W Kirgistanie Wielkanoc nieoficjalnie wypadła nam w kwietniu. Stowarzyszenie Polaków wystawiło „Wesele” pod kierownictwem Anny J. i przygotowało wielkanocny stół dla lokalnej Polonii. Były pisanki, była kiełbaska, były ciasteczka, było sympatycznie. Było też nader refleksyjnie. Jako że święto religijne raczej, to refleksyjność i z tego koszyczka była. Święto jak święto jednak, jajeczkiem można się podzielić, z przyjaciółmi spotkać, wodą oblać, wódę polać, wiosną cieszyć, nowym życiem budzącym się wokół - stare dobre pogańskie obyczaje. Dla niektórych jest to też umowny czas wspominania pewnych wydarzeń z jaskini gdzieś na Bliskim Wschodzie. I o nich chciałbym krótko. Na spotkanie wielkanocne lokalny przedstawiciel Papy Rimskiego przywiózł ze sobą dzieci z biednych rodzin. Pomagała mu w zbieraniu nieszczęścia siostra zakonna. Przywieźli ze sobą bardzo sympatyczne młode osoby których życie nie rozpieszcza. Bardzo szczytna idea, bardzo ładnie że Kościół chce pomagać… ale przy okazji dzieci już od najmłodszych lat uczone są, że nie ma pomocy za darmo. Wszystkie musiały nauczyć się wierszyków o Chrystusie oraz przygotować prace plastyczne o Wielkiej Nocy. Podczas recytacji niektóre wygłodniałymi oczyma spoglądały co jakiś czas na ciasteczka i kiełbaski leżące na stole. Gdy już wszystkie zaprezentowały swoje poświęcenie dla wiary, mogły rzucić się na jedzenie. Wiem że świat jest okrutny, że duże organizacje raczej wolą operować na wygłodniałym rynku producenta niż rynku najedzonych konsumentów, ale żeby oferować dzieciom kiełbasę w zamian za duszę? Ot tak kiełbasy dostać niestety nie można. Nawet ciasteczek.

Żyjąc w Polsce powinienem być przyzwyczajony do działań propagandowych różnych organizacji religijnych, i cała sytuacja z Paschą dziwić mnie nie powinna. Lecz zdziwiła. Zdziwiła dlatego, iż od obecności wiary w życiu codziennym, przybierającej różne nazwy, się odzwyczaiłem. Mieszkam w muzułmańskim kraju - czytam lokalne gazety, oglądam lokalną telewizję, a o tym że jest to podwórko Allaha przypominają mi jedynie restauracja „Faiza”, gdzie alkoholu nie podają, i przystanek autobusowy „Meczet” (jest też jednak przystanek „Cerkiew” - dla równowagi religii, i „Cyrk” - łączący dwa poprzednie). Żeby znaleźć się w społeczeństwie doświadczającym tak agresywnego marketingu ze strony religii, jak to ma miejsce w Polsce, do Iranu musiałbym się chyba udać. Patrzyłem na dzieci jedzące nagrody za wyznanie wiary i próbowałem odnaleźć pozytywy całej sytuacji. Sobota była upalna, więc pomyślałem o miłych chłodku jaki dają ciężkie romańskie budowle. W gorące lato prawdziwy luksus, a i sztuką można się przy okazji napoić, dotknąć wieków. W Kirgistanie jednak na kilkusetletnie kościoły dzieci liczyć nie mają co. Po dłuższej chwili rozmyślań również Monty Pythona sobie przypomniałem. Swego czasu wypytywałem muzułmańskich kolegów o twórczość brytyjskich komików, lecz żadnemu znana nie była. Śmiem jednak przypuszczać, że Latający Cyrk nie za bardzo byłby w stanie ich rozśmieszyć. Podziękować wypada więc religii chrześcijańskiej za umiejscowienie mnie w sytuacji kulturowej umożliwiającej odbiór geniuszu komedii XX wieku. Mam nadzieję że dzieciaki kiedyś obejrzą „Żywot Briana”, i będą się w stanie zaśmiać, i również swojemu wyznaniu podziękują za to. Nawet jeżeli za karę nie dostaną kiełbaski na kolację.

Zdaję sobie sprawę, że dzieciaki mogły nauczyć się wierszyków i wykonać prace plastyczne z miłości do Boga. Ale kiedyś byłem dzieckiem, nawet zwerbowano mnie na ministranta, i nie sądzę że kilka tysięcy kilometrów od Polski zainteresowania dzieci z jeżdżenia rowerem i grania w piłkę mogą skierować się ku Absolutowi.

W niedzielę odbyło się małe święto futra. Klub Miłośników Kotów z Biszkeku zorganizował wystawę lokalnych sierściuchów w budynku Rosyjskiego Teatru Dramatycznego. Przybyło około 60 kocurków. Atmosfera wystawy była rewelacyjna, prawie że rodzinna, a w powietrzu unosiła się sierść. Muszę się pochwalić, że wygrał mój faworyt – kot Żorż, numer 57. Znawcą nie jestem, upatrzyłem sobie po prostu najgrubszego. Była również sympatyczna para kotów o podobno unikalnym szynszylowym futrze. Kociak taki kosztował 850$. Poza bezwłosymi sfinksami wszystkie koty cieszyły oko i wprowadzały w nader sympatyczny nastrój. Podczas zawodów w kategori szetland, płeć kotka, wystąpił mały problem, gdyż wkradł się do stawki pewien kocur i zajął drugie miejsce. Słowa jednak komisja musi dotrzymywać, i za drugie miejsce zgarnął 5kg suchej karmy oraz dyplom za kategorię żeńską. Nie było widać aby jego kocie męskie ego jakoś ucierpiało na owym fakcie.

Wystawę otwarto o godzinie 9.00, ja zjawiłem się trzy godziny później, zamknięcie nastąpiło o 17.00. Niestety wspomniane trzy godziny spóźnienia zaowocowały tym, że niektóre koty były poddenerwowane, inne spały, lub chowały się pod kocyki, poduszki i temu podobne. Poddenerwowanie powodowały dzieci i flesze od aparatów. Większość dzieci miala aparaty, więc się sumowało niejako. O ile dziesięciolatki w miarę obchodziły się z futrzakami, to młodsze wyglądały jak mali poszukiwacze nożyczek aby kotku oczy wydłubać. Szarpały klatkami, jakimiś patyczkami próbowały odwrócić kota do zdjęcia…zdecydowanie do zabaw z dziećmi bardziej psy się nadają. Taki piesek odgryzie dziecku rączkę i będzie miało nauczkę na przyszłość. Choć kotek oczko może wydrapać…

 

   21 marca obchodzone jest Święto Wiosny - centralno-azjatycki Nowy Rok. Obecnie w Biszkeku panuje pogoda nader sympatyczna, temperatura podczas dnia przekracza dwadzieścia stopni, a nocą nie spada poniżej dziesięciu. Drzewka się zielenią, ptaszki ćwierkają, kwiatki kwitną, po prostu Nowy Rok Wegetacji dla Kirgistanu się rozpoczął. W ten dzień tradycyjnie na Ипподроме odbywają się pokazy narodowych sportów Kirgistanu i jego sąsiadów. Spod Filharmonii do stadionu dostać się możemy marszrutką numer 136. Architektonicznie budowla nie powala na kolana, trybuny tez nie z specjalnie duże, ale za to mamy wspaniały widok na góry, nieprzysłonięte wielką płytą, elektrociepłownią czy innym spichlerzem zbożowym. Zawody były bardzo dobrze obstawione przez milicję i wojsko na wypadek zbytniego podniesienia się emocji sportowych wśród kibiców. Dane nam było zobaczyć tylko jeden rodzaj zmagań sportowych, a mianowicie Улак-Тартыш zwany też Кок-Оруу. Jest to znane wszystkim z Rambo III wrzucanie kozła do okręgu. Mamy dwie drużyny na koniach - aktywna część przedstawienia, pięć okręgów i martwego kozła - nader pasywna część przedstawienia. Boisko wymiarami przypomina piłkarskie, wzdłuż dłuższych boków mamy bandy, teren za “bramkami” ograniczony linią. Boisko podzielone jest na dwie połowy. W centralnym okręgu rozpoczyna się gra i jest ona w tym miejscu wznawiana po zdobyciu gola. Okręgi umieszczone w środku każdej połowy służą do wznawiania gry po aucie (wyjechanie konikiem za linię końcową). Bramką jest mały okrąg, wersja tańsza boiska, lub studnio-kopiec zrobiony z opon od ciężarówki, wersja de lux. W grze bierze udział ok. 10 koników i tyleż samo jeźdźców. W trakcie gry zawodnicy mogą się zmieniać. Nie że przechodzą metamorfozę i stają się wegetarianami z GreenPeace, tylko przy urazach, zmęczeniu swoim lub konia (raczej nie to ostatnie) zjeżdżają do boksu. Ilość zmian jest chyba nieograniczona. Ogólnie wygląda to jak połączenie polo, rugby, hokeja i bitwy średniowiecznej. Końcowy efekt jest rewelacyjny. Jeden z bardziej emocjonujących i dynamicznych sportów jakie dane mi było oglądać na żywo. Nawet truchło kozła wydaje się ożywać podczas gry. Do tego umiejętności jeździeckie zawodników powalają na kolana; często nie tylko widzów, ale i konie. Polecam odwiedzającym Azję Centralną!

 

   Z innych zabaw wspomnieć należy o Кызы-Кумай - dziewczyna ucieka na koniu, chłopiec goni ją na koniu. Gra dobiega końca, gdy chłopiec dogoni dziewczynę i pocałuje. Lub zgwałci, nie pamiętam dokładnie. Zależy to chyba do tego,czy zawody emitują po czy przed 23.00:). Mamy jeszcze Тыйын-Энмей - z biegnącego konia jeździec musi podnieść z ziemi kopiejkę, oraz Эрегиш - dwóch jeźdźców się napieprza, takie zapasy na koniach.  Przegrywa ten, kto spadnie. Niestety tych sportów nie było nam dane zobaczyć.

   6000 kilometrów stąd, za dwoma wyznaniami, za kilkoma mniej lub bardziej rozwiniętymi kulturami odbywają się Święta Wielkanocne, czas zadumy, czas Zmartwychwstania. I o owym procesie chciałbym trochę po rozważać w sportowo-lokalnych klimatach. Na chwilę chciałbym do piłki się przyczepić. Otóż może być ona zrobiona z kozła, barana czy nawet cielaka. Tak napisało Lonely Planet. Ciekawe czy wersje żeńskie tych zwierzaków mogą brać udział w zabawie… Jak widać, piłkę robimy z tego co mamy pod ręką. Bierzemy zwierzaka, wybebeszamy, obcinamy głowę i voila. Warto może by sprawdzić, czy po lekkich modyfikacjach sport ten przyjął by się Europie. Przeciętnemu mieszkańcowi Starego Kontynentu brakuje zdolności jeździeckich, ale za wszelakimi piłkami biegamy od dzieciństwa. Pamiętam z moich lat wczesnomłodzieńczych, że po zabiciu różnych zwierzaków hodowlanych dostawało się ich wnętrzności mogące za piłkę służyć, a to pęcherz świnki, a to zbiorniki balastowe karpia, a to czaszkę gdzieś się znalazło i w mini-rugby można było pograć. Drzwi do świata wypchanych zwierząt były trochę zatrzaśnięte. Możliwości mamy jednak naprawdę sporo. Ile to chomików i świnek morskich odeszło bezproduktywnie wywołując jedynie płacz dziecka. A wystarczyło jedynie wypatroszyć i już nasz szkrab leciał by na osiedlowe boisko utopić smutki w morzu zabawy dostarczanej przez chomika nożnego. Jest też cała masa innych zwierzaków gotowych do zabawy. Oczywiście nie wszystkimi da się bawić bezproblemowo, np. taki rottweiler czy owczarek kaukaski do footballu nadaje się jak piłka lekarska, ale już sporty zimowe mogą rozwiązać nam ten problem. Dlaczego zjeżdżać z górki na nieekologicznej dętce? Dajmy drugie życie naszemu pupilowi, odmrożenia już mu nie groźne. Zdaję sobie sprawę, że nie w każdym domu gości odpowiednich rozmiarów zwierzątko. Jest cała masa ludzi hodująca rybki czy ozdobne krewetki akwariowe po 15zł sztuka. I dla nich znaleźć można wyjścia. Roadkill. Gdy tatuś zajmuje się przyklejaniem zderzaka, dzieci mogą ten czas wykorzystać na przerobienie liska czy dzika na całkiem sympatyczną zabawkę. Zamienić wypadek drogowy na okazję do gier i zabaw zespołowych. Widzę tu także wyjście dla schronisk dla zwierząt. Jest przepełnienie, zwierzaki żyją w strasznych warunkach, ludzie nie chcą ich adoptować…nie chcą adoptować, gdyż są żywe! Z takim żywym to i na spacer trzeba wychodzić, i gówna po nim sprzątać (te gówna to biorą się stąd, że nas objada), i na wakacje zabrać trzeba, bo bliższa czy dalsza rodzina ma nasz problem w dupie. Rozwiązanie samo się nasuwa…Chciałem dodać swoje trzy grosze do świątecznych rozważań o tym, że śmierć to jeszcze nie koniec. Koniec.

img_6838.jpgimg_6844.jpgimg_6856.jpgimg_6863.jpgimg_6864.jpgimg_6868.jpgimg_6872.jpgimg_6874.jpgimg_6876.jpgimg_6882.jpgimg_6883.jpgimg_6887.jpgimg_6892.jpgimg_6895.jpg

   Międzynarodowy Dzień Kobiet w Kirgistanie obchodzony był niejako nijako. Można by powiedzieć, że raczej obchodzono go szerokim łukiem. Były plakaty, były pozdrowienia dla kobiet na telebimach, były sprzedawane kwiaty na ulicach, były serduszka w witrynach sklepowych. Bardzo podobne to wszystko do Walentynek. Brakowało klimatu na, który mógłby poczuć obcokrajowiec. Może w zakładach pracy czy zaciszach domowych było bardziej klimatycznie, ale do żadnego zakładu pracy zajrzeć nie było mi dane, podobnie jak na ognisko domowe rzucić okiem. Śmiem przypuszczać, że święto to przypomina pod pewnymi względami Boże Narodzenie u nas. Cieszymy się z kilku dni wolnych, prezentów, okazji do wypicia z rodziną. Narodziny Boga zbyt wielu chyba nie obchodzą - rodzi się co roku od ponad dwóch tysięcy lat, więc zbytnio przejmować się tym nie należy. Dzień Kobiet w Kirgistanie wydaje mi się podobnie oszukany. Kirgizi chwalą się szacunkiem jakim obdarzane są przez nich kobiety. Po kilku miesiącach spędzonych tutaj mogę powiedzieć, że podobnym szacunkiem darzą owce i inne hodowlane zwierzaki. Nie dość że szacunek mężczyzn jest dość dziwny, to jeszcze kobiety same siebie za specjalnie nie szanują. Wyczytałem, że w 2006 roku przeprowadzono badanie wśród kobiet w wieku 19-45 lat dotyczące przemocy domowej. Dwadzieścia procent uznało, że przemoc ze strony mężczyzny jest dopuszczalna, jeśli: kobieta wyjdzie z domu bez pozwolenia (20.5%), nie dba o dzieci właściwie (22.4%), wyrazi sprzeciw dowolnego rodzaju (25.6%), odmówi współżycia (9.5%), przypali jedzenie (11.3%). Wśród badanych, 38% uznało, że przemoc domowa jest raczej dopuszczalna. Może jest tak, że Dzień Kobiet przypomina trochę juwenalia. Na kilka dni kobiety dostają klucze do miasta i patriarchalne społeczeństwo odnosi się do nich z szacunkiem. Święto mija, i pozostaje czekać do przyszłego roku.

    8 marca chciałem tej sytuacji jakoś przeciwdziałać, ale krótkie przyjrzenie się skali problemu przekonało mnie, że rady nie dam. Postanowiłem więc wypić za Wasze zdrowie, moje Panie. Na tyle mogłem sobie pozwolić. Taki był początkowy zamysł - jak się w niedzielę okazało, zrobiłem coś więcej. Poszedłem niejako śladami Jezusa – umarłem za Was w sobotę, a całą niedzielę próbowałem z martwych wstać. Udało się dopiero w poniedziałek. O zmierzchu udałem się wznieść kilka toastów do rock-klubu Tequila Blues. Akurat był koncercik z okazji Dnia Kobiet, lokalne zespoły grały hity z lat 60tych a także przeróbki The White Stripes i innych z nowej fali rocka. Poskakałem więc sobie, na rozgrzewkę wypiwszy ćwiarteczkę, w przerwie na zmianę zespołu, wypiłem drugą ćwiarteczkę. Miałem już wracać do domu, ale okazało się, że wstęp jest bezpłatny, więc zostało mi 100 somów naddatku. Kupiłem więc jeszcze jedną ćwiarteczkę. Po 0.7 wypitym w ciągu 2h byłem już bardzo wesoły i skory do zabawy. Czułem jednak, że koniec moich możliwości już blisko, więc powoli zaczynałem się zbierać ku wyjściu. I wtem poznałem przy barze Alieksieja. Jak w trakcie rozmowy wyszło, skończył on kilka lat temu lokalny uniwersytet i chodził tam na zajęcia z języka polskiego prowadzone przez pewną Barbarę. Niestety, Alieksiej z lekcji tych nie wyniósł za wiele. Ale oznajmił, że pamięta jedną piosenkę, której ich Basia nauczyła. Otóż z repertuaru polskich pieśni mój nowy znajomy zapamiętał „Chryzantemy złociste”, i to wersję nieocenzurowaną (że była też ocenzurowana z ‘39, uświadomiła mnie dopiero Ania). Postanowiliśmy, że zaśpiewać trzeba ją koniecznie. O suchym pysku jednak wydawać jakieś dźwięki bardzo trudno, więc kupiłem jeszcze jedną ćwiartkę. Wraz z wykonaniem owej pieśni film mi się urywa. Następne co pamiętam, to to, że budzę się w jakimś parku, w jakiś krzakach. Widzę ciemność i jest mi cholernie zimno. W celu rozgrzania się postanawiam wędrować. Zaczynam wędrować i film w tym momencie urywa się po raz drugi. Film wraca i okazuje się że wędruję z grupką bezdomnych; grzebiemy w śmietnikach, szukamy plastikowych i szklanych butelek. Żule spijają z butelek pozostałości. Chcą poczęstować, ale stwierdzam, że chyba ich pojebało, i grzecznie odmawiam. Dostałem swój worek z butelkami plastikowymi i wędrujemy do śmietnika do śmietnika węsząc za łupami. Dostaję od jednego z nich czapkę, bo nadal jest cholernie zimno. Gdy jeszcze było ciemno, dotarliśmy do punktu skupu. Byliśmy chyba pierwsi, bo otworzyło nam zaspane dziewczę, zwarzyło zawartość worków, przeliczyło butelki szklane i wypłaciło coś około 60 somów chyba, plus pół litra jakiegoś gówna imitującego alkohol. Poszliśmy do parku na odpoczynek. Oni zaczęli konsumować, a ja się zdrzemnąłem chwilkę. Po przebudzeniu dostałem kubeczek z zawartością owego płynu alkoholopodobnego. Wziąłem łyka i wyplułem to paskudztwo, wyrażając tym samym totalny disrespect dla ich stylu życia, ale być może uniknąłem przynajmniej zatrucia metanolem. Już było całkiem jasno, ptaszki ćwierkały na prawo i na lewo, więc postanowiłem, że czas się zbierać. Pożegnałem moich nowych znajomych i zbierałem się już ku drodze powrotnej, gdy żule stwierdzili, że skoro jestem obcokrajowcem, to mogę ich jakoś wspomóc. Powiedziałem, że pieniędzy im nie dam, i że takie pomysły za bardzo mi się nie podobają. Zaproponowali, że mnie przeszukają. Na szczęście gdy ja trzeźwiałem sobie w najlepsze, oni spijali się coraz bardziej. Miałem nad nimi przewagę refleksu i siły. Odepchnąłem jednego oraz wyraziłem głębokie rozgoryczenie zaistniałą sytuacją – pomagałem im butelki zbierać, a oni chcą za to jeszcze pieniążki. Jeden wrócił do picia, a drugi przeprosił, i powiedział na odchodne, że szanuje mnie jako sportowca, że on też kiedyś zajmował się fizkulturą i życzy mi wszystkiego dobrego w życiu. Obyło się bez bójki. Pozostało jeszcze tylko znaleźć drogę do akademika, gdyż na jakimś wypiździejewie cała akcja się toczyła. Napotkani ludzie skierowali mnie do głównej ulicy, następnie resztą sił doczłapałem się do akademika. Była 8.30 i rozpoczął się proces z martwych wstawania. Wziąłem prysznic, zrobiłem pranie - bycie żulem powoduje, że człowiek strasznie śmierdzi. Położyłem się spać, wstałem na obiad, nie miałem siły z łóżka wstać. Położyłem się znów, wstałem na kolację. Wypiłem herbatę, wyrzygałem ją, położyłem się spać. Zmartwychwstałem na poniedziałkowe zajęcia.

   Nie okradziono mnie, nie zgwałcono, i jeszcze pomagałem w recyclingu. Wędrowałem niczym Odyseusz. I to wszystko dla Was, drogie Panie:)

Dodałem opis niedzielnej wycieczki. Niby słoneczko, niby w mieście śniegu brak. Ale mimo wszystko kwalifikuje się ona jeszcze do wycieczek zimowych, i w tej sekcji ją znajdziecie.

Poza tym Międzynarodowy Dzień Kobiet się zbliża. Może się mylę, ale za zdrowie Pań alkoholu w Kirgistanie powinno zejść tyle co w Juwenalia albo Boże Narodzenie. Swoje trzy setki też dołożę. Od jutra mają zacząć miasto stroić na tą okazję, mają być wystawy, koncerty i inne atrakcje kulturalno-muzyczne. A jak przygotowania w Polsce?

Problem z akademikową fauną biegającą przedstawiałem wybrańcom jakiś czas temu. Niestety dysputy nie przyniosły rozwiązania, więc postanowiłem przenieść rozważania w bardziej publiczne miejsce. Otóż kilku tygodni w moim laptopie mieszkają karaluchy. Liczebności rzędu kilku osobników, wielkość zróżnicowana. Rozróżniam tu trzy wielkości: mały, średni i duży. Od wielkości zależą miejsca w jakich daje się zauważyć ich bytność. Otóż małe są najbardziej przystosowane ewolucyjnie do życia w laptopie - potrafią do niego wejść, i z niego wyjść każdym otworem technicznym. Średnie podróżują przez klawiaturę, slot PCMCIA oraz wentylator. Duże korzystają tylko z dwóch ostatnich. Problem może wydawać się Wam nieistotny… ale jeśli mój blog czytają projektanci Dell’a (posiadam model C510), prosiłbym ich o konstruowaniu komputerów przenośnych odpornych na zakładanie kolonii. Zagadnienie eksterminacji rozpatrywałem wielokrotnie, wiele pomysłów powstało, lecz każdy z nich mógłby zakończyć się destrukcją materii żywej, czyli karaluchów, wraz z materią martwą, czyli moim lapkiem. Dziecka z kąpielą wylewać nie będę. Mówią, że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi – uśmiercanie wielonożnych wielbicieli IT odbywa się całkiem przypadkowo. Końca jednak nie widać; w akademiku populacja karaluchów jest nieograniczona od góry - wydawałoby się że wszystkie elementy żywe zostały już usunięte, lecz pustostan kusi, i nowi lokatorzy się pojawiają. Jak wspomniałem, od czasu do czasu małe i średnie wędrują sobie pod klawiaturą. Nic tak zachęca człowieka do pisania gdy spod klawiatury wystają czułki:) Przeważnie wychodzą grupą klawiszy bliżej piszącego, gdyż w to miejsce matryca słabiej świeci. Jakaż to mobilizacja żeby wyplenić z siebie złe nawyki, pomijania polskich znaków diakrytycznych i wielkich liter, rodem z komunikatorów internetowych i innych chatów. Używamy Shift’a, używamy Alt’a, używamy broni masowej zagłady – spacji. Ta metoda jest jednak średnio skuteczna, tylko jeden zgon zanotowałem. Slot PCMCIA mam umieszczony z lewej strony. Za dnia raczej się nie pojawiają, lecz wystarczy poczekać do wieczora, zgasić światło i czekać. Oczywiście strasznie to nudne, ale nie zapominajmy że siedzimy przed komputerem, i w dodatku z dostępem do Internetu – możemy porobić całą masę bezużytecznych czynności w oczekiwaniu na ofiarę. Robimy sobie herbatę, najlepiej w odpornym na stłuczenia naczyniu, i gdy wyłania się ze slotu osobnik, po prostu atakujemy kubkiem. Metoda ta jest nader niebezpieczna. Środków ostrożności całe mnóstwo musi być zachowane. Przede wszystkim musimy pamiętać, w celu zapobieżenia zalania komputera, żeby nie napierdalać pełnym kubkiem. Najlepiej zrelaksować się za pomocą ¾ zawartości – pozostałość już nam raczej nie wychlupnie. Proponowałbym także napoje bezkofeinowe – karaluchy uciekają różnie, raz od komputera, raz do komputera. Na dwoje babka wróżyła. Więc nie daj Boże, żebyśmy za bardzo kawą się rozbudzili i z żądzy zemsty nie zaczęli po lapku naparzać. Ostatnim miejscem kaźni jest wentylator. Siedzisz sobie przeglądając głupoty na Onecie, i nagle chrup. Tutaj nie człowiek a maszyna walczy ze zwierzęciem. Tutaj rządzi czysta matematyka i technologia. Procesor osiąga temperaturę 60 stopni i włącza się wentylator przenosząc naszych bohaterów w świat Martwicy mózgu Petera Jacksona i sceny z kosiarką. Niestety, podobnie jak z klawiaturą, tutaj również było mi dane usłyszeć tylko jeden zgon – zazwyczaj w słuchawkach przed komputerem przesiaduję. Wiem już jednak, że tak ginąć mogą. Mam jednak niemiłe przeczucie, że wygrać nie jestem w stanie. Nie te możliwości, nie ten przeciwnik.

Kupując dziś Times’a przekonałem się jednak, że z karaluchami nie tylko ja mam problemy, a i wielkim tego świata zdarza się wytaczać batalię przeciw insektom. W Turkmenistanie, rządzonym w stylu dość mało demokratycznym przez Gurbanguly Berdymukhammedowa, sporą oglądalnością cieszy się program informacyjny Vatan. Jednak ostatnio, podczas podawania świeżej porcji wiadomości, o godzinie 21.00 na stole przed spikerem pojawił się duży, brązowy karaluch. Zrobił pełne okrążenie i znikł. W powtórce o 23.00 również puszczono wersję łączącą Panoramę i Z kamerą wśród zwierząt. Telewizja nie zauważyła, naród zauważył. Berdymukhammedowa tak rozzłościła ta wiadomość, że kazał zwolnić co najmniej 30 osób. Wyskoczyli z roboty dziennikarze, a za dziennikarzami dyrektorzy, a za nimi operatorzy kamer i technicy. Karaluch zapewne pozostał. I jak ja mam siły do walki z przyrodą zbierać skoro nawet przywódca naftowego mocarstewka poradzić sobie z nimi nie może?

Bohater wpisu img_6714.jpg

   Dziś odwiedziłem świątynię srebrnego ekranu. W kirgiskich świątyniach kinematografii filmy puszczane są z rosyjskim dubbingiem. Bardzo dobra okazja do osłuchania się jak i kontaktu od strony wizualnej z kulturą Zachodu. Na dzisiejszy trening językowo-kulturalny wybrałem przygody bohatera z mojego dzieciństwa. John Rambo i tym razem nie zawiódł, zabijając ponad 200 Azjatów. A jak zabijał… poezja. Azjaci też pokazali na co ich stać, i w równie wyrafinowany sposób uśmiercali przeciwników. Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o widowiskowość śmierci, reżyser okazał się sprawiedliwy, i talentu w tej dziedzinie udzielił obu stronom. Trup ściele się gęsto, krwi nie brakuje, a Rambo strzela nie z byle jakiego gówna. Mamy i znany z trzeciej części łuk, aczkolwiek bez wybuchowych dodatków, mamy i wielkokalibrowy karabin maszynowy Browning M2HB, rozpoławiający oponentów. Mamy i, równie silne co owe bronie, przesłanie do świata zachodniego – jeśli jedziesz na chrześcijańską misję pokojową, to lepiej zabierz ze sobą maczetę, granaty, WKW i kilka min przeciwpiechotnych. Jak się najnowsze dzieło Sylwestra oglądało? Wybornie. Film jest szybki, film jest krwawy, film jest dobry. Jako miłośnik gore, wydanych somów na bilet nie żałowałem. Ilość trupów i przelanej krwi w Rambo IV, jak najbardziej kwalifikowała by ten film do opanowanej swego czasu przez Petera Jacksona gore-szufladki. Muszę jednak zaznaczyć, że w odróżnieniu od typowego gore, tutaj śmiesznie nie zawsze było. Śmierć cywilów, w odróżnieniu od rzezi wśród żołnierzy, była pokazywana w sposób bardziej szczegółowy, kamera na dłużej zatrzymywała się nad bezbronnymi. Cywile ginęli tragicznie, żołnierze tragikomicznie. Nic w tym filmie nie było przypadkowe, niepotrzebne. W jednej ze scen bohaterowie na swojej drodze przez dżunglę spotykają zapomnianą przez czas bombę lotniczą z czasów Drugiej Wojny – oczywistym jest że jej czas właśnie nadszedł. Ostatnimi czasy producenci starają się uciekać od przewidywalności. Im bardziej zaskakujący, nieprzewidywalny film, tym lepiej. Rambo pokazuje, że stara ścieżka oczywistości może być równie ciekawa. Wiemy że bomba wybuchnie – i nie jest to powód do płaczu. Wiedza o wybuchu przynosi radość. Nieprzewidywalność zapewnia nam skala wybuchu i ilość ofiar.

   Być może winić za moją pozytywną recenzję tego filmu należy przesilenie wiosenne, lecz jaki by stan mojego umysłu nie był, Rambo IV obejrzeć należy. Stallone jest rzeźnikiem rodem z Delicatessen podającym nam starannie opakowany krwisty befsztyk. Azjatyckie mięso dostarcza naszemu smakowi estetycznemu i etycznemu ogromu przyjemności.

Piosenkę Bułata Okudżawy chciałbym w dniu Obrońcy przywołać. Piosenka ta, zaprezentowana dziś mojej świadomości przez Anię na wieczorku tłumaczeń, pasuje nad wymiar dobrze do święta żołnierza. Dla jednych była dziś opowieścią o dążeniu do realizacji swoich marzeń, dla drugich (ja drugi byłem) pokazem szkodliwości niektórych idei - ślepej miłości do Ojczyzny, Boga, Allaha, Wielkiego Sternika i innych. Miłości która wycina z nas nożyczkami idei poświęcającego się bohatera, a my nie patrzymy na to z jak kruchego materiału nas stworzono, nie patrzymy że ktoś formę dla swoich zabaw potrzebną nadał. Oto i piosenka w wersji rosyjskiej i polskiej.

Один солдат на свете жил,
красивый и отважный,
но он игрушкой детской был,
ведь был солдат бумажный.

Он переделать мир хотел,
чтоб был счастливым каждый,
а сам на ниточке висел:
ведь был солдат бумажный

Он был бы рад в огонь и в дым
за вас погибнуть дважды,
но потешались вы над ним,
ведь был солдат бумажный.

Не доверяли вы ему
своих секретов важных,
а почему? А потому,
что был солдат бумажный.

А он, судьбу свою кляня,
не тихой жизни жаждал,
и все просил: “Огня! Огня!”
Забыв, что он бумажный.

В огонь? Ну что ж, иди! Идешь?
И он шагнул однажды,
и там сгорел он ни за грош:
ведь был солдат бумажный. 

Raz pewien żołnierz sobie żył
odważny i zawzięty,
lecz cóż?... Zabawką tylko był.
Z kartonu był wycięty.

Choć zmieniać świat i zwalczać zło
Niezmiennie był gotowy,
stał ciągle wśród zabawek, bo
był tylko papierowy.

I w ogień gotów był, jak w dym
pójść za was bez namowy,
i mieliśmy sto pociech z nim:
był przecież papierowy.

I nie ujawnił przed nim sztab
tajemnic swych wojskowych.
A czemu tak? A temu tak,
że był on papierowy.

Wyzywał los, w pogardzie miał
tchórzliwych maruderów,
i "Ognia! Ognia!" ciągle łkał,
choć przecież był z papieru.

Nie jeden wódz już w ogniu znikł,
nie jeden szeregowy...
I poszedł w ogień... Zginął w mig
żołnierzyk papierowy.

   Dnia 23 lutego obchodzimy Dzień Obrońcy Ojczyzny. Ojczyzna nie moja, ale nic nie przeszkadza, żeby troszeczkę popartycypować w празднике. Partycypacja ta rozpoczęła się tym, że stołówka była zamknięta. Tak więc z samego początku uczestniczyłem w nie-jedzeniu. Problem ten rozwiązałem przechodząc 100 metrów i kupując hamburgera. W tak piękną, słoneczną sobotę postanowiłem udać się na Osh bazar co by moje ulubione fryzjerki odwiedzić. Osh lubię za “prawdziwość” - tutaj pracujący ludzie nie przechodzą treningów motywacyjnych organizowanych przez dział HR, tutaj jeszcze atmosferę w grupie poprawia nie jakieś durne szkolenie z udziałem psychologa, w wielkiej łasce ofiarowane nam przez Korporację, a zwykłe pół litra wypite na bagażniku zdezelowanej Łady (ostatnio na głównym placu Ala-too podobnie atmosferę poprawiała sobie drogówka - jeden policjant zajmował się zbieraniem mandatów, a reszta zajmowała się 0.7 i zakąskami na klapie bagażnika). Wspominam o tym, gdyż i do Kirgistanu wdziera się z brudnymi butami całe to PRowe i HRowe gówno. Na szczęście, dopóki Osh bazar i Dordoi będą istnieć, dopóty odrobinę normalności będzie można zaznać; i babuszka sprzedająca lepioszki uśmiechnie się do ciebie i podziękuje, bo taka to jest babuszka, a nie dlatego że w jakimś durnym podręczniku o psychologii sprzedaży przeczytała, że babuszki handlujące lepioszkami powinny się uśmiechać.

Zakład fryzjerski, znajdujący się przy wejściu na targowisko, lubię za wykonywanie swojej pracy, bez zbędnej otoczki. Zakład prosty, schludny, tani. Obcięcie maszynką elektryczną kosztuje 20 somów i trwa kilka minut. Więcej nie trzeba, natura zadbała już o redukcję owłosienia na głowie, teraz trzeba jej tylko dopomóc co jakiś czas.. Żadnego srania się, jak by moja głowa miała potem w konkursie fryzjerskim wystartować. Do fryzjera poszedłem ubrany jak zwykle. Glany, czarny polar, bojówki w zimowym kamuflażu. Kuba narzekał ostatnimi czasy, że mimo prób zmiany odzieży na ciemną, zamiany plecaka na reklamówkę itp., nadal traktują go jak obcokrajowca, nawet nie Rosjanina. A ja tutaj wychodzę sobie od mojego ulubionego fryzjera, i w drzwiach zaczepia mnie jakiś dziadek-weteran i krzyczy “kamandir, z praznikam!”. Niezmiernie się ucieszyłem, podziękowałem, dziadek się uśmiechnął i poszedł poprawić swoją fryzurę. Przy wyjściu z bazaru, na chodniku, ustawia się zawsze kilka stanowisk pucybutów i babuszek z wagami. Za dwa somy można sprawdzić jaką siłą oddziałujemy na naszą planetę. Ważę się przy każdej wizycie na Osh. Jest okazja pomocy zaradnej babci i krótkiej konwersacji. Gdy schodziłem dziś z wagi, babcia oznajmiła “86kg, wot mużyk, oczień haraszo saldat, z praznikam!” Drugi raz niezmiernie się ucieszyłem.

Dzień Obrońców Ojczyzny jest nie tylko dniem żołnierza, lecz rozlega się na wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni, lub kiedyś noszących. To także dzień szacunku dla żywicieli rodzin. Bronić Ojczyznę można także przed biedą i zapaścią gospodarczą. W sytuacji gdy prawie milion osób tego 5cio milionowego kraju wyjechało za granicę w poszukiwaniu pracy, święto nabiera nowych odcieni. Odcienie te są niestety często nasycone czernią. Na koniec, ku pamięci Obrońców w tym ostatnim znaczeniu, i ku przestrodze przed formą nacjonalizmu, jaką przyjął on w Rosji, podam listę poległych w 2008:

Altynbek Zharkynov - ur. w 1983, znaleziony martwy 12.01.2008, z 20 ranami kłutymi.

Nurlan Erkinbaev – znaleziony martwy 16.01.2008 w Moskwie z 23 ranami kłutymi.

Zhenishbek Abdumajitov – ur. w 1981, zaatakowany w Moskwie 17 stycznia, miał 36 ran kłutych.

Marat Akmatov  - ur. w 1981, znaleziony martwy 26 stycznia, poderżnięte gardło.

Nazik Ergesheva – ur. w 1987, zabrana do szpitala z poważnymi obrażeniami ciała.

Kanybek Zhusupov – ur. w 1985, znaleziony martwy w mieście Pushkino z licznymi ranami kłutymi.

Mirlan Ergeshev – ur. w 1982, znaleziony marwy 16 lutego w Moskwie.

Tair Zhankirbaev – ur. w 1981, znaleziony martwy w Moskwie 19 lutego, liczne rany kłute.

С праздником!

   Ostatnimi czasy życiu akademikowemu nadawały kolorytu jedynie wydarzenia związane z rzeczami martwymi. Każdego dnia w godzinach 20.00- 24.00 były przerwy w dostawach prądu, a sporadycznie i w ciągu dnia. Kanalizacja niedomagała - wiosna przyszła i prawdopodobnie masy wody z topniejącego śniegu (a stopniała większość w ciągu dwóch dni) były powodem tych niedomagań. Niedomagania objawiały się zalewaniem korytarzy, a że korytarze służą zazwyczaj jako łączniki między pokojami, to i pokoje sobie pływały. Korytarz był zalewany odgórnie, chodziliśmy po wodzie; w pokojach natomiast woda dostawała się pod wykładzinę PCV i chodziliśmy niczym po łóżku wodnym. Na szczęście budowniczy socrealizmu nie przykładali się do roboty za bardzo, i wszelakimi szczelinami, dziurami, pęknięciami itp. woda spokojnie spływała sobie do piwnicy - pierwsze piętro było jedynie tymczasowym miejscem pobytu żywiołu.

Tyle rzeczy martwe. Rzeczy żywe - Chińczycy. Byłem świadkiem bardzo solidarnościowego zachowania moich współmieszkańców. Obywatele-studenci z ChRL zamieszkują w trzech akademikach, łącznie ponad 100 osób. Podczas jednego z 15 dni Nowego Roku w akademiku numer 4 jedno Chińskie dziewczę się spiło. Spiło się w trupa i znajomi zanieśli ją do łóżka. Ten jakże miły stan upojenia alkoholowego wykorzystała kierowniczka owego domu studenckiego. Z pomocą pięciu kirgiskich studentów wyciągnęła kierowniczka dziewczę z łóżka, i z nieprzytomną kitajanką zaczęli grupowe zdjęcia sobie robić. Na szczęście nikomu do głowy nie przyszło, żeby ją zgwałcić. Współlokatorka Chinki siedziała w kącie i płakała. Na drugi dzień kilkanaście osób zebrało się pod uniwersytetem i poszli pikietować pod gabinet rektora. Zwołano zebranie studentów z rektorem, z dyrektorem centrum języków obcych, i z kierowniczką akademika. Niestety zbyt późno o owym zebraniu się dowiedziałem i szansę na partycypację zaprzepaściłem. Z opowieści wiem, że było interesująco. Mięso latało chińskie i kirgiskie.  Chińczycy strategię ataku opracowywali w swoim języku, a Uniwersytet kwestie obrony po kirgisku. Wojna była prowadzona po rosyjsku. Rosyjski był językiem łącznikowym - Chińczycy zbyt dobrze jeszcze nim nie władają, więc zanim zdanie jakieś powstało, trzeba było się zastanowić, nad składnią gramatyczną pomyśleć, a jak wiemy w kwestii nudności mało rzeczy jest w stanie gramatykę przebić. I tak znudzeni przypadkami, końcówkami oraz nieznajomością mowy tubylców Chińczycy byli trzymani na dystans przez Kirgizów. Wspomnieli, że “używając języka kirgiskiego, okazujecie nam brak szacunku”, ale władz uczelni jakoś to nie wzruszyło. Uniwersytet stosował także, inne niż używanie języka kirgiskiego,chwyty poniżej pasa. Wypominano im że często piją, że imprezy organizują… a przecież w ontologiczne podstawy akademika wpisane jest picie w nim.  Spotkanie konkluzji nie przyniosło, i jutro rozstrzygnięty zostanie los kierowniczki.

pozdrawiam

« Previous PageNext Page »