji, więc z metodologicznego punktu widzenia, opinie o sporej wartości poznawczej. Cóż, dla większości Azjatek liczą się twoje pieniądze i paszport. Najlepiej gdy jesteś mieszkańcem EU, obywatel USA od biedy też może być. W miejscu tym musimy zwrócić uwagę na pewną rzecz. Nie wiemy nigdy czy to my poznajemy owe Azjatki, czy to one poznają nas. Przeważnie niewiadomą jest z czyjej strony tak naprawdę wyszła inicjatywa. Bezpieczniej będzie więc stwierdzić, że z grupy tych kobiet, które chcą nas poznać, większość robi to dla kasy, pośrednio poprzez zdobycie obywatelstwa państwa Zachodniego. Po ślubie oddzielają się od nas, jeśli pieniążków u nas nie za wiele, i przenoszą się do londyńskiego China Town lub Uzbek Town. Spotkani później Marco ze Szwajcarii i Francesco z Londynu potwierdzili tą wersję wydarzeń. Dość dziwne zachowanie niewiast, tym bardziej że, jak wynikało z męskich opowieści, spotykane w tych okolicznościach matrymonialno-finansowych kobiety były dość dobrze sytuowane jak na ich kraj pochodzenia. Być może zachłanność… Spotkane przeze mnie osoby narzekały na rozmowy o pieniążkach; stwarza to bowiem niekomfortową sytuację, w której określa się ciebie jako osobę bardzo bogatą. Gdy powiesz ile zarabiasz w Londynie czy Berlinie, uważają ciebie za nie wiadomo kogo. Nie słuchają już, że piwo kosztuje 5 funtów, podobnie papierosy, a wynajęcie mieszkania w Lądku Zdroju to koszt niebagatelny. Dlatego lepiej rozpocząć rozmowę od kosztów życia, a później wspomnieć o pensji. I siedzieliśmy tak popijając wódkę, rozmawialiśmy o problemach tego świata, i wskakiwaliśmy od czasu do czasu przy świetle księżyca do lodowatego strumienia, by jeszcze bardziej cieszyć się gorącem bijącym z bani. I to towarzystwo polecało wielce wizytę nad jeziorem, zatem na dzień następny taką wizytę zaplanowałem. Francuz, z którym dzielili pokój, wybierał się rankiem w to samo miejsce, zatem towarzysz podróży jakby się znalazł. Miałem rano do jego wyprawy dołączyć. Gdybyśmy się nie spotkali, została mi wytłumaczona droga. Pierwsza dolina w prawo, w miejscu gdzie dwie rzeczki łączą się w jedną. Po drodze przekraczamy dwa mosty. Następnie po kamorach w górę i zobaczę jezioro. Rozstaliśmy się w bardzo dobrych nastrojach, wypiliśmy ostatni toast za podróże i Kirgistan, następnie pożegnaliśmy się na dobre, gdyż opuszczali oni jutro Altyn Arashan. Rozlokowane w moim pokoju Niemki jeszcze nie spały, a że wstawały o godzinie 7.00, poprosiłem o obudzenie mnie również o owej porze. Niestety 7.00 to zbyt późny ranek dla Francuza, i opuścił on schronisko już wcześniej. Postanowiłem powędrować sam. Śniadanie już na mnie czekało. Najlepszy lagman jaki jadłem do tej pory. Nie ma to jak oddychające świeżym górskim powietrzem zwierzątka hodowlane. Pożegnałem obywatelki naszego zachodniego sąsiada, i udałem się w drogę.
Pierwsza próba – droga zła. Pogoda idealna, niebo czyste, słoneczko świeci, ja najedzony i po saunie sympatycznie zregenerowany. Humor idealny gdyż na lekkim kacu rozpoczynałem wędrówkę. Kilkadziesiąt metrów od domu Leny znajduje się most, który przekraczamy, by rzeczkę Arashan mieć po swojej stronie lewej. Idziemy przez pastwiska, czasami ścieżka skręca w las, tym oto lasem idziemy, następnie znów wychodzimy sobie na łączkę by obserwować okoliczne szczyty i tak mijają nam trzy godziny. Po drodze przekraczamy kilka strumieni płynących sobie po zboczach. Przez pierwszy z owych strumieni jest przerzucony most z dwóch bali o znacznej grubości, a przerwy między nimi wypełniono kamieniami. Oaza bezpieczeństwa i bezstresowego pokonywania lodowatego i groźnego dla sprzętu elektronicznego górskiego strumienia. To za tym mostem powinienem skręcić w prawo i iść w górę owego strumienia. Tak jednak nie zrobiłem, gdyż trzymać się chciałem porządnego niemieckiego opisu trasy. Nie wiem jak czytelnicy, ale ja odróżniam łączące się rzeczki (rivers) od połączenia rzeczki ze strumieniem (stream, rill). Poszedłem więc za radą koleżanek z Niemiec, i idąc sobie spokojnie, czekałem na dwie rzeczki. Po jakimś czasie pojawił się drugi most, a że była mowa o konieczności przekroczenia dwóch mostów, ucieszyłem się niezmiernie. Drugi most to nie była już taka bułka z masłem. Również dwie kłody, tym razem jednak dużo bardziej cienkie. Mosty znamy różne; wiszące, kratownicowe, łukowe, linowe itp. Ten był nieznanego mi typu pół-sprężynującego i w odróżnieniu od poprzedniego, chlapał sobie na niego beztrosko strumień. Kłoda po stronie lewej, aż tak cienka nie była, przez co uginała się minimalnie. Za to kłoda prawa grubości mojego ramienia, miała tendencję do ugięcia dziesięciocentymetrowego. Jako że mój błędnik nie pozwalał na przekroczenie strumienia jedynie kłodą prawą, korzystać musiałem i z lewej. Stawiamy stopę lewą, następnie przenosimy ciężar stronę prawą. Tu następuje ugięcie. Stopa lewa wędruje dalej i próbujemy zwolnić stopę prawą. Jak jednak to zrobić gdy ugięta kłoda działa niczym łuk i próbuje nas wystrzelić w strumień? Otóż robimy to cholernie powoli. Stresujące. W drodze powrotnej skakałem już po kamieniach. Pokonując łączki i leśne ścieżki dotarłem do dwóch rzeczek wpadających do Arashan. Teraz zgodnie z, jak już wiemy, nieaktualnym opisem skręcamy w prawo. Po stronie prawej przez godzinę przedzieramy się przez coś na kształt znanej mi z Ukrainy kosodrzewiny. Następnie ujrzałem wodospad i gołoborza. Po przejściu kolejnego kamiennego wzgórza, pojawiało się następne, i następne, i następne… Po godzinie łażenia po kamorach, i sprawdzaniu każdego czy przypadkiem to nie on będzie tym szczęśliwcem na którym skręcimy kostkę lub złamiemy nogę, usiadłem, spojrzałem na zegarek (mijała szósta godzina wędrówki), zjadłem batonik, napiłem się wody, siermiężnie zakląłem i rozpocząłem drogę powrotną. Plusem tego rejonu brak możliwości zabłądzenia. Jeśli widzimy rzeczkę, to prędzej czy później dojdziemy do Altyn Arashan, a w perspektywie dalszej, do Karakol, gdyż chyba wszystkie strumienie tam spływają. Droga powrotna to również 6h. Z czego ostatnia znów w ciemnościach. Księżyca tym razem nie było widać. Radość z ujrzenia świateł domu Leny była jeszcze większa niż dzień wcześniej. Jeziora nie zobaczyłem, lecz to co widziałem po drodze w zupełności wystarcza. Cudowne lasy, piękne góry, szemrzące strumyczki i rzeczki. Bardzo fotogeniczne miejsce. Stałem się także bohaterem dla dwóch lokalnych pasterzy, gdyż pomogłem zlokalizować im krowę. Zależnie od tego, do czego krowa była im potrzebna, nie wiem czy dla owego zwierzęcia bohaterem jestem również. W pewnym momencie ścieżka wychodzi sobie śmiało z lasu, i widzimy krowę. Jest to tak mniej więcej czwarta godzina od schroniska. Nie sądzę żebyście również ją spotkali, lecz kto wie… była ona czarna. W drodze powrotnej krowa również była w tym samym miejscu. Jako że zapamiętujemy najlepiej przez powtarzanie, współrzędne krowy utkwiły mi w pamięci. Gdy byłem dwie godziny od schroniska, na drodze swej spotkałem galopujących dwóch pasterzy. Konik galopował, nie jak w Monty Pythonie. Przywitali się sympatycznie, a gdy dowiedzieli się, że widziałem czarną samotną krowę oraz pamiętam gdzie ona jest, zeskoczyli z konia, uściskali mnie, i kilkukrotnie podziękowali. Poszukiwania krowy trwały 3 dni, a jest czego szukać. Krowa kosztuje ok. 600$, a więc trzy średnie pensje w Biszkeku. Ceny krówek i koników podbijają Kazachowie z Almaty, gdyż dla nich dużo taniej jest kupować bydło w Kirgistanie. Hodowcy to wykorzystują i podnoszą ceny, niestety pensje okolicznej ludności tak szybko nie rosną, i nie każdego stać teraz na mięso. Poczułem się więc niczym bohater, i podbudowany sławą ruszyłem ku schronisku. Zawitałem tam przed godziną 21.00. Kolacja już czekała, sauna rozgrzana do czerwoności. Lubię takie powroty. Przy kolacji poznałem moich towarzyszy drugiej próby dotarcia do jeziora. Spaliśmy w tym samym pokoju zatem nocne rozmowy przy kominku pozwoliły określić mi z kim to mamy do czynienia. Po kolacji moja polska osoba udała się do bani, ich amerykańskie osoby płci męskiej i żeńskiej (po jednym egzemplarzu) udały się do pokoju. Audrey i Daniel podróż swoją rozpoczęli od Gruzji i tak radośnie wędrują sobie przez Azję. Wcześniej mieszkali przez cztery lata w Pradze, gdzie Audrey pracowała w Radio Wolna Europa jako konsultant ds. prawnej strony działalności rozgłośni radiowych, co by przypadkiem przez biurokrację w jakimś azjatyckim kraju o nie do końca rozwinięty pojęciu wolności słowa, stacji nie zamknięto. Była ona odpowiedzialna za kontakty z prawnikami tych rozgłośni. Praca taka wygenerowała mnóstwo znajomych osób rozsianych po Azji i Europie Wschodniej, które to można odwiedzić, a one cię ugoszczą. Toteż przyjaciele z USA od kilku miesięcy taką możliwość wykorzystują. Jak dla mnie, super sprawa. Mają poczucie humoru (angielskie), cieszą się życiem. Warto takich ludzi spotykać na swojej drodze. Zdjęcia robią fajne, ciekawie piszą, zwiedzili kawałek świata. Jeśli macie chwilkę czasu, odwiedźcie ich stronę: www.uncorneredmarket.com.
Druga próba – droga dobra. Tym razem zrobiliśmy wieczorową porą wywiad z kilkoma osobami z okolicy, drogę wskazano nam palcem, mieliśmy mapę. Wieczorem myśleliśmy: musi się udać, rano spadł pierwszy śnieg i myśleliśmy: niekoniecznie się uda. No i się nie udało. Wyszliśmy o godzinie 8.00 po kolejnym z cyklu przepysznych śniadań. Kasza wymieszana z ryżem, polana czymś w rodzaju gulaszu, chleb, herbata, miód, mleko, twaróg. Skręciliśmy w las za pierwszym mostkiem, tak jak przykazano, następnie w górę strumienia, po pewnym czasie z powrotem na stronę prawą owego strumienia, i w górę. Niestety na przełęczy mgła, śnieżyca, widoczność na kilkanaście metrów. O godzinie 11.30 spotkaliśmy wracającego turystę z Japonii, któremu nie udało się znaleźć drogi na dotarcie do jeziora. Przez pół godziny wędrowaliśmy zatem rozglądając się w poszukiwaniu ścieżki, po czym postanowiliśmy wrócić. Nogi mnie bolały, jedzenia nie było za dużo, ale cholernie chciałem zobaczyć to jezioro. Wiedziałem, że na drugi dzień już rady nie dam. Prawie bym ich zostawił i poszedł dalej sam. Ale na szczęście jestem zbyt leniwy. Przecież mnie bardziej cieszy zdobycie Gubałówki z piwem w ręku niż wejście na Rysy. Z tym może przesadziłem. Chodzi o to, że pamiętać musimy, iż cel wybieramy w połączeniu z pewnymi warunkami, które towarzyszyć mają jego osiągnięciu, i zawsze musimy kontrolować, czy oby owe warunki się nie zmieniły. Przypomniałem sobie, że w czerwcu też tu będę, że do trzech razy sztuka, że wtedy dzień dłuższy, że łąki zakwitną. Wspólnie wróciliśmy zatem do schroniska. Plusem jak z dnia poprzedniego są prześliczne widoczki, zdjęcia, pierwszy śnieg. Krowy nie uratowałem żadnej, ale wyszedłem w góry z bardzo interesującymi ludźmi. Minus i plus w jednym – Ala Kel nie zobaczyłem, jednak wrócę tu za rok, by być może zobaczyć ostatni śnieg przyszłego lata.
Streszczę może jak wyglądać powinna droga do tego jeziora. Wychodzimy z Altyn Arashan. Przechodzimy metalowy most. Idziemy prawym brzegiem rzeczki Arashan. Przechodzimy drewniany, solidny mostek, znajdujący się tak z 50m wgłąb lasu. Idziemy lewą stroną strumienia który właśnie przekroczyliśmy. Idziemy lasem, wychodzimy na otwartą przestrzeń. Idziemy ścieżką. Dochodzimy do miejsca, w którym leżą przerzucone przez strumień drzewka. Przechodzimy po nich na stronę prawą. Przejść jednak możemy w miejscu które nam odpowiada. Byle znaleźć się po prawej stronie strumienia. W pewnym momencie ścieżka zaczyna się pojawiać po stronie prawej, i w jakimś tam czasie od zaobserwowania tego zjawiska, warto strumień przekroczyć, gdyż później stroną lewą będziemy szli bardzo blisko strumienia, po śliskich kamorach. Idziemy w górę trzymając się strony prawej, aż ujrzymy ścianę o nachyleniu 60%. Ściana ta ma wysokość ok. 500m, i zbudowana jest w większości z sporych rozmiarów kamieni. My szukamy jednak na pierwszy rzut oka najdziwniejszego miejsca do przejścia, czyli wąskiego pionowego pasa pokrytego piaskiem. Pełzamy po tym piasku przy użyciu kolan i rąk (warto mieć rękawiczki, te których ja nie miałem na przykład) przez 300m w górę, następnie rozpoczyna się coś na kształt ścieżki. Dochodzimy do punktu widokowego na jezioro. Ów zbiornik wodny znajduje się 200 metrów niżej. Całość powinna nam zająć 5-6h. Za trzecim razem na pewno się mi uda.
Wróciliśmy do schroniska po godzinie 17.00. Audrey i Dan wyruszyli do Karakol. Być może spotkamy się w Biszkeku. Przy ostatniej wspólnej wieczerzy, poznaliśmy Marco i Francesco. Marco jest ze Szwajcarii. Francesco z Italii – od trzech lat mieszka i pracuje w Londynie. Żonaty, bez dzieci. Lat 30. Spotkali się w hostelu w Karakol i postanowili zobaczyć Altyn Arashan. Spotkali się Marco i Francesco, a nie Francesco i jego żona. Jako że drugi raz z rzędu jeziora nie zobaczyłem, postanowiłem zakupić trochę alkoholu, co by duszę podleczyć, i udać się do sauny. Alkoholem w Altyn Arashan handluje Valentin. Francesco postawił na browary, ja na wódkę. Nie dość że bardziej pasuje do bani, to jeszcze jest bardziej ekonomiczna. Pół litra wódki 60 somów, pół litra piwa 50. Informację o możliwości zakupu alkoholu u Valentina uzyskaliśmy od Leny. Gdy wróciliśmy z zakupów, kieliszek już stał na szafce przy łóżku. Po prostu złota kobieta z tej Leny. Zanim jednak wróciliśmy do swojego pokoju, w Yak-hotel poznaliśmy parę londyńczyków, mieszaną, żyjącą w konkubinacie, a od pół roku podróżującą po Azji. Warto o nich wspomnieć, ze względu na opowieść o Timorze Wschodnim. Nie za często spotyka się ludzi którzy tam byli, naocznych świadków życia tego chyba najmłodszego państwa. Opowiadał Paul.
Timor Wschodni. Podróż swą rozpoczęli od Fidżi, poprzez Australię, Timor Wschodni, kraje Azji Południowo-Wschodniej, Chiny, a obecnie jak dane mi było zauważyć, znajdują się w Kirgistanie. Jeśli było to możliwe, zawsze wybierali drogę lądową. Po zwiedzeniu Australii, i niemożliwości z jakiś to powodów wydostania się z tego kraju drogą morską, spojrzeli na mapę, drugi raz spojrzeli na dostępne połączenia lotnicze, i wyszło że Timor Wschodni znajduje się najbliżej. Przez kilka minut nie mogłem zrozumieć o jakim państwie mówią, gdyż w ich wykonaniu zlewało się to w jedno ‘istimo’. Był to marzec, gdy kupili bilety. No to siup w samolot. W samolocie mnóstwo ludzi w mundurach, na pokładzie dwóch żołnierzy ONZ z karabinami maszynowymi. Krótki lot, wysiadka na lotnisku w Dili, a raczej tym co z niego zostało. Mundurowi przesiedli się do terenówek i odjechali. Nasi bohaterowie zostali z minami w stylu ‘hej, gdzie taksówki’. W budynku odpraw celnych lekkie zdziwienie urzędników, co robią turyści w kraju z dość poważnym stanem wojennym. Wizę dostali bez problemu, gdyż raczej każdy chce z tego kraju wyjechać. Timor Wschodni ma jakiś tam niby rząd, lecz częścią kraju nadal rządzą ludzie w stylu ‘war boss’. Infrastruktura leży i kwiczy. Nie ma szpitali, nie ma szkół, nie ma gdzie odprowadzać ścieków, drogi zniszczone. Gdy Indonezyjczycy opuszczali ten kraj, zrównali z ziemią 90% budynków. Jeśli więc lubisz aglomeracje, w których nic nie będzie przesłaniało ci gwieździstego nieba, odwiedź Timor Wschodni. Poza budynkami zniszczyli także pola ryżowe, a doprowadzenie tarasów do stanu używalności zajmie Timorczykom dziesiątki lat. Są więc i również problemy z żywnością. Kraj nie ma policji, porządku pilnuje ONZ. Można powiedzieć, że gospodarka jest również oparta wyłącznie o obecność urzędników i żołnierzy z ONZ. Oni zajmują wszystkie miejsca hotelowe, oni piją w barach, oni kupują luksusowe towary. Turystyka kręci się wokół nich. Większość z żołnierzy, to Portugalczycy, lecz jest także spory kontyngent z Australii i innych krajów. Łącznie chyba przedstawiciele 75 państw. Paul poznał w Dili reportera wojennego BBC, który przez 6 lat stacjonował w Iraku, i powiedział sobie: dość. Wyjechał do Timoru Wschodniego i założył firmę wypożyczającą sprzęt do nurkowania. Zero konkurencji, łodzi kupować nie musisz, gdyż 50m od brzegu rozpoczynają się piękne tereny do podwodnych eksploracji. Jednak klienci to głównie pracownicy United Nations, i gdy ONZ opuści ten kraj, a turyści jeszcze nie przyjadą, nie wiadomo z czego żyć będą ludzie. Jest jednak nadzieja: ropa naftowa. Od wielu lat Indonezja, a później Timor toczyły spór z Australią o wody terytorialne i możliwość wydobywania tam ropy. W końcu granicę poprowadzono w połowie odległości między tymi dwoma krajami. Niedługo do rządu popłyną petrodolary, czy popłyną do ludzi… Poza tym, nie wiem czy nie popełnię jakiegoś błędu w przekazie, Timor Wschodni uzyskał zgodę Banku Światowego na nieposiadanie systemu podatkowego. Raz, że nie ma ich od kogo ściągać, dwa, że pieniądze z ropy powinny starczyć na odbudowę kraju i utrzymanie podstawowej infrastruktury. Były to wieści od reportera BBC uzyskanie przy kuflu piwa. Inny kufel piwa było dane wypić Paulowi z pewnym Czechem, specjalistą od przeprowadzania wyborów w krajach o niestabilnej sytuacji politycznej. Wcześniej nasz południowy sąsiad nadzorował wybory w Iraku. Jeździ tak już od 20 lat po świecie i nadzoruje. Od niego uzyskujemy trochę informacji o problemach demograficznych tego kraju. W czasie wojny zginęło wiele młodych osób, i takich w wieku średnim również. Także teraz w kraju są prawie same dzieci. Podobno wrażenie to niezwykłe, gdy chodzisz kilka godzin po mieście, i widzisz tylko dzieciaki. Dzieciaki sprzedają w sklepach, sprzątają ulice, dzieci-fryzjerki i dzieci-kelnerzy. Jak w Nibylandii. Tylko że atmosfera mniej bajkowa. Poza młodym wiekiem obywateli w przeprowadzeniu wyborów przeszkadza tradycja. Każda wioska ma wodza, który to od wieków podejmuje decyzje. Ludzie we wszelkich aspektach życia zdają się na niego, więc w opinii ludności, to wodzowie powinni głosować za mieszkańców. Timor Wschodni nie ma także spisu ludności, gdyby nawet chcieli go zrobić, większość ludzi posługuje się taką samą ‘nazwą’. W kraju panuje powszechny analfabetyzm, gdyż nie ma komu nauczać dzieci. Idziesz przez ulice z rozmówkami, wskazujesz w nim na napis hotel, a napotkana osoba tylko serdecznie się uśmiecha, gdyż nie potrafi czytać. Paul ze swoją towarzyszką przebywali tam 3 tygodnie. Poznali bardzo miłych ludzi i kompletnie zniszczony kraj. W kwietniu miały odbyć się wybory, i sytuacja się zaostrzała. Gdy przyjechali, żołnierze z ONZ odradzali wychodzenie po 20.00, po tygodniu przesunięto tę godzinę na 18.00. Gdy wyjeżdżali, zamieszki na ulicach rozpoczynały się już w południe. Wiedzieli w jakie dzielnice lepiej nie chodzić, na których ulicach grasują dziecięce gangi. Przed ich wyjazdem sytuacja się nasiliła, gdyż wyczerpały się zapasy ryżu. A tylko na niego stać mieszkańców. Cena za worek 25kg podskoczyła do 50$. Rozpoczęło się rabowanie sklepów. Rodzina dziewczyny, u której nocowali w Dili, ma pola ryżowe na północy kraju. Mogli by nieźle zarobić na takim wzroście cen, lecz nic nie sprzedawali, gdyż nie wiedzieli czy nie będą musieli potem jeść zielonych papierków. Ich ryż był później rozdawany w wiosce znajomym i rodzinie. Statki z ryżem zakupionym przez ONZ w Chinach utknęły gdzieś na Morzu Chińskim. Poza problemami z żywnością pod koniec marca jakiś dzieciak został zastrzelony przez australijskiego żołnierza. Rozpoczęły się zamieszki. Jesteś uzbrojony po zęby, kamizelki kuloodporne i inne gadżety, a na przeciwko ciebie staje nastolatek z procą albo rurką. Problem w tym, że dzieciaki nie rzucają w ciebie kamieniami, lecz używają zatrutych igieł lub gwoździ. Jeśli trafi cię w twarz masz przesrane. Dzień po wyjeździe naszych bohaterów zamknięto granice. Gdy tylko sytuacja się uspokoi, kraj ten jest na pewno wart zobaczenia. Koniec opowieści Paula. Co dzieje się obecnie w Timorze Wschodnim, nie wiem.
Wzięliśmy z Francesco nasz alkohol, pożegnaliśmy opowiadacza, podziękowaliśmy za wspaniałą historię i wieści z nie aż tak popularnego turystycznie państwa. Od włosko-szwajcarskich przyjaciół dostałem propozycję trzeciej próby udania się nad jeziorko, lecz moje nogi kategorycznie ją odrzuciły. Po przyjeździe do Biszkeku dalsze spacery odrzucały przez 3 dni. Pogawędziliśmy sobie, napiliśmy się. Wieczorem przy kominku wypiłem resztę wódki z Dimą, lokalnym tragarzem. Za 15$ dziennie nosi plecaki z jedzeniem zagranicznych turystów. Miał wtedy wakacje i następnego dnia wychodził ze znajomym na Palatke (4200m). Górka ta widoczna jest w Galerii, kształt namiotu. Poopowiadał mi o Tien-Shan, jeziorach bez nazwy, miejscach w które idzie się 10 dni, często w strumieniu po pas. Pozazdrościć. Ja chciałem już tylko patrzeć w kominek, popijać wódkę, zajadać orzeszki z miodem i twarogiem. Rankiem wyruszyłem do Karakol, a Marco z Francesco nad jezioro. Po drodze znów piękna pogoda, szemrząca rzeczka oraz jeden reprezentant lokalnej fauny. Wiewiórka. A raczej potężny Wiewiór. W Biszkeku widuję chudsze wersje naszych wiewiórek, nad Issyk-kul widziałem dobre tłuste wiewiórki. Lecz wiewiórka z Altyn Arashan to prawdziwy rudy bóbr ze srebrnym ogonem. Kawał wielkiego zwierzaka. Do skrzyżowania doszedłem o godzinie 14.00. Marszrutka numer 350 zabrała mnie do Karakol. Informujemy kierowcę, że chcemy na dworzec autobusowy, pan wysadza nas na odpowiednim skrzyżowaniu, czekamy tam na marszrutkę numer 110 lub 111. Jedziemy na dworzec. Postój marszrutek jest po stronie lewej dworca, autobusów po prawej. Na dworcu tym spotkałem przed odjazdem Daniela i Audrey. Mieli wracać wczoraj, lecz zmęczeni byli na tyle, że noc spędzili w Karakol. Wybierali się następnie do Balykchy. Być może zobaczymy się w Biszkeku.
Powrót. Tym razem wybrałem drogę północną Issyk-kul. Kila tygodni minęło od ostatniej wizyty w tym rejonie, a wrażenie zupełnie inne. Jesień. Wypłowiała zieleń zniknęła, a zastąpił ją brąz i soczysta czerwień. Droga od Karakol do Czolpon-aty jest po prostu cudowna. Nie ma wielkiej płyty, nie ma betonów. Są zarośnięte muzułmańskie cmentarze przy drodze, są sady, blade szczyty gór pokrył już śnieg. Pochylone drewniane płoty okalają domki z niebieskimi okiennicami i drewnianymi poddaszami. Przy każdym domku kila drzew owocowych, jabłonie, grusze, śliwy. Wsi spokojna, wsi wesoła. Aż nie chciało się do betonowego Biszkeku wracać, tylko poleżeć kilka godzin w takim bardzo klimatycznym, zapuszczonym sadzie. Wrócić jednak wróciłem. Następnego wieczora spotkałem na ulicy w Biszkeku Francesco. Wypiliśmy piwo na placu Ala-too, pogadaliśmy o życiu, o tęsknocie za rodziną itp. Francesco wraz z żoną spędzają jedne wakacje w roku razem, w 2007 Brazylia, a jedne oddzielnie. Pomysł bardzo fajny i pozwalający odpocząć od siebie, a jednocześnie trochę zatęsknić. Spotkaniem z Francesco oficjalnie zakończyłem pobyt w Altyn Arashan. Wrócę tam w czerwcu, wśród łąk pachnących, śniegów topniejących, ziół kwitnących.
Ta strona ma następujące podstrony.
nie wiem czy tutaj, ale niech bedzie: IMG_5445 – jedyne zdjecie jakie na razie widzialem, poza tymi z sezonu 1, no i pierwsze co mi przyszlo na mysl to star warz e1, i planeta syna lorda. swoja droga skoro juz wspomniales o rockowych klubach jak i o muzyce i mlodosci swej, to pozdrawiam “fana” lordi.
a nawiazujac do kobiet i zarobkow i ewentualnego zamazpojscia, to:
1) czy nie mozesz mowic ile zarabiasz(lub ile zarabia ktos kogo znasz a mieszka bardziej na prawo od polski, jesli patrzec na mape niewywrocona do gory nogami, oczywiscie przypisujac te kwote wlasnemu kontu), nie wspominajac o kosztach, co bedzie czynilo Cie czlowiekiem bogatym, przez co i pozadanym jak rozumiem
2) czy nie mozesz z nimi sypiac przed domniemanymi zaslubinami, wdrazajac “ewropiejskij” styl zycia
3) czy tez jej rodzina Cie potem znajdzie, ugosci i potraktuje odpowiednio, jak traktuje sie ziecia, ktory sie rozmyslil z nierozmysliwalnej rzeczy?
Gdy zaczela sie zamiec troche star warsy zaczelo to przypominac. Sluszna uwaga.
Ad 1. Z klamaniem problemu nie mam, jednak owe bogactwo trzeba czasami okazac, a mi za bardzo nie chce sie niewiescie towarzyszyc w wyprawie na azjatyckie disco. dlatego tez obczajam rockowe klubiki z bardziej rozsadnie zachowujacymi sie pannami. chociaz muzyki sluchaja ‘normalnej’
Ad 2. to jest bardzo dobry pomysl, ja mysle. z pewna uwaga wymieniona w punkcie trzecim przez Ciebie.
Ad 3. Pewna pani profesor ostrzegla mnie ze kirgiskie kobiety maja bardzo silny pociag do duzej ilosci dzieci i przedstawiania cie po kilku dniach rodzinie. czyli jest jednak mozliwosc czestego sypiania, jednak konsekwencje … no zobaczymy jak to bedzie. Wczoraj wybralem sie na wyklad ze wstepu do filozofii dla pierwszego roku, i musze powiedziec ze nowe, siedemnastoletnie kolezanki, sa supersympatyczne:) wypytam je przy najblizszej okazji jak to jest z jewropejskim stylem zycia u tutejszej mlodziezy.
pozdrawiam
o czrnuchu. powiem ci, klasa opowiadasz, wlasnie neta zaczynam miec na hacjendzie i zerkam twoje przygody. czyta sie jak ksiazke (nie o filozofii) a hjumor znany mi i lubiany wywoluje endorfiny.
nie bede za wiele tu pierdolil, pisz, moze dostaniesz pulicera blogowego ^^
A bede pisal:) Tylko musze poszukac zaczac wiecej podrozowac, co by stymulatory do tworczosci sie pojawily. Tak zrobie:)
pozdrawiam