Pierwszy Issyk-kulski Festiwal Filmowy
Jako że nastał weekend, postanowiłem wybrać się za miasto. Okazją ku temy był odbywający się w miejscowości Czolpon-ata festiwal filmowy. Poinformował mnie o owym festiwalu i jego lokalizacji plakat wiszący sobie dumnie na budynku filharmonii. Plakat bardzo ładnie zaprojektowany, kolorowy, więc pomyślałem sobie, że odpowiadający mu festiwal będzie miłym przerywnikiem w nauce (tak, uczę się). Zasięgnąłem informacji u lektorki o położeniu dworca autobusowego i wyruszyłem w ku marszrutkom. Na zachodni dworzec dojedziemy chyba każdą; ja jechałem 235, 114 i 204. Zanim dotarłem na zachodni odwiedziłem wschodni przez pomyłkę. Jak się dowiedziałem u pań kasjerek, z niego również marszrutki do Karakol i Czolpon-ata wyruszają.
Na wschodnim piłem jednak po raz pierwszy szoro, więc jakieś tam plusy wydanych 5 somów na marszrutkę są. Szoro to mieszanka gazowanej źródlanej wody i jakoś tam preparowanych ziaren pszenicy, choć być może tylko mielonych. Jest to napój smaczny (babcia chyba robiła coś takiego domowym zwierzętom rogatym), pożywny i skutecznie gaszący pragnienie. Sprzedawany jest z kegów. Podobnie jak kwas i tan. Za kubeczek 0.4 zapłacimy 8 somów. Tan jest również ich narodowym napojem, a opisać można go jako gazowaną śmietanę. Może nie kremówkę, ale na mleko jest on zbyt gęsty, a na maślankę zbyt słodki.
Idąc za radą lektorki, wybrałem się jednak na zachodni awtowakzal. Kawał porządnego dworca jednym słowem. Wymalowany na kolor złoty, główna hala znajduje się na pierwszym piętrze, prowadzą do niej szerokie na 20 metrów schody, a po wejściu ukazuje się nam pustka. Spodziewałem się straganików, kiosków czy czegoś tam jeszcze, a tu czystość, kilkoro ludzi i trzy stoły bilardowe na powierzchni 1000m2. Są tam też i kasy, wiszą rozkłady jazdy, cenniki oraz mapa komunikacji autobusowej po Kirgistanie. Wyczytać tam możemy, że autobusy do Karakol (180 somów)i Czolpon-ata (120) odjeżdżają tak co godzinę od 6.00. Do Czolpon-ata autobus jedzie ok. 5-6h. Jadąc do Karakol możemy wybrać objechanie Issyk-kul od południa i od północy. Z tego co widziałem z brzegu jeziora, opcja południowa wydaje się widokowo ciekawsza. Brak życia na dworcu rekompensują tereny przydworcowe. Tam życie się kręci wokół postoju marszrutek, znajdującego się między dworcem a ulicą po stronie prawej awtowakzalu. Autobusy odjeżdżają zaś z terenu za dworcem.
Z wielką przykrością związaną z rezygnacji z zajęć udałem się o godzine 6.30 na dworzec. Było to moje przeznaczenie, a szczęście pasażerów, gdyż kierowcy Mercedesa Sprintera brakowało tylko jednego pasażera do kompletu. Komplet umożliwia odjazd. Zapłaciłem 150 somów za wyższy komfort i podróż trwającą godzinę krócej niż autobusem. No i tak po pół godziny od przebudzenia się jechałem już na spotkanie z kirgiską X muzą. Te cztery godziny spędziłem z nosem przyklejonym do szyby i wpatrywaniem się w górskie szczyty, rwące potoki i rozległą dolinę którą to mknął nasz Mercedes. Wolałbym, żeby owe górki były bardziej zielone, a mniej brązowe jednak (podobno kojącą zielień odnajdę na południu). Cóż, narzekać nie mogę:) Poza kolorami w zachwycie przeszkadza troche wielkość tych gór. Nie można rzucić okiem po prostu na obraz składający się z dolinki, górek po prawej, i górek po lewej. Nie, tak nie można. Najpierw patrzymy na dolinę i jej prawą stronę, a potem na dolinę i jej lewą stronę. I tak składamy sobie obraz doliny U-kształtnej. Są jednak miejsca na tej trasie o bardziej skupionej budowie, więc jeśli trafi się wam postój (kierowcy zatrzymują się na 15 minutową przerwę) w miejscu innym niż mój, radości będzie więcej. Mimo braku roślinności koloru zielonego, barwami nadrabiają skały. Znajdziemy tam wspomniany brąz, kolor piaskowy, czerwień, zieleń oraz pomarańcz. Nie pamiętam miejsca, lecz jadąc od Issyk-kul ku Biszkekowi jest jedna, znajdująca się po stronie lewej, góra, która zapewni nam wszystkie te kolory na raz, ułożone w równoległe pasy o szerokości 20m. Cudowny widok. Przejazd przez miejscowość o nazwie takiej samej jak jezioro ciekawy nie jest, miasto wygląda dość smutnie, i nie wiem czy byłoby dobrym pomysłem na noclegownię. W przyszłości sprawdzę jeszcze jak prezentuje się jego konkurencja z przeciwległego brzegu, czyli Karakol.
Następnie rozpocząłem wpatrywanie się w jezioro. Droga biegnie jednak kilometr od brzegu, widok zasłaniają czasami drzewa i inne takie, zatem proszę zachować siły na później. Dojechałem do Czolpon-ata. Krótki spacer po miasteczku przywołał wspomnienia z Krymu. Jakbym widział dzielnice domków jednorodzinnych w Teodozji. Metalowe bramy, między garażem a domem pnące się winogrona, z tyłu działki kibel i prysznic oraz mały ogródek. Parterowe domy pomalowane na niebiesko, dachy skośne z zagospodarowanym, wykonanym z drewna, poddaszem. Po zachwytach nad lokalną architekturą wybrałem się na plażę. Niebieska woda, jako że koniec sezonu, to i pusta plaża, dodać należy że piaszczysta plaża. Po przyjeździe do Biszkeku zauważyłem pewną niezgodność między znanym mi z książek a obserwowanym na miejscu rozkładem etnicznym ludności Kirgistanu. Jednym słowem: gdzie są biali? Powinno być ich więcej wg. źródeł. Wizyta nad Issyk-kul pozwoliła odpowiedzieć na to pytanie. Biali walą w chu.. nad jeziorkiem. Można by rzec że proporcje się odwróciły. Jednak wykształceni rasiści nie powinni się cieszyć, gdyż to co obserwujemy na plaży intelektem i klasą nie bije po oczach. Trochę jakby wysypać zawartość kilku polskich dyskotek na kirgiski piasek. Późniejsze rozmowy na festiwalu wzbogaciły mnie o wiedzę dotyczącą historii współczesnej kultury Kirgistanu. Dresiarstwo skończyło się tu kilka lat temu. Miało swoją chwilę po upadku ZSSR, lecz to co obserwowałem na plaży było jedynie żywą skamieliną. To dobrze. Na koniec: temperatura wody w dniu 07.09.2007 to 19 stopni.
Po napatrzeniu się na okupantów plaży, rozpocząłem poszukiwania centrum festiwalowego. Doprowadził mnie do niego plakat wiszący nad ulicą, a witający wszystkich uczestników festiwalu. Jako że w tym miejscu znajdowało się kino, moja wrodzona intuicja podpowiedziała mi, że to tu. I było to tu. Do pierwszego filmu wg. informacji na tablicy ogłoszeń miałem jeszcze godzinę, a że nie przypuszczałem iż miasteczko ma jakąś miłą katedrę czy meczet do zwiedzenia (miałem rację), kupiłem zatem wodę, pierożka z mięsem i cebulą oraz zasiadłem na ławce obok dwóch starszych panów w oczekiwaniu na seans. Jak to w życiu bywa, panowie okazali się w 1/4 Polakami. Ich babcie mieszkały w Warszawie. Aleksandr prowadzi obecnie księgarnię w Biszkeku o sympatycznej nazwie “Ultramaryna”. On i jego żona są filologami, lecz wyżycie z pensji nauczycielskiej nie było łatwe (i nadal nie jest, nauczyciel nieakademicki nie przekroczy 100$ na miesiąc), zdecydowali się zatem na handel książkami. Rozpoczynali od bazaru, a obecnie mają własne lokum. Dzięki temu interesowi ich dwoje dzieci skończyło studia i szczęśliwie weszło w dorosłe życie. W latach ‘70 służbę wojskową Aleksandr odbywał w Czechosłowacji jako kartograf i bardzo miło wspomina wyprawy do Polski po różnego rodzaju dobra wyskokowe:)
Poza tym porozmawialiśmy sobie o pieniążkach, ich zarabianiu i jak to tutejsi ludzie uważają turystykę za cudowny sposób wzbogacenia się, ale szybko się rozczarowują. Każdy dom w Czolpon-ata ma wywieszoną karteczkę informującą o wolnych pokojach. Każdy. Każdy liczy także na zagranicznego turystę z kieszeniami pełnymi dolarów, który zapłaci za te warunki niewiadomo ile. Ja zapłaciłem 150 somów. Poza zabudową, w tej kwestii też mi to trochę Krym przypomina. Trzy euro za noc w kwaterze z kiblem do którego przedostajemy się przez sfory podwórkowych psów nie jest ceną wygórowaną jak na polskie czy ukraińskie warunki, lecz w kraju gdzie średnia krajowa wynosi 86$ może to trochę odstraszać Kirgizów – wielbicieli turystyki krajowej, choć raczej większość mieszka w podobnych warunkach. Rozwój turystyki jednak nie może być oparty jedynie na zagranicznych turystach. Ale po co ma taki Kirgiz jechać nad Issyk-kul i wydawać ciężko zarobione somy skoro mieszka się nad jeziorem wyżej położonym i codziennie patrzy na ośnieżone szczyty Tien-szanu. Po prostu przeciętny Kirgiz nie mieszkający w mieście ma za ładne otoczenie:) A jak mieszka w mieście, to zawsze znajdzie się jakaś jurta wujka lub dziadka wysoko w górach która za darmo udostępni nam możliwość wypoczynku. Pozostają więc turyści zagraniczni. Inną kwestią jest to, co dzieje się z zarobionymi na turystyce pieniędzmi, czy inwestują w pomieszczenia, a nie zbierają na nowy samochód, ile z podatków idzie na infrastrukturę i tym podobne. Coś mi się nie podoba w ich rynku turystycznym, ale jeszcze nie wiem co:) Z drugiej strony jeżeli zależy nam na leżeniu na plaży i wypadach w góry, to takie warunki wystarczą…jeziora i góry zrekompensują to z nawiązką:) Wróćmy do festiwalu.
Filmy które było mi dane obejrzeć opiszę trochę później, jest to bowiem czynność trudniejsza, a krąg kulturowy inny. Znalazłem się więc w kinie Czolpon o godzinie 14.00. Moi ćwierćpolacy pojechali na działkę do swojego kolegi Iwana, proponując mi oczywiście wspólne leżenie na plaży, jednak mnie ciągnęło ku filmom. Coś mi jednak nie pasowało w atmosferze w kinowej poczekalni. Atmosferę tworzyły bowiem sklejką obłożone ściany, betonowa podłoga, i pustka. Żadnego czynnika ludzkiego. Na 5 minut przed seansem pojawiły się trzy osoby. Ale atmosfery nadal to nie zmieniło. Pomyślałem sobie że każdy festiwal ma trudne początki, ale takiej katastrofy to się nie spodziewałem. Wpuszczono nas do sali kinowej. Cóż…sala miała taki klimat, że odruchowo chciałem sięgnąć po Miniguna (gram sobie ostatnimi czasy w rosyjską wersję Fallouta). Jeśli Gibson będzie kręcił czwartego Mad Maxa, mam już na oku idealną lokację. Ekran pocięty niczym materiał treningowy szermierzy, ale posklejany białą taśmą. Na szczęście ekran też był biały. Białe były też ściany, ale tak do 3/4, na tyle tylko pozwalał zasięg wałka. Sala przechodziła chyba niedawno miniremont, gdyż unosił się na niej odużające wyziewy farby olejnej. Na stoliku w moim rzędzie leżał sprzęt wyświetlający; DVD bez nazwy, wzmacniacz Radiotechnika z czasów ZSSR, oraz projektor-podróbka Panasonica o religijnych konotacjach, Pasunnic. Po kilku minutach zjawił się kinooperator z plastikową torbą, wyjął z niej kilka płyt DVD i włączył projektor. Przesiedziałem trzy filmy a ostatni autobus do Biszkeku już odjechał. Podszedłem więc do kinooperatora Sirgieja w celu wypytania się o nocleg. Moje pięć lat kontaktów z logiką podpowiadało mi, że skoro każde gospodarstwo wynajmuje pokoje, Sirgiej nie wygląda na bezdomnego, więc jakiś kącik u niego się znajdzie. Znajomość kwantyfikatorów przydała się, i u Siergieja wydałem właśnie owe 150 somów. O 22.30 pozamykaliśmy kino i udaliśmy się do jego domu. Tego wieczoru za wiele nie rozmawialiśmy, jako że na nogach byłem już od 17 godzin i lekko zmęczonym był. Dostałem pokój, kocyki, prześcieradła i inne potrzebne do snu rzeczy. Pobudka o 7.00. Na śniadanie dostałem jajecznicę, miód i herbatę. Miła niespodzianka. Jako że dopiero za godzinę jechali kopać ziemniaki, było trochę czasu na rozmowy. Siergiej i jego żona Walentyna są nauczycielami muzyki w miejscowej szkole, ona uczy gry na fortepianie, a on na jakimś dziwnym lokalnym instrumencie. Poza tym piastuje też stanowisko wspomnianego kinooperatora. Po kilku moich pytaniach o frekwencję festiwalu, brak miejsca na debatę o wyświetlanych filmach i innych festiwalowych must be, dowiedziałem się że tutaj prezentowane są tylko filmy starsze. Centrum festiwalowe znajduje się dwa sioła dalej, w Basteri, w pensjonacie Kyrgyskoje Wzmorje. Łagodnie mówiąc, lekko się zdenerwowałem. Dlaczego nie napiszą na plakacie dokładnego adresu, dlaczego nie było adresu strony internetowej festiwalu, a takowa istniała? Na drugim festiwalu mają już ulepszyć plakat:) Teraz nastąpiła chwila wyboru dalszych poczynań, gdyż na śniadanie przybyła córka gospodarzy, Julia, która pracuje w firmie turystycznej organizującej wycieczki w okoliczne wąwozy. Wycieczka w najbliższy wąwozik (Grigorskoje usielie) zajmuje 4h; zawożą nas tam UAZ’em, podziwiamy wodospady, jest tam podobno zielono i rosną drzewa, przewodnik opowiada o kirgiskiej przyrodzie, a całość kosztuje 250 somów, odwożą nas później na dworzec w Czolpon-ata. Jeśli nikogo z mieszkańców akademika nie namówię na zwiedzanie kraju, to chyba stanę się klientem takich firm, tym bardziej że zima idzie i łapanie stopa w górach może być trudne:) Postanowiłem jednak zrealizować cel wycieczki i choć na chwilę zawitać do owego pensjonatu. Sirgiej obiecał zawieźć mnie marszrutkowy przystanek, i tak też uczynił. Poszliśmy wyprowadzić jego Ładę z garażu. Garaż ten potwierdzał swoją zawartością pracę gospodarza. Cała ściana zastawiona filmami, i to nie VHS czy DVD, a dziesiątki produkcji Mosfilmu i Hollywoodu uwiecznione na 35mm taśmie w metalowych okrągłych opakowaniach. Polecam więc kwaterę Walentyny i Sirgieja przebywającym w Czolpon-ata; ulica Lenina 60. Blisko góry, blisko jezioro, gdyby deszcz padał, kinooperator pod ręką, poza tym córka pracująca w firmie turystycznej, no i własne ziemniaki mają. Za marszrutkę do Basteri zapłaciłem 10 somów, do pensjonatu miało być jeszcze 3km, więc zrezygnowałem z usług taksówkarzy i wybrałem spacer. Po 30 minutach dotarłem do Kyrgyskoje Wzmorje. Pensjonat zajmuje powierzchnię połowy mojej rodzinnej wioski, jeden wielki sześciopiętrowy mrówkowiec plus mnóstwo domków z gabinetami zabiegowymi ukrytymi wśród drzew parku. Dwa baseny, jeden kryty, jeden otwarty, do tego trzy mniejsze budynki z pokojami dla gości. Razem około 1000 miejsc noclegowych. Turystyczny kombinat. Zasięgnąwszy informacji u ogrodnika udałem się do centrum prasowego festiwalu. Od razu opieprzyłem ich za niedokładne informacje na plakacie oraz za cały wczorajszy dzień w postnuklearnym Czolpon. Dostałem za to ciasteczko i szoro. Potem było już tylko lepiej:) Filmy prezentowane były w salach konferencyjnych, wygodne krzesła, kawa i herbata oraz przekąski między projekcjami. Luksus. Poszedłem obejrzeć pierwszy film, i wróciłem do centrum prasowego. Atmosfera była bardzo przyjazna, rozmawialiśmy sobie o filmach, co tam w Polsce słychać, skąd się tutaj wziąłem, dlaczego przyjechałem sam, i jak się nazywa nasz prezydent. To już drugi raz gdy na słowo Kaczyński, ktoś mówi, że on takij maljenkij i u niewo brat, toże maljenkij. Niby można z tego słynąć, Napoleon również niski był, jednak on skuteczniej rekompensował to sobie, choćby bardziej udaną agresją w kierunku wchodnim skierowaną. Po kilku minutach rozmowy żałowali że nie przyjechałem wcześniej, gdyż zabraliby mnie na wycieczki w góry, jazdę konną, kąpiel w słonym jeziorze…Kur…, też żałowałem:) Do 18.00 oglądałem filmy, a jako że nie było możliwości wydostania się stamtąd do Biszkeku o tak późnej porze, wzbudziło to ich litość i zaoferowali mi nocleg w pensjonacie. Oni, to znaczy ludzie z centrum prasowego. Jak się później okazało pracownicy czegoś w rodzaju policji skarbowej w ministerstwie finansów, oddelegowani z ramienia Państwa do opieki nad festiwalem. Po projekcji filmów musieli przygotować bankiet kończący pobyt w pensjonacie, zatem ja udałem się poleżeć sobie na plaży, a moi nowi znajomi do głównego budynku. Od jednego z nich dostałem numer telefonu pod który mam dzwonić gdyby zaczepiała mnie policja. Wieczorem udałem się do budynku prasy, gdyż noce za ciepłe nie są, a gdyby nie udało się im znaleźć dla mnie noclegu, zawsze moża byłoby przenocować tam na bardzo sympatycznych kanapach. Jednak nocleg się znalazł, i ku mojej radości zaproszenie na bankiet również. A tam już owieczki, krówki i rybki pod różnymi postaciami, koniaki, wódki różniste, kirgiska muzyka na żywo wykonywana przez bardzo urodziwe dwie panie w strojach tradycyjnych. Wznosiłem więc toasty za kino z kirgiskimi, kazachskimi, uzbeckimi, irańskimi, chińskimi i rosyjskimi, tadżyckimi (był to festiwal państw członkowskich Organizacji Szanghajskiej) reżyserami, producentami i aktorami. Wysłuchałem także po polsku piosenki o swawolnych dziewkach, gdyż przyjaciele jednego z gości pracują w warszawskim cyrku, a on sam jest z zawodu klaunem:) O godzinie drugiej w nocy impreza dobiegła końca i udaliśmy w supersympatycznych nastrojach do centrum prasowego zrobić jeszcze jakieś poprawki. Po drodze porobiliśmy sobie trochę zdjęć, między innymi z kradzieży przez mojego znajomego róż z ogrodu dla pewnej kirgiskiej niewiasty (oj, była tego warta:). Położyłem się spać, by wstać o godzinie 8.00 i ochoczo (jako że jeszcze nie wytrzeźwiałem) zabrać się do pomocy przy pakowaniu sprzętu komputerowo-biurowego do podstawionych czterech nowiutkich autobusów, z klimatyzacją i skórzanymi fotelami. W takim to też autobusie znalazło się miejsce i dla mnie. O godzinie 10.00 wszyscy goście byli już zapakowaniu w lux-autobusy i pod eskortą policji ruszyliśmy do Biszkeku. Drogę trudno opisać. Przed nami radiowóz na sygnale, cztery autobusy z flagami Kirgistanu, tworzyliśmy prawie rządowy konwój. Jest tu taka tradycja, że jak widzisz radiowóz z włączoną sygnalizacją świetlną, to zjeżdzasz na pobocze, nie ważne czy jedzie on z przeciwka, czy twoim pasem. Zatem wyglądało to tak: przez niemal 200km radiowóz jechał pasem prawym, autobus nasz lewym, żeby nikt nas nie wyprzedzał, a samochody jechały poboczem. Przejeżdżaliśmy na czerwonym świetle, braliśmy ronda pod prąd, wszystko żeby nikt się nie wcisnął w konwój. Dla niektórych może to wyglądać na nadużywanie władzy, ale po kilku dniach spędzonych w tym kraju, człowiek przyzwyczaja się że gość jest na pierwszym miejscu, i należy zapewnić mu co tylko jest się w stanie. Tak, czułem się wtedy jak prawdziwy gość:) Niestety cyfrówka leżała w bagażniku, lecz zdjęcia zdobędę od innych pasażerów, więc może niedługo pokażę jak wygląda jazda autobusem na czołówkę z Kamazem:) Po przyjeździe pomogłem przenieść sprzęt spowrotem do urzędu (pierwszy odwiedzilem skarbowke bez strachu), za co zostałem nagrodzony zaproszeniem na wręczenie nagród w Filharmonii Narodowej. Było uroczyście, nagród pilnowali żołnierze, wręczały je śliczniutkie kirgizjanki, a ceremonia prowadzona była w języku rosyjskim i kirgiskim. Po ceremonii odbył się koncert tradycyjnej muzyki kirgiskiej – barwne stroje, dziwne instrumenty, śliczne artyski: uczta dla oka i ucha. Polubię chyba festiwale. Po uroczystości akredytowani goście udali się na spotkanie do Pałacu Prezydenckiego, a ja do akademika. Z ludźmi z centrum prasowego utrzymuję jednak nadal kontakt, więc poza wspomnieniami festiwal przyniósł także nowe elementy codzienności. Conieco o filmach dopiszę w późniejszym czasie.
Czas ten nastal:)
A teraz coś z zupełnie innej beczki, a mianowicie, jakie filmy było dane mi zobaczyć. We wspomnianym kinie Czolpon było mi dane zobaczyć filmy następujące: Rabija, Grzech, Po prostu się udało, Potomek śnieżnej pantery. Gdy gaśnie światło na sali kinowej nie jest już aż tak ważne na czym siedzimy, co wdychamy, jak bardzo post nuklearny jest wystrój wnętrza. To co przeszkadzało mi w pierwszej fazie festiwalu, a mianowicie brak ludzi, przy projekcji filmu okazać się może zaletą. Nikt nie rozmawia przez komórkę, nikt nie rzuca w ciebie popcornem, nikt nie trafił na film przez pomyłkę (gdy byłem na Tytusie Andronicusie połowa sali oczekiwała Gladiatora 2, i nie tak znowu cicho dawała znać o swym niezadowoleniu). Bo nikogo poza tobą nie ma, a magia kina, nie ważne jak starego i zniszczonego, nadal wisi w powietrzu, mimo że tuż obok wiszą opary farby olejnej. Co w kirgiskim kinoteatrze zobaczył wschodnio-europejczyk?
Rabija. Piętnastominutowa krótkometrażówka M. Abdyhalikowa z Uzbekistanu. Fabuła jest taka: kobieta w ciąży, płód uszkodzony, wybór między życiem matki a dziecka, teściowa chce mieć wnuki. Mamy więc problem. Co jest warte zauważenia? Podczas wizyty w szpitalu to mąż rozmawia z ginekolożką, a żona cierpliwie czeka na zewnątrz. Jej życie zależy od tego, czy mąż powie jej o diagnozie, czy może poczeka na cudowne ozdrowienie małżonki i płodu. Po całym filmie mamy jednak wrażenie że jej życie nie aż tak zależy od znajomości diagnozy, co od woli męża. O owej diagnozie dowiaduje się ona przypadkiem, znajdując wyniki badań w płaszczu męża. Coś jeszcze? Przez całe 15 minut żona ani razu nie wydaje się być częścią rodziny. Decyzje podejmowane są przez męża oraz przez jego matkę. Mąż jednak opiera się woli rodziny i w ostatniej chwili zabiera żonę ze stołu operacyjnego, obiecując najlepsze szpitale, opiekę, i oczywiście, że wszystko będzie dobrze. Taki niby happy end. Nie możemy jednak powiedzieć, że matka jest bezwolna; ona chce to dziecko urodzić i cichutko daje o tym znać. Wrażenia… oglądało się to świetnie. Na kinie muzułmańskim się nie znam, ale mogę powiedzieć tak: jeśli brakuje wam wstrząsającego europejsko-chrześcijańskimi (szkoda że nie katolickimi) umysłami kina, obejrzyjcie sobie jakiś krótki moralizatorski film z tego kręgu kulturowego. Jest to po prostu genialne kino feministyczne. Gdybym wiedział coś więcej na ten temat, lub porozmawiał reżyserem filmu, mógłbym napisać trochę więcej, lub inaczej, a tak napiszę co następuje: widzimy w tym filmie elementy o których europejczyk czyta tylko w książkach o historii kultury, opowiadają mu o tym babcie, lub nawet prababcie, a zachodnie feministki mogą przypomnieć sobie na projekcji co wywalczyły, a być może o czym zapomniały, i niczym Armia Czerwona w Berlinie, chcą iść dalej. Nikt już u nas takiego kina nie robi, bo mamy to za sobą. Nie wiem jednak czy robią świadomie takie kino w Uzbekistanie, czy są to odczucia z europejskiego punktu widzenia. Czy więc jest to krótka historyjka o problemach kobiety? I tak, i nie. Mamy tutaj wspaniałą możliwość odczytania tego filmu w sposób dwojaki. Nie wiem co autor miał na myśli, lecz dla mojego niewyrobionego oka głównym bohaterem jest ojciec oraz dziecko, tytułowa Rabija. Śmiem przypuszczać, że dla widza uzbeckiego, akcja rozgrywa się między synem a jego matką, oraz mamy walkę wewnętrzną w samym przyszłym ojcu. To mąż podejmuje decyzję za żonę i to na nim spoczywa odpowiedzialność. Ona jest mu posłuszna i nie protestuje. Tu jeszcze nie ma miejsca na walkę kobiety o prawo do decydowania o sobie, gdyż nie ma miejsca dla kobiety w ogóle. Przez cały film twarz jej zmienia się nieznacznie, i niezależnie od wydarzeń bije z niej spokój. Wspomniałem że walka odbywa się również na płaszczyźnie matka-syn. Więc jakąś rolę kobieta odgrywa, może stwierdzić czytelnik. Nic bardziej mylnego. Odgrywa taką samą rolę jak Enterprise w Star Treku. Jest jedynie nośnikiem dla wartości: rodzina, dzieci, opinia środowiska, zachowanie gatunku i tym podobnych, a nie niezależną istotą ludzką. Bardzo dobrze, że reżyser na głowę rodziny wybrał kobietę. Gotowi byśmy byli pomyśleć jeszcze, że mamy tu do czynienia z kulturą patriarchalną i złem rodzaju męskiego, a tak mamy po prostu niezależny od płci nośnik wartości. I to z nimi walczy nasz bohater. Na tym zakończyć moglibyśmy odczytanie dla lokalnej interpretacji. Dla widza europejskiego pozostaje jeszcze zajęcie się bohaterką. Kobieta ma w pewnym momencie sen, w którym ukazuje się jej przyszła córka, i w owym śnie kobieta podejmuje decyzję o utrzymaniu ciąży. Sen jest jedynym środowiskiem, w którym może pozwolić sobie na otwarte wypowiedzenie swojego zdania. O niemożności decydowania o sobie świadczy fakt, że ów sen ma miejsce przed operacją usunięcia ciąży, którą to operację przerywa dopiero mąż, wbiegając na salę. Wspaniały obraz tego, jak możemy być zniewoleni przez wartości narzucane nam przez najbliższe otoczenie. I nie jest to zniewolenie, w którym koniecznością jest wybór między jedną a drugą wartością, a fizyczna niemoc decydowania o sobie. Problem wyboru nie tkwi w nas, lecz w środowisku. My możemy tylko liczyć na to że podejmujący za nas decyzje ludzie, postąpią zgodnie z naszą wolą. Jeśli nie postąpią, nic nie możemy zrobić.
Grzech. Film wyprodukowany w Kazachstanie, wyreżyserowany przez B. Szaripa. Opowiada historię Szolopan, historię zdrady i zbrodni. Szolopan jest młodą, piękną kobietą która wychodzi za mąż za najlepszą partię w wiosce. Nie chce mieć jednak dzieci i gorąco się o to modli, pragnie zachować męża tylko dla siebie. Po kilku latach zaczyna jej czegoś brakować, instynkt macierzyński daje o sobie znać. Okazuje się modlitwy zdały się psu na budę, bo mąż i tak jest bezpłodny. Krótka walka wewnętrzna, i już Szolopan zaczyna rozglądać się jaki jest stan młodego męskiego pokolenia w wiosce. Nie jest on zły, i Szolopan podczas wyjazdu męża do miasta zachodzi w ciążę. Mąż wraca i katuje żonę. Fabuła oklepana, znajdziemy ją w wielu obrazach. Jednak akcenty rozłożone są troszkę inaczej. Mimo że dzieci tu nie występują, to o nich jest ten film. Podobnie jak w poprzedniej Rabiji. Przez połowę filmu Szolopan jest postacią negatywną, bo nie chce mieć dzieci, a przez drugą połowę jest postacią negatywną bo chce mieć dzieci, ale mąż nie może. Warta zauważenia jest scena końcowa. Wgniotłoby mnie w fotel gdybym nie siedział na drewnianej desce obitej tylko syntetycznym materiałem. Po skatowaniu, ciężarna Szolopan (zostaje jednak w ostatniej chwili uratowana przez sąsiadkę) zostaje zabrana do stodoły, i oblana 40 wiadrami zimnej wody by zmyć z niej grzech zgodnie z prawem Szariatu. Gdy leży na ziemi odwiedza ją mąż i ze łzami w oczach…nie, nie przeprasza, nie wyzywa jej też od najgorszych. To byłby świat zachodni. Ona leży tam, a jakby leżały miliony innych kobiet. Zupełny brak odniesienia do osoby którą się prawie zabiło. Nie pamiętam dokładnie słów męża Szolopan, lecz były to zarzuty odnoszące się do złej natury kobiet która nie może być inna, zarzuty wobec całego rodzaju żeńskiego i ubolewanie nad męskim losem, skazanym na koegzystencję z kobietami (no dobra, trochę racji miał:). Mąż sprawia wrażenie skazanego na ukaranie żony, a żona skazana na karę przez siły wyższe. Trudno to oddać słowami, poza tym sporo z kwestii zapomniałem, jednak warto przeczekać cały film dla tej sceny. Poza tym są tam góry, pokazy jazdy konnej, jurty więc nie będziemy się nudzili.
Po prostu się udało. Rosyjska komedia wykorzystująca motyw lustrzanego podobieństwa gangstera i niespełnionego aktora. Ogląda się to dobrze, i mimo nieodkrywczego schematu, film potrafi momentami zaskoczyć. Czasami dobrze taki schemat zobaczyć w moskiewskim czy bollywoodzim wykonaniu, a nie tylko remake’i z USA.
Potomek śnieżnej pantery. Produkt Kirgistanu. Niestety obejrzałem tylko część pierwszą, do sceny powrotu na wiosnę z gór rodu Śnieżnych Panter. Ale będę usilnie poszukiwał w biszkekowych wypożyczalniach części drugiej. Fabuła może nie za ciekawa, walka o przetrwanie w trudnym środowisku Kirgistanu. Przesłanie, to dbanie o środowisko naturalne i potrzeba wzajemnej pomocy w niesprzyjających warunkach. Ale zdjęcia…muszę się dowiedzieć ile z tego było kręcone w studio, a jak dużo było wypraw z kamerą w góry. Zdjęcia porażają. Poza tym pościgowi głównego bohatera za kozicą w dziedzinie pościgów górskich śmiało odpowiada pościg Bullita po ulicach San Francisco w dziedzinie pościgów miejskich. Przy Śnieżnych Panterach nasz Janosik to dziadek z balkonikiem. Warto obejrzeć.
O filmie z dnia drugiego wspomnę tylko jednym. Nie, żeby inne nie były tego warte, lecz troszkę się już zapomniało, i aż tak bardzo z prawdą mijać mi się nie chce. Za to opiszę jedną ciekawą komedię. Jej tytuł to … (nie wiem jak to zapisać:). Jest to komedia przypominająca trochę Samych Swoich, może nie fabułą, lecz rodzajem humoru, częstymi odwołaniami do tradycji, narodowych cech, historii itp. Taka komedia ku pokrzepieniu serc. Fabuła jest taka. Dziewczyna z miasta wyjeżdża ze swoim narzeczonym na wieś, by tam zostać przedstawioną jego rodzinie. Na przyjęciu urodzinowym kolegi przyszłego męża zostaje przez przypadek porwana. Nie dla okupu lub części zamienne, lecz jako narzeczona dla Sagyana, lokalnego pasterza, ale z bogatej w łąki rodziny. Tradycja porwań dziewczyn jako materiałów na żony jest tu długa, lecz dziś tradycyjnie mówimy tylko dziewczynie ‘porywam cię’, ona odpowiada ‘ok’ i po sprawie. Mimo że w mini-formie, porwanie musi jednak być. I o tej scenie porwania chciałbym kilka słów napisać. Gdy ją porwali, było nawet śmiesznie, tzn. porwanie miało chaplinowski klimat, ludzie się przewracali, samochody prawie potrącały ludzi (jakby potrącały byłoby już b.zabawnie:), taki familijny typ komedii. Lecz gdy dziewczyny jakoś nie chcieli uwolnić, mimo że wiedzieli o pomyłce, a wszystko zrzucali na zrządzenie losu, zrobiło się strasznie. Tzn. dla mnie, publiczność nadal się śmiała. Odbył się ślub, Sagyan wieczorem przyszedł do jej łóżka, i bohatersko jej nie zgwałcił. Tradycją jest, że ktoś musi powiadomć rodzinę dziewczyny o porwaniu. W tym nadzieja pomyślałem. Lecz ojciec się spił i cieszył z syna którego nigdy nie miał. Po ślubie wywieziono dziewczynę na ciężarówce w góry, aby pilnowała owiec, a ona zachwyciła się zachodem Słońca i biegała z owcami. Na wycieczce też bym się zachwycił, ale nie na zesłaniu. Zżyłem się z tą bohaterką (ładna:), i to co się z nią stało, w jaki sposób, wzbudziło we mnie lęk pierwotny, moje poczucie wolności i możliwości samodecydowania o sobie zaczęło się trząść ze strachu. Podobne odczucia miałem tylko na “Locie nad kukułczym gniazdem”, tylko tu wyglądało to tak, jakby Mc Murphy’emu najpierw zrobili lobotomię, a później zaczął się cieszyć z pobytu w psychiatryku. Ale Kirgizów to śmieszyło… Chyba różnice kulturowe są większe niż podejrzewałem:)
I to tyle z wrażeń które chciałem przekazać.
Qrwa gruby ty sobie tam niezle poczynasz. Chyba powiem Jerzowi ;p. Bo tak nie może byc !!!!
Hehe, niby nie moze, a jest. Ale poza tym to rowniez sie ucze; zdobywam skile jezykowe i inne takie. Co i Tobie polecam:) Glupio by bylo gdybys skonczyl studia wczesniej ode mnie:) No, to tyle. Ciesz sie ostatnimi chwilami beznaukowego zycia. Pozdrawiam NWW
hmm
aż mnie zmroziły te opisy filmów..no nieźle nieźle skomponowane…
ja póki co staram się wyleźć z depresji popowrotowej..ciężko idzie :(
czyta sie jak t.halika, choc nigdy nie mialem okazji, lecz z pewnego zrodla wiadomym mi jest, ze strasznie koloryzowal. wprost ciezko uwierzyc, ze wszystko to jest na “faktach autentycznych” i tylko autorytet tak zacnej osoby (loda Ci nie zrobie, jakby co) pozwala mi przyjac to za opis zgodny z zaszlymi wydarzeniami.
ps. jak wiele lat temu trzeba bylo zawitac na ten swiat, aby sypac z rekawa porownianiami odnoszacymi sie do filmow, ktore obsadzone byly przez ojcow ojcow tych, ktorych ogladc mozna dzis
na koniec pochwale sie jeszcze: veni, vidi, scripsi, perii, vici. omnia quae mihi restituerunt librum scribere;)
no faktycznie nieźle sobie poczynasz.:) pozdrawiam
Do Piotrusia: Nic a nic nie koloryzuje:) Same faktowne fakty tu przedstawiam. Chociaz… poza pisaniem tego bloga to jezyka polskiego uzywam tylko plotac wulgarne wiazanki na samochody ktore chca mnie na pasach przejechac, na zaczepiajacych mnie pijakow w parkach (ale sa grzeczni) i jak sie naje.., to wtedy poza polskim zadnego innego jezyka uzywac nie jestem w stanie. Wiec jak juz jest okazja to uzywam wszelkich mi znanych slow, co moze skutkowac pewnym koloryzowaniem:)
Do Basi: opis filmow traci troche europocentryzmem, i kilka rzeczy nalezaloby dodac, ale… to blog tylko:) Niedlugo zima wiec depresje bedziesz mogla na stokach Wisly podleczyc:) Ja juz rozpoczalem badac lokalny rynek narciarski, i tak, mozna tu pojezdzic, cen niestety jeszcze nie znam, lecz tanio chyba nie bedzie. sport ten jeszcze sie nie rozpowszechnil. no zobaczymy, na jeden dzien bialego szalenstwa moge sobie pozwolic:)
Do Protestanta: napisz jak na obronie bylo!!! no i pozdrawiam oczywiscie:)
pozdrowienia z nww. gadałem z twoim ojcem dzisiaj o tobie. blog świetny trzymaj się i daj jakieś zdjęcia tych kirgiskich kobiet co tak chwalisz;)