Dnia 14 października odbyłem krótką wycieczkę za miasto z Polakami używającymi następujących imion: Anna, Jakub, Maciej. Uściślając: Polaków tych jest trójka, mężczyźni używają imion męskich, kobieta posługuje się imieniem żeńskim. Wycieczka przebiegła bezproblemowo i można zaliczyć ją to grona tych ciekawych (innych tutaj zresztą nie miałem). Samo oglądanie gór i kąpanie się w basenie z termalnymi wodami byłoby wystarczającym powodem do wzmianki o tym wyjeździe, lecz to nie wszystko. Poza typową rolą wycieczki jako ciekawej czasoprzestrzeni wykorzystywanej do robienia zdjęć, owo wydarzenie stało się dla mnie granicą między charakterystycznym dla dłuższych wyjazdów zagranicznych poczuciem swój – obcy. Gdy opuszczałem szkołę podstawową i rozpoczynałem edukację na średnim poziomie, po kilku tygodniach Bydgoszcz stała się moim miastem. Gdy zdana matura otworzyła mi drogę do studiowania, po małych perypetiach udałem się do Torunia, i również po jakimś czasie to miasto przestało być obce, i stało się swoje. Dnia 14.10. 2007 moim miastem stał się Biszkek.
Proces oswajania się z kirgiskimi betonami byłby zapewne dużo dłuższy, gdybym nie spotkał się z lokalną Polonią, lecz nie sądzę że byłby bardzo długi. Gdybym ludzi z polskiego stowarzyszenia „Odrodzenie” nie poznał, oswojenie przyszłoby tak czy inaczej. Muszę powiedzieć, że zyskałem pewną śmiałość w posługiwaniu się rosyjskim, Chińczycy z grupy i akademika również, więc i rozmów więcej. Powoli poznaję kadrę z innych wydziałów, przez co rozmowy które prowadzę są dość interesujące, jest o czym myśleć. Zapoznałem się już z wszystkimi trzema klubami z muzyką rockową w mieście, wiem gdzie znaleźć repertuar Teatru, Opery, Filharmonii, prawie znam rozkład marszrutek w mieście, i gdzie jest najtańszy alkohol. Takie rzeczy ułatwiają oswajanie miasta. Przyznać jednak muszę, że wizyta w Zgromadzeniu Narodów Kirgistanu pozwoliła przekroczyć tą granicę ilości znanych ludzi i miejsc, za którą rozpoczyna się poczucie swojości. Spotykając po miesiącu przerwy w słuchaniu języka polskiego grupę kilkunastu osób posługujących się mową ojczystą, nie jest dziwnym przekroczenie wspomnianej granicy.
Każdy kij ma dwa końce a medal dwie strony. Czas więc na złą informację. Wraz z oswojeniem znika poczucie niezwykłości, nowości. Prospekt Manasa, plac Ala-Too, czy inne miejsca będące celem spacerów już tak nie przykuwają uwagi, już nie przelicza się somów na złotówki, nawet labirynt Oszskiego Bazaru wydaje się do przejścia. Strasznie jest się przyzwyczaić. Bez wzmożonej uwagi skupiającej się na kirgiskich odrębnościach czas zaczyna biec dużo szybciej. Do tego stopnia szybko, że aż normalnie. Normalnie jak dla normalnego życia, a nie wycieczki w Centralną Azję. Początki mego pobytu liczyłem w minutach i godzinach. Wystarczyło pospacerować kilka minut aby zobaczyć coś niezwykłego, dziwnego, odmiennego. Teraz wygląda to tak, jakby podtytuł tego bloga, „Cztery pory roku w Kirgistanie”, nie mówił o długości czasu jaki tu spędzę, a mówił o najbardziej adekwatnym sposobie odliczania tego czasu. Miesiąc temu wystarczyła grupka Azjatek wychodząca z zajęć, żeby poczuć, że jest się w innej czasoprzestrzeni, teraz muszę wpaść do studzienki przysypanej pożółkłymi liśćmi, żeby zauważyć upływający czas i zmiany wokół mnie jakie zaszły po wyjeździe z Polski. Potem da o sobie znać zima i być może kolejne przeziębienia czy odmrożenia (mam nadzieje że się w styczniowe górki wybiorę) będą niczym tyknięcia zegara. Chociaż jeśli nie włączą nam ogrzewania w akademiku, to znów każda chwila może wydawać się wiecznością, jak za starych dobrych czasów. Coraz silniejsze bodźce są potrzebne gdy dopada nas oswojenie.
Przewracamy medal znów na jasną stronę. Oswoiłem się z naprawdę fajnym miastem, miastem które jest stolicą pięknego kraju. Mogłem się przecież przyzwyczaić do Katowic. Jestem więc bardzo szczęśliwy z nie aż tak wesołego zjawiska.
A co można powiedzieć o miejscu przemiany zaszłej we mnie? Tyoplye Klyuchi są takim mini-kurortem oddalonym trochę ponad godzinę drogi od Biszkeku. Dotrzemy tam posługując się marszrutką 373 odjeżdżającą spod Alamadińskiego rynku. Bilety kosztuje 30 somów. Ile marszrutek tam jedzie, nie wiem. My pojechaliśmy po godzinie 9.00 w niedzielę, i tego samego dnia wróciliśmy marszrutką przyjeżdżającą pod bramę Tyoplye Klyuchi o godzinie 17.00. Kurort ten oferuje nam basen z termalnymi wodami. Poza radością z pluskania się w tym darze natury, możemy obserwować także socjalistyczne wzornictwo na ścianach basenu, oraz okoliczne góry przez sporej wielkości okna. Niektóre z nich były wybite, więc oddychamy również górskim powietrzem. Basen ten kosztuje 60 somów za godzinę. Możemy tam popaplać się także w błocie (trochę dalej od basenu), wziąć masaż, i chyba posiedzieć w saunie. Jako że jest już po sezonie, repertuar świadczonych usług jest niepewny. Troszkę wyżej znajduje się stołówka, w niej sklepik z alkoholem i batonikami, oraz kilkadziesiąt metrów dalej, domki noclegowe. Najtańszy kosztuje 300 somów za osobę. Jako ze przez jedyne 6 godzin chcieliśmy zjeść obiad, pochodzić po górach, i wykąpać się w basenie, to z tych trzech rzeczy, w pełni udało się zrealizować kąpiel. Na obiad się spóźniliśmy (obiad jest o 13.00, a nie od 13.00), a dojście do pierwszej ośnieżonej góry z małym lodowcem oceniliśmy na 5h w jedną stronę. Pospacerowaliśmy więc po bardzo sympatycznej dolinie, z cudownymi widokami na góry, do których obiecaliśmy sobie dojść w listopadzie. Na obiad zjedliśmy suchy chleb, popiliśmy herbatą wyproszoną od el komendante noclegowni i poszliśmy na basen. Trochę pływania, oglądania jak Kirgizki prezentują się w strojach kąpielowych, i do Biszkeku.
W taki to dzień oswoiłem się z Kirgistanem. Był to dobry dzień na oswojenie się. Oswojenie mogło przecież do mnie przyjść, gdy siedziałbym cały dzień na kiblu po nieświeżych parówkach w cieście, lub w dzień gdy faktycznie zaliczę odkrytą studzienkę kanalizacyjną. Wycieczka w góry i podziwianie czterotysięczników to dobry dzień na takie rzeczy. Towarzysze wycieczki również wydawali się nią cieszyć. Wszyscy zrobiliśmy całkiem miłe zdjęcia, odpoczęliśmy od wielkiej płyty, a Ania znalazła pendrive na polanie. Nie tylko dla mnie był to dobry dzień. Jak na oswojonego człowieka przystało, nie mam więcej pomysłów na dalsze stawiania uporządkowanych literek. Koniec.
to jak ja sobie wyskoczę w niedzielę na Magurkę…. to taka górka…. i to takie normalne, potem się wraca i potem się czeka na śnieg..tyle że na południu Polski. A Ty to robisz kawałek dalej.
Oswojenie przyjść musiało, no bo ileż czasu można być gościem i tylko “być na chwilę”?
a tak na marginesie:
czy widziałeś już kirgiskie owce?
nic nie piszesz….
No jakos wena do blogowania mnie opuscila:) Ale zaczne pisac, zaczne. Jak na razie musze podelektowac sie kirgiska jesienia. Jest sympatyczna:)
Ale chodzi ci o takie owce na talerzu czy na lace?:) Kirgiskie owce sa strasznie dziwne. Po pierwsze, sa bardzo duze, glowy jakos tak wysuniete nienaturalnie do przodu, dlugie nogi..Po drugie sa strasznie dziwne, trudno to opisac:) Pojutrze wrzuce kilka owczych zdjec